Przegrywamy z rakiem z własnej winy
Ujawniony w połowie listopada br. raport NIK dotyczący realizacji Narodowego Programu Zwalczania Chorób Nowotworowych 2006-2015 obnażył największy problem polskiej onkologii - podział środowiska. Jeśli dodać do tego nieudolność Ministerstwa Zdrowia we wdrażaniu i nadzorowaniu narodowej walki z rakiem, mamy dramatyczną sytuację: po trzech latach od wprowadzenia tego ważnego programu jego kontynuacja jest zagrożona.
Zarzuty dotyczą już etapu tworzenia programu. Miał go napisać zespół ministerialny, a w rzeczywistości powstawał w warszawskim Centrum Onkologii. NIK wskazuje, że niektóre z osób pracujących nad nim decydowały następnie o zakupach sprzętu i rozdzielaniu środków na świadczenia.
Kto zawinił?
Tuż po ogłoszeniu raportu przedstawiciele Ministerstwa Zdrowia zwołali konferencję prasową, na której poinformowali, że zgadzają się z oceną NIK-u. "Po objęciu urzędu sprawdziliśmy wszystkie procedury, które towarzyszyły uchwaleniu ustawy, od 2003 roku. Muszę powiedzieć, że prace przygotowawcze prowadzone były w sposób niejasny i nieprawidłowy" - powiedział wiceminister Marek Twardowski.
Onkolodzy dziwią się tym zarzutom. "Przecież to nie my podejmowaliśmy decyzje, ale posłowie, senatorowie, ministrowie, więc jak to możliwe, że robiliśmy coś niezgodnie z prawem?" - mówi dr Janusz Meder, członek Rady ds. Zwalczania Chorób Nowotworowych.
Marek Balicki, minister zdrowia w latach 2003-2005, też jest zaskoczony. "Zespół powołany przez mojego poprzednika, o którym wspomina NIK, miał przygotować program ministerialny, a nie projekt ustawy. Po objęciu przeze mnie funkcji ministra zdrowia została podjęta decyzja, z udziałem premiera Marka Belki, o ustanowieniu programu w drodze ustawy. Projekt ustawy został przygotowany w sposób prawidłowy i zgodnie ze wszystkimi wymogami proceduralnymi. Szkoda, że o tym NIK nie wspomina" - mówi Marek Balicki. Jego zdaniem, ustawa została oceniona bardzo dobrze i stanowiła przełom w podejściu do zwalczania chorób nowotworowych w Polsce. Nawet NIK nie sugeruje zmian. "Natomiast realizacja ustawy wraz z corocznym harmonogramem zadań była już wykonywana przez moich następców" - wyjaśnia Marek Balicki.
Zdaniem Janusza Medera, choć niektóre zarzuty są słuszne, to obecna sytuacja wynika z braku reakcji ministerstwa na krytyczne uwagi. "Członkowie rady niejednokrotnie zgłaszali protesty na braki organizacyjne. Wielomiesięczne opóźnienia w ogłaszaniu konkursów sprawiały, że na działanie zostawało pół roku, ludzie spieszyli się, żeby wydać pieniądze, a to obniża jakość. Jednak decydenci nijak nie potrafili sobie z tym poradzić" - mówi dr Meder. Podkreśla też, że w przygotowanie programu zaangażowanych było wielu specjalistów nie tylko z Centrum Onkologii, ale też konsultantów krajowych, przewodniczących towarzystw naukowych - w sumie kilkadziesiąt osób z różnych ośrodków.
"Owszem, mówi się o konsultowaniu, ale to odbywało się w systemie feudalnym, na zasadzie wasalstwa. Jakiekolwiek głosy z zewnątrz, spoza tych, którzy są zależni od Centrum Onkologii, nie miały racji bytu" - ripostuje prof. Cezary Szczylik, kierownik Kliniki Onkologii Centralnego Szpitala Klinicznego WAM.
Kontrowersyjne szkolenia
Największe oburzenie wzbudził fakt, że to właśnie Centrum Onkologii przeprowadzało później szkolenia dla lekarzy poz oraz że w konkursie nie wybrano dziesięciokrotnie tańszej oferty spółki Medius. Poza tym szkoleniowcy dostali wysokie wynagrodzenia, sięgające nawet kilkuset tysięcy złotych. "Nikt z nas nie był samozwańcem. Zgłosiliśmy konkretną ofertę z konkretnymi wyliczeniami i zostaliśmy wybrani. Swoje zadania wykonywaliśmy bardzo rzetelnie i z ogromnym zaangażowaniem. Prawda jest taka, że niełatwo znaleźć osoby, które zagwarantują wysoką jakość szkoleń, a jednocześnie są na tyle dyspozycyjne, by przeznaczyć na dodatkową pracę każdy weekend przez kilka miesięcy w roku. Udało się uzbierać niewielką grupę, dlatego wielu z nas brało więcej wykładów, żeby sprostać zadaniu" - tłumaczy dr Meder.
Dziś uważa, że to błąd, bo w ten sposób nagromadziły się sumy, które teraz im się wytyka. Dla porównania podaje stawkę, jaką za szkolenie lekarzy w dziedzinie onkologii płaci CMKP: 450 zł za godzinę.
"W tym raporcie jest zresztą więcej niesprawiedliwych i trudnych dla nas kwestii: że pomimo wysokich wynagrodzeń, nie chciało nam się jeździć w teren, że nie przeprowadzaliśmy szkoleń we Wrocławiu, choć to robiliśmy, że przeszkoliliśmy 3 tys. lekarzy, podczas gdy w rzeczywistości ta liczba jest dwa razy większa" - podkreśla dr Meder.
Nie wszyscy jednak przyjmują tłumaczenia, że wysokiej jakości nie da się zagwarantować za niższą cenę. "Nie jestem zaskoczony. Gdy brałem udział w konstruowaniu tego programu, żądałem zewnętrznego audytu, bojąc się, że wszystkie pieniądze pójdą do Centrum Onkologii. W takiej sytuacji zawsze jest skłonność wydania na siebie. I stało się zgodnie z moimi przewidywaniami" - mówi prof. Szczylik.
Resort zdrowia wyjaśnia, że ogłosił konkurs na audytorów niezależnych. Nikt się jednak nie zgłosił. "Aby w ogóle mieć jakąkolwiek kontrolę, powierzyliśmy to zadanie Centralnemu Ośrodkowi Koordynującemu" - tłumaczy wiceminister Twardowski.
Na tegoroczny konkurs wpłynęło tylko jedno zgłoszenie na realizację jednej części modułu szkolenia (tzw. minimum onkologicznego). Oferta obejmuje grupę zaledwie 300 lekarzy, podczas gdy do przeszkolenia jest ich 20 tysięcy!
"Wszystkim wydaje się, że to takie łatwe. Kiedy wybuchła afera, byli i tacy, co twierdzili, że skłonni są uczyć nawet za darmo, bo to przecież obowiązek każdego lekarza. Ale jakoś nie zgłosili się do konkursu. Łatwo na kogoś napluć, a potem udawać, że się nie wie, o co chodzi" - komentuje Janusz Meder.
"Nie ma chętnych do prowadzenia szkoleń, bo kto by chciał wejść w to bagno. Zresztą, jak ktoś się sparzył podczas poprzedniego konkursu, to drugi raz już nie chce próbować" - uważa natomiast prof. Szczylik. Jego zdaniem, choć decyzje teoretycznie podejmuje ministerstwo, to w rzeczywistości wyznaczano do tego ludzi z Centrum Onkologii.
Fundusz nie sprawdził świadczeniodawców
Kontrolerzy NIK zwrócili też uwagę na nieprawidłowości w wydawaniu publicznych pieniędzy na walkę z rakiem przez NFZ, który nierzetelnie szacował koszty i zawierał umowy ze szpitalami niemającymi odpowiedniego sprzętu. Wykryto, że z 294 pracowni mammograficznych biorących udział w programie aż 110 nie spełniło wymagań technicznych. "Zgodnie z obowiązującym prawem, NFZ kontraktuje świadczenia medyczne z placówkami spełniającymi określone wymagania opisane w materiałach szczegółowych funduszu. Nie jesteśmy w stanie zweryfikować w trakcie postępowania konkursowego, czy dany oferent w ofercie napisał prawdę, czy też nie - tłumaczy Edyta Grabowska-Woźniak, rzecznik prasowy NFZ. - Jeśli podczas kontroli realizacji umowy okazywało się, że dana placówka nie dysponuje odpowiednim sprzętem lub kadrą, wówczas wyciągaliśmy konsekwencje w postaci kar finansowych, a w skrajnych przypadkach zrywaliśmy umowy".
(...)
Cały artykuł na ten temat znajduje się w Pulsie Medycyny nr 19(202) z 25 listopada 2009 r.
Aktualna oferta prenumeraty Pulsu Medycyny
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Monika Wysocka