Do tego swoje stałe postulaty dołożyła Krajowa Izba Diagnostów Laboratoryjnych, apelująca o uregulowanie zawodu diagnosty w zupełnie nowej ustawie (stara była wielokrotnie nowelizowana, także pod wpływem wyroków Trybunału Konstytucyjnego). Specjaliści chcieliby, aby dopływ kadr do zawodu odbywał się tylko po studiach analityki medycznej, by powstał centralny rejestr badań i w systemie finansowym NFZ pojawiły się ich wyceny, a autoryzacja nie była fikcją. Postulaty diagnostów wybrzmiały mocno i jednoznacznie, bez zbędnych niedomówień, a wsparte były przygotowaną przez środowisko propozycją legislacyjną.
Wystąpienie wiceministra Jarosława Pinkasa, z rzetelną analizą szkolnictwa w zakresie diagnostyki medycznej, pokazało inny obszar problemów. Zachodzi tu bowiem splot czasu przeszłego dokonanego z tym, co dyktuje wymóg sprostania najnowszym światowym trendom. W 2001 roku, kiedy powstawała pionierska ustawa, w zawodzie diagnosty pracowało wielu absolwentów kierunków pozamedycznych, jak biotechnolodzy, biolodzy czy chemicy. Ustawa co prawda starała się ująć ich w karby studiów podyplomowych, nie obniżając przy tym kryteriów dla specjalizacji stricte medycznych, nauczanych na studiach medycznych. Jednak ta dwudzielność utrwaliła się i z jednej strony mamy absolwentów kierunków medycznych, odbywających specjalizację i mających pełne wykształcenie, z drugiej niemedycznych, z co najwyżej 2-letnimi studiami podyplomowymi. Wiceminister Pinkas wskazywał, że okres półtrwania zdobytej wiedzy w tej dziedzinie wynosi 5 lat i wiele wskazuje, iż obowiązek jej aktualizacji nie jest należycie spełniany, mimo iż 70 proc. decyzji lekarskich wydawanych jest na podstawie tych badań, a są dziedziny medycyny, gdzie ten wskaźnik zbliża się do 90 proc.
„Polski diagnosta — jak wskazuje prezes Elżbieta Puacz z Krajowej Rady Diagnostów — nie jest partnerem lekarza ani pacjenta. Najczęściej bywa ograniczony do wykonania odcinkowych badań i poprawnej obsługi aparatury laboratoryjnej, a powinien uczestniczyć w całym procesie leczenia, łącznie z analizą jego wyników”. Według amerykańskich badań, prawidłowo przeprowadzona diagnostyka wyznacza 5 stałych składników kosztów leczenia oraz ma wpływ na 95 proc. kosztów ogółem — jest to więc także pozycja wydatkowa, tyle że w polskim systemie zepchnięta do narożnika. Prezes Puacz wyraziła to obrazowo: „skorzystanie z toalety na dworcu Warszawa-Wschodnia kosztuje 2,50 zł, a wykonanie analizy moczu w laboratorium wyceniane jest od 50 gr do 1 zł”.
„Nie jest jednak prawdą — kontrargumentował Jarosław Pinkas — iż diagnostyka musi być na trwałe powiązana z placówkami leczniczymi. Wszystko zależy od potrzeb i od tego, jaki typ badań dane laboratorium będzie mogło wykonywać”. To jednak powinna określić nowa ustawa.