Poszukiwany odpowiedzialny inwestor
Poszukiwany odpowiedzialny inwestor
Prywatny kapitał zainwestuje w polski sektor szpitalny tylko pod warunkiem, że z jednej strony zgodzi się na niższe stopy zwrotu, z drugiej jednak otrzyma możliwość racjonalnej restrukturyzacji i zarządzania w dłuższym czasie.
W Polsce działa ok. 750 szpitali, które różnią się między sobą właściwie wszystkim: wielkością, złożonością i jakością (zarówno medyczną, jak i organizacyjną), sytuacją finansową, uwarunkowaniami politycznymi i siłą negocjacyjną w stosunku do NFZ. Z całą pewnością nie w każdym z nich — z wielu przyczyn — jest obecnie miejsce dla prywatnego inwestora. Trudno sobie wyobrazić prywatnego właściciela np. Instytutu Onkologii lub szpitala klinicznego. Nacisk na słowo „obecnie” nie jest przypadkowy — u naszych zachodnich sąsiadów, gdzie rynek szpitalny ma w stosunku do naszego 30-letnie wyprzedzenie, takie placówki są prywatyzowane.
Nie wybiegając jednak w przyszłość, można stwierdzić, że miejsca dla inwestora nie widać też w najmniejszych szpitalach powiatowych (realizujących kontrakt NFZ w granicach 10-15 mln zł); znane przykłady wydają się wskazywać, że takie szpitale nie dają szansy na prowadzenie rentownej działalności.
Mapa atrakcyjności
Do tej pory prywatyzacja działalności szpitalnej przyjmowała w Polsce dwie formy: prywatni gracze przejmowali albo pojedyncze oddziały lub funkcje medyczne, albo różnej wielkości szpitale powiatowe. W ostatnich dwudziestu latach w prywatne ręce przeszła działalność medyczna charakteryzująca się wysoką rentownością, ale wymagająca znacznych nakładów (głównie na kosztowny sprzęt). Tak było w przypadku diagnostyki obrazowej i laboratoryjnej, pracowni dializ, kardiologii interwencyjnej, a ostatnio — przede wszystkim w formie nowych inwestycji — w obszarze radioterapii.
Prywatyzacji całych szpitali powiatowych było w Polsce do tej pory kilkadziesiąt. Prywatni inwestorzy nie wchodzili natomiast dotychczas do szpitali wysokospecjalistycznych, takich jak np. szpitale wojewódzkie. Wydaje się, że nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wydarzyło się to w 2015 roku.
Samorząd szuka wsparcia
Dlaczego samorządy decydują się na współpracę z inwestorem? W większości przypadków odpowiedź jest prosta: samorząd zaczyna rozglądać się za inwestorem, kiedy brakuje mu środków na finansowe wsparcie szpitala. Najczęściej chodzi o długi szpitalne, które trzeba na bieżąco obsługiwać (i kiedyś spłacić) oraz generowane co roku przez szpital straty, które przecież trzeba pokryć. Jest jednak drugi, mniej znany opinii publicznej, aspekt tego zagadnienia — gigantyczne potrzeby inwestycyjne.
Średni wiek infrastruktury szpitalnej w Polsce to ponad 50 lat. Nie należy się więc dziwić, że budynki są zdekapitalizowane, a bardzo często w złym stanie na zewnątrz i wewnątrz: mają nieodnawiane od lat elewacje, niedocieplone ściany, przeciekające dachy. Oprócz złego stanu technicznego, budynki nie spełniają norm przeciwpożarowych i przepisów Ministerstwa Zdrowia, które mają wejść w życie w 2016 r. (trudno zakładać, że po raz kolejny zostaną odroczone). Do tego dochodzą jeszcze potrzeby inwestycyjne związane z nowoczesnymi technologiami medycznymi. W tej sytuacji wielu skarbników w Polsce zadaje sobie pytanie, czy nie warto zrzucić z siebie tego — nieraz ogromnego — ciężaru finansowego.
Liczy się racjonalne podejście
W tym momencie zaczyna się dialog z inwestorem. Nieraz zderzają się tu dwa odmienne stanowiska, zwłaszcza w ocenie wartości szpitala. Placówka medyczna nie jest biznesem jak każdy inny — ze względu na miejsce, jakie zajmuje w systemie społecznym i wiążącą się z tym odpowiedzialnością. Kto tego nie rozumie, powinien trzymać się od medycyny z daleka.
Z drugiej jednak strony nawet najbardziej odpowiedzialny inwestor decyduje się na wejście w daną działalność tylko wtedy, kiedy uwierzy, że w dającej się przewidzieć perspektywie czasowej daje ona szansę zwrotu. Bez tego prywatne pieniądze nie będą się w medycynie pojawiać. Dlatego żeby ta współpraca mogła się udać (czy wręcz rozpocząć), obie strony — inwestor i jednostka samorządu terytorialnego — muszą podejść do współpracy racjonalnie. Jeśli zatem samorząd postrzega swój szpital — który co roku generuje 5 mln złotych straty i trzeba w niego wpompować 50 mln złotych, żeby nie stwarzał zagrożenia dla pacjentów — jako perłę swojego regionu, wartą miliony albo dziesiątki milionów złotych, to porozumienia z inwestorem raczej nie osiągnie. Tu działa prosta matematyka.
W wielu przypadkach obecny właściciel widzi duży potencjał wzrostu przychodów szpitala, mimo że przez ostatnie cztery lata kontrakt z NFZ stał — jak w całej Polsce — w miejscu. Właściciel twierdzi jednak, że wystarczy parę prostych ruchów, by oddział funduszu dorzucił miliony na nową działalność. Trzeźwe spojrzenie na rzeczywistość pozwala ocenić, że na znaczne zwyżki kontraktu nie ma co liczyć. Potencjał dużych przychodów komercyjnych to też niestety bardzo często mrzonka, zwłaszcza w niewielkich miejscowościach. Póki nie pojawią się dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne (a na razie nie wiadomo, kiedy mogłyby się pojawić), przychody szpitali nie będą rosnąć.
Jeśli więc szpital ma przestać przynosić straty i zacząć zarabiać, konieczna będzie racjonalizacja kosztowa. Obowiązkiem samorządu jest zapewnienie mieszkańcom opieki medycznej i ma on pełne prawo domagać się tego w kluczowych obszarach od inwestora. Jeśli jednak samorząd zdecyduje, że przyszły inwestor nie ma prawa do jakiejkolwiek racjonalizacji działalności szpitala (w zakresie profilu medycznego, zatrudnienia czy innych, potencjalnie godzących w czyjś interes działań), to trudno liczyć, że chętnych będzie wielu. Czy da się zarobić na szpitalu, którego nie można zrestrukturyzować, a trzeba za to wpompować w niego ciężarówkę pieniędzy i do tego jeszcze zapłacić wysoką cenę lub ratę dzierżawną? Nie trzeba być ekonomistą, by odpowiedzieć na to pytanie.
Kompromis dla wspólnego dobra
Rozwiązania mogą być różne. W ostatnim czasie nie brakowało przykładów, w których inwestor nie był w stanie sprostać obciążeniom wobec samorządu — tak było w Gostyninie, Połczynie czy Opatowie. Każdy z tych przypadków jest inny, ale wspólnym mianownikiem były z jednej strony zbyt duże obciążenia spoczywające na inwestorze, a z drugiej pochopny wybór partnera, dokonany przez samorząd. Nie trzeba mówić, co bankructwo inwestora lub zaprzestanie przez niego finansowania szpitala oznacza dla bezpieczeństwa zdrowotnego pacjentów i jakości usługi medycznej.
Żaden odpowiedzialny inwestor nie zgodzi się na nieracjonalną umowę z samorządem — drakońskie warunki zaakceptują tylko mało przewidywalni gracze. Z pewnością nie jest to dobra sytuacja dla nikogo. Jak tego uniknąć? W bardzo prosty sposób — strony powinny spojrzeć na kwestię opieki medycznej dla mieszkańców jako na wspólne zadanie na długie lata. Wtedy inwestor zgadza się zaryzykować i zaakceptować fakt, że stopy zwrotu nie będą oszałamiające, a samorząd nie patrzy na inwestora jak na skarbonkę, tylko jak na partnera, który zdejmuje z niego ciężar finansowy i ułatwia mu życie. Taki mariaż stwarza szansę na trwały sukces.
Jędrzej Litwiniuk, PZU Inwestycje
Prywatny kapitał zainwestuje w polski sektor szpitalny tylko pod warunkiem, że z jednej strony zgodzi się na niższe stopy zwrotu, z drugiej jednak otrzyma możliwość racjonalnej restrukturyzacji i zarządzania w dłuższym czasie.
W Polsce działa ok. 750 szpitali, które różnią się między sobą właściwie wszystkim: wielkością, złożonością i jakością (zarówno medyczną, jak i organizacyjną), sytuacją finansową, uwarunkowaniami politycznymi i siłą negocjacyjną w stosunku do NFZ. Z całą pewnością nie w każdym z nich — z wielu przyczyn — jest obecnie miejsce dla prywatnego inwestora. Trudno sobie wyobrazić prywatnego właściciela np. Instytutu Onkologii lub szpitala klinicznego. Nacisk na słowo „obecnie” nie jest przypadkowy — u naszych zachodnich sąsiadów, gdzie rynek szpitalny ma w stosunku do naszego 30-letnie wyprzedzenie, takie placówki są prywatyzowane.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach