Podwyżki na kredyt
Po kilku tygodniach strajku rzeszowskiego Szpitala Wojewódzkiego nr 2, Janusz Solarz, dyrektor tej placówki, zaczął się zastanawiać, ile jeszcze dni protestu potrzeba, aby szpital przestał istnieć. Na szczęście, w bezpiecznym dla placówki terminie udało mu się podpisać ze strajkującymi porozumienie. Tak samo stało się np. w Górnośląskim Centrum Zdrowia Dziecka i Matki w Katowicach.;
Strajkujący pieniędzy nie liczą
Nieoficjalnie dyrektorzy przyznają, że wymuszona na nich zgoda na podwyżki, często od zaraz, może spowodować nowe straty szpitali, szczególnie tam, gdzie placówka już jest w finansowych tarapatach. Jak podkreśla Lucyna Wiśniewska, posłanka Prawa i Sprawiedliwości ze ląska, w jej macierzystym szpitalu zdarzają się lekarze, którzy nie zdają sobie sprawy z tego, że kiedy szpital strajkuje, nie realizuje kontraktu z Narodowym Funduszem Zdrowia, a co za tym idzie, nie otrzyma pieniędzy, także na wynagrodzenia.
Strajkujący nie przejmują się także tym, że porozumienia w wielu szpitalach zostały podpisane na kredyt. W kontraktach z NFZ na 2006 r. nie ma pieniędzy na podwyżki, mimo że jesienią 2005 r. dyrektorzy np. podkarpackich szpitali, przeczuwając wybuch niezadowolenia pracowników, zwracali się do funduszu z prośbą o podwyższenie wyceny świadczeń. Teraz sytuację może uratować tylko nadzwyczajny zastrzyk finansowy z NFZ.
Cień "203"
Zgodnie z wyrokiem Sądu Najwyższego, SP ZOZ-y mogą dochodzić od NFZ zwrotu kosztów, które poniosły na podwyżki wynikające z "ustawy 203". Pod warunkiem jednak, że mimo prawidłowego zarządzania, nie mogły pokryć ich samodzielnie. W polskich sądach jest kilkaset tego typu spraw założonych przez szpitale. Szacuje się, że tego typu roszczenia szpitali wobec NFZ mogą sięgać nawet 2,3 mld zł. Z nieoficjalnych, na razie, informacji wynika, że Jerzy Miller, prezes NFZ, ma na ten cel zaciągnąć kredyt. J. Solarz liczy więc na dodatkowe 18 mln zł, które, jego zdaniem, należą się szpitalowi od NFZ. "Zawarcie ugody z funduszem byłoby najlepszym wyjściem z sytuacji - uważa J. Solarz. - Gdybym odzyskał te pieniądze, to zrekompensuje mi to koszty obiecanych już pracownikom podwyżek".
Nadzieje na pieniądze z NFZ, choć z innej puli, miał także zwolniony ze stanowiska dyrektor szpitala MSWiA w Łodzi, Wojciech Szrajber. Spodziewał się, że wcześniejsze podwyżki w jego placówce będzie można sfinansować z 1,2 mln zł za nadwykonania świadczeń ratujących życie, oczywiście pod warunkiem, że fundusz je uzna. Dlatego w zamian za zakończenie strajku, W. Szrajber zgodził się na rozłożoną na etapy podwyżkę od czerwca tego roku, która w sumie, do czasu wejścia w życie ustawowych zapisów, będzie kosztować poważnie zadłużony szpital nawet kilkaset tys. zł.
Nikt nie zarabia
Przedłużające się strajki nie cieszą także dyrektorów prywatnych placówek. Zbyt małe kontrakty z NFZ powodują, że prywatne kliniki nie są w stanie przejąć pacjentów ze strajkujących SP ZOZ-ów. "Wielu pacjentów zgłasza się do nas na operacje albo do poradni, ale nie możemy ich przyjąć w ramach ubezpieczenia zdrowotnego, bo skończyły się już limity" - tłumaczy Roman Elias, prezes AdoMed 2, śląskiej sieci 12 przychodni. Nadal tylko część pacjentów, którzy przychodzą z publicznych szpitali decyduje się na odpłatne usługi. R. Eliasa oburza to, że strajki po raz kolejny udowodniły nierówność w traktowaniu publicznych i niepublicznych ZOZ-ów. "Pierwszy, jednodniowy protest popieraliśmy, ale obawialiśmy się, że NFZ zerwie z nami kontrakt i do kolejnych się nie przyłączyliśmy" - przyznaje R. Elias. Teraz martwi się, że jeśli podwyżki otrzymają tylko lekarze w publicznych placówkach, jego pracownicy uciekną z Ado-Medu. ?Różnica między wynagrodzeniami w publicznych i niepublicznych ZOZ-ach nie jest taka wielka - tłumaczy R. Elias. - Nie miałbym takich obaw, gdyby pieniądz rzeczywiście poszedł za pacjentem. Wtedy liczyłaby się jakość usług".
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Anna Gwozdowska