Pierwsza „wyborcza” debata o ochronie zdrowia
Pierwsza „wyborcza” debata o ochronie zdrowia
W czasie Europejskiego Kongresu Medycznego (25-27 czerwca, Gdańsk) odbyła się „debata wyborcza” poświęcona problemom ochrony zdrowia w Polsce, do której zaproszono przedstawicieli najważniejszych ugrupowań politycznych. Uczestniczyli w niej wiceministrowie zdrowia: Sławomir Neumann (PO) i Cezary Cieślukowski (PSL), poseł Tomasz Latos (PiS, przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia) oraz przewodniczący OZZL dr Krzysztof Bukiel, reprezentujący jednocześnie Polskę Razem — Zjednoczoną Prawicę oraz „ruch na rzecz JOW, którego częścią jest Paweł Kukiz”.
Uczestnicy debaty przedstawili poglądy swoich ugrupowań w najważniejszych kwestiach dotyczących ochrony zdrowia. Można się spodziewać, że w czasie kampanii wyborczej będą one ewoluować, a niektóre staną się przedmiotem gorących sporów.
Czy zdrowie publiczne rzeczywiście jest i powinno być priorytetem dla rządu?
Sławomir Neumann: Zdrowie społeczeństwa jest absolutnie priorytetem dla każdej władzy, niezależnie od szczebla — od samorządów do ministra zdrowia i rządu. Świadczy o tym choćby to, że budżet Narodowego Funduszu Zdrowia, czyli publicznej części ochrony zdrowia, znacznie przekracza 60 miliardów złotych, będąc jednym z największych działów budżetu państwa.
Tomasz Latos: Zdrowie nie jest, niestety, priorytetem aktualnie rządzących. Nakłady na ochronę zdrowia wprawdzie nominalnie rosną, ale jeżeli odniesiemy je do PKB, to cały czas drepczemy w miejscu. Już dawno oceniono, że środki publiczne na ochronę zdrowia powinny stanowić 6 proc. PKB, a przeznaczamy mniej. To oznacza, że na razie zdrowie nie jest priorytetem rządu.
Cezary Cieślukowski: Obecna konstrukcja systemu wskazuje, że rządzący ponoszą pełną odpowiedzialność za stan ochrony zdrowia — licząc od prezydenta, przez rząd, parlament, aż do samorządów.
Krzysztof Bukiel: Jeżeli minister czy wiceminister zdrowia publicznie mówią, że kolejki do lekarzy są rzeczą normalną, to cóż to jest za priorytet? Gdyby zdrowie było priorytetem, rząd pracowałby dzień i noc, żeby te kolejki zlikwidować. Pewne działania udaje się wymusić tylko pod wpływem silnego politycznego i medialnego nacisku.
Czy ustawa o zdrowiu publicznym jest potrzebna?
Sławomir Neumann: Mimo iż inne ministerstwa także współdziałają w obszarze ochrony zdrowia — zajmując się m.in. profilaktyką, edukacją czy sportem — to brak koordynacji czasami powoduje wydawanie pieniędzy w sposób mało racjonalny, a działania nie przynoszą spodziewanego efektu. Ustawa ma koordynować i wymuszać wspólne działania. To budzi obawy innych resortów i dlatego trudno uzyskać aprobatę dla projektu ustawy w Radzie Ministrów. Wierzę jednak, że jeszcze w tej kadencji parlamentu ustawa zostanie uchwalona.
Krzysztof Bukiel: Zdrowie publiczne jest rzeczą ważną, potrzebne są działania, ale nie wiem, czy ustawa spowoduje lepszą dbałość o ten obszar. Panuje taki przesąd, że jak nie ma ustawy — to nie ma działań, a jak się uchwali ustawę — to działania się pojawią. Mamy przykłady, że tak niestety się nie dzieje, choćby w powołaniu rzecznika praw pacjenta, którego głównym osiągnięciem jest zwiększanie budżetu i zatrudnienia w swojej instytucji. Wątpię, czy prawa pacjenta są lepiej przestrzegane.
Cezary Cieślukowski: Ustawa jest narzędziem, które warto wprowadzić, aby pewne sprawy uporządkować. Ważnym jej elementem jest wprowadzenie narodowego programu zdrowia publicznego, który definiuje potrzebę działań wobec takich narastających zjawisk, jak otyłość, choroby przewlekłe czy nowotworowe. Do tej pory poszczególne resorty czy samorządy podejmowały różne działania bez koordynacji. Aktualnie samorządy prowadzą ponad 3 tysiące różnych programów prozdrowotnych, zaś administracja — kolejnych kilkaset. I nie przynoszą one spodziewanych rezultatów.
Tomasz Latos: Ustawa jest bardzo potrzebna, ale z powodu oporu w różnych resortach do dzisiaj nie została przesłana do Sejmu. Wszystkie działania w zakresie zdrowia publicznego trzeba koordynować i podliczać ich koszty. Społeczeństwo się starzeje, Polska staje się liderem w otyłości młodzieży, mamy wiele zaniedbań i problemów, które wymagają podejmowania działań prozdrowotnych.
Czy aktualny poziom finansowania ochrony zdrowia jest wystarczający?
Cezary Cieślukowski: Wysokość składki zdrowotnej jest pewnie niewystarczająca, ale zanim zaczniemy ją podnosić, trzeba się zająć racjonalizacją wydawania pieniędzy. Jestem przekonany, że to, czym już dysponujemy, można dzielić lepiej.
Tomasz Latos: Obecne nakłady na ochronę zdrowia nie są wystarczające, należą do najniższych w Unii Europejskiej, chociażby w porównaniu z krajami, które zostały członkami UE jednocześnie z Polską. Skoro chcemy zwiększyć nakłady, a jednocześnie nie podnosić składek, to należy mówić o partycypacji budżetu.
Krzysztof Bukiel: Nie można oceniać poziomu finansowania ochrony zdrowia ze środków publicznych nie przeprowadzając oceny koszyka świadczeń gwarantowanych i systemu opieki zdrowotnej, który chcemy osiągnąć. Aby mieć funkcjonalny system ochrony zdrowia, który ja nazywam bezkolejkowym, musimy dopasować trzy elementy: zakres świadczeń gwarantowanych, nakłady oraz mechanizmy pilnujące, żeby to się „nie rozjeżdżało”. W obecnym systemie, kiedy praktycznie wszystkie świadczenia są gwarantowane, środków jest za mało.
Sławomir Neumann: Potrzeby zdrowotne są wyższe niż nakłady, które przekazujemy, i zawsze będą wyższe. W Polsce już istnieje współpłacenie, bo przecież pacjenci chodzą na wizyty prywatne, funkcjonują też firmy abonamentowe. Jednak nie jest to uregulowane prawnie. Jest kilka możliwości zwiększenia finansowania: podwyższanie składki, dopłacanie środków z budżetu (a więc podniesione podatki), doprowadzenie do dodatkowych powszechnych ubezpieczeń.
Czy wprowadzać dopłaty pacjentów za wyższy standard świadczeń zdrowotnych?
Krzysztof Bukiel: Polscy świadczeniodawcy są u nas podmiotami drugiego gatunku, traktowanymi gorzej niż świadczeniodawcy zagraniczni. Od chwili wprowadzenia dyrektywy transgranicznej polski pacjent może pojechać np. 20 km za granicę do niemieckiego szpitala, leczyć się tam prywatnie bez kolejki i nasz rząd jest zobowiązany zwrócić mu pieniądze do takiej kwoty, jaką NFZ płaci za taki zabieg w Polsce. Natomiast ten sam pacjent nie może pojechać do polskiego lekarza leczącego na terenie Polski, aby wyleczyć się tam „bezkolejkowo” i potem otrzymać z NFZ podobny zwrot pieniędzy. Pacjent powinien mieć prawo do otrzymania z NFZ takiej kwoty, jaką fundusz płaci w ramach kontraktów.
Tomasz Latos: W placówkach niepublicznych sprawa jest jasna, każdy może z skorzystać z ich usług, płacąc za świadczenia. Jeśli natomiast chodzi o placówki publiczne, wprowadzenie dopłat automatycznie zawęziłoby koszyk świadczeń gwarantowanych. To wymagałoby dyskusji o zakresie tego koszyka i mechanizmach ustalania, kto i ile powinien dopłacać. Jeśli weźmiemy pod uwagę zubożenie polskiego społeczeństwa, to dopłacanie do świadczeń jest mocno kontrowersyjne.
Sławomir Neumann: Jestem zwolennikiem współpłacenia pod warunkiem, że w koszyku świadczeń gwarantowanych dokładnie określimy, za jaki standard leczenia płaci państwo, i musi to być standard bezpieczny, na wysokim poziomie. Jeśli ktoś będzie chciał sobie ten standard podnieść — to dopłaci.
Cezary Cieślukowski: Dopłaty nie powinny polegać na przekazywaniu pieniędzy lekarzowi czy szpitalowi za świadczenia. Ponadstandardowe usługi i świadczenia mogłyby zostać wpisane w pakiety ubezpieczeń dodatkowych. Byłoby to bardziej obiektywne narzędzie, dostępne dla wszystkich i pozostawione do wyboru każdego płacącego składkę.
Czy potrzebna jest konkurencja dla NFZ?
Tomasz Latos: Jakiś rodzaj konkurencji dla NFZ jest potrzebny. Ta instytucja w obecnej formule się nie sprawdziła, jest bardzo skostniała i mało elastyczna. Dlatego rozważamy wprowadzenie finansowania niektórych świadczeń przez wojewodę, a zatem z budżetu, co jednocześnie może oznaczać pojawienie się konkurencji między województwami. Natomiast dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne powinny być ostatnim elementem systemu. Nie jesteśmy im przeciwni, ale nie od nich należy zacząć zmiany w poszukiwaniu większych środków na zdrowie. Takie dodatkowe finansowanie może się pojawić dopiero wtedy, gdy cały system będzie uporządkowany.
Sławomir Neumann: NFZ dzisiaj pełni funkcję narodowego płatnika i to nie za bardzo można zmienić. Natomiast konkurencja płatników jest rzeczą dobrą i konieczną, powinna też podnieść jakość leczenia. Pytanie tylko, jak ją budować? Nie jestem zwolennikiem tworzenia jej poprzez podział NFZ. Fundusz powinien pozostać jako gwarant systemu publicznego finansowania świadczeń i do niego należałoby dodać nowe instytucje.
Krzysztof Bukiel: Jeżeli mielibyśmy wprowadzić nowych płatników, to pierwszym warunkiem jest stworzenie koszyka świadczeń odpowiadających środkom, którymi będą dysponować. Muszą one przede wszystkim pokrywać koszty świadczeń gwarantowanych. Nowi płatnicy mogliby konkurować jedynie tym, czego nie ma w koszyku, czyli współpłaceniem za dodatkowe świadczenia. Należałoby wprowadzić bon zdrowotny, płacony z budżetu za każdego obywatela. Ta składka mogłaby wtedy służyć jako zapłata także za dodatkowe świadczenia.
Cezary Cieślukowski: NFZ wypełnia zasadnicze zadanie państwa — zagwarantowania podstawowych świadczeń. Potrzebna jest deregulacja systemu, aby przerwać monopol. Warto rozważyć model, w którym będzie działało kilka konkurujących ze sobą funduszy zasilanych ze strony ZUS i obowiązkowych składek. Każdy obywatel powinien płacić składkę w zależności od dochodów. Warto też wprowadzić zróżnicowanie wysokości składki w zależności od dbałości o zdrowie, np. uczestniczenie w badaniach.
Jakie powinny być proporcje między finansowaniem leczenia szpitalnego a poz i AOS?
Cezary Cieślukowski: Połowa środków NFZ jest wydawana na medycynę reparacyjną, przede wszystkim na szpitale. Rola lekarza poz coraz częściej ogranicza się do wypisania skierowania i recepty. Z uwagi na stosowanie stawki kapitacyjnej podmioty skupiają się na walce o liczbę zapisanych pacjentów, a nie na szerokiej profilaktyce i codziennej opiece.
Krzysztof Bukiel: Trudno z góry powiedzieć, jak powinien wyglądać podział środków na szpitale, AOS i poz. Aktualnie SOR są mocno obciążone, ponieważ jest to jedyne miejsce, gdzie można się dostać do lekarza bez kolejki. To potwierdza moją opinię, że pacjenci przede wszystkim chcą się leczyć bezkolejkowo. Być może należałoby się zastanowić nad tym, aby podstawowa opieka zdrowotna była całkowicie odpłatna, rekompensując to ulgami podatkowymi. Obecnie w kierowaniu pacjentów zasadniczą rolę odgrywają nie ich potrzeby, ale wycena świadczeń.
Sławomir Neumann: W porównaniu z innymi krajami piramida nakładów jest w Polsce zaburzona. Cały spór z lekarzami rodzinnymi toczył się właśnie o to, aby wykonywali oni więcej świadczeń, bo w poz leczy się taniej. Model się zmienia, coraz więcej zabiegów powinno przechodzić ze szpitali do AOS. Sprzyja temu rozwój technologii. Szpitale będą się stawać także zakładami opiekuńczymi, w miarę jak następują zmiany demograficzne.
Tomasz Latos: Model należy zmienić, ale nie da się tego zrobić jednym ruchem. Podstawą systemu zdecydowanie powinien być lekarz pierwszego kontaktu, następnie AOS z procedurami jednodniowymi, a dopiero na końcu hospitalizacja, czyli to, co najdroższe. Proces budowania odpowiedniej piramidy będzie trwał kilka lat. Trzeba go zacząć od przekazania większych kompetencji lekarzom rodzinnym, jak choćby kierowania na badania, obudowania współpracownikami, pielęgniarkami.
Czy dostęp do leków innowacyjnych i poziom współpłacenia pacjentów za leki są odpowiednie?
Krzysztof Bukiel: W Polsce dostęp do innowacyjnych leków jest gorszy niż w innych krajach. Zasady refundacji leków doprowadzają do wielu absurdów. Należy wprowadzić zasadę, że jeśli lek jest refundowany, to w całym zakresie dostępności i stosowania klinicznego, a nie tylko w tym, w którym jest zarejestrowany.
Cezary Cieślukowski: Do Ministerstwa Zdrowia co roku wpływa około 30 tys. wniosków o objęcie pacjentów, zwłaszcza chorujących na choroby rzadkie, refundowanymi terapiami innowacyjnymi. Są one uwzględniane w około 20 procentach. Działamy w ramach ograniczonych zasobów, dlatego prowadzimy negocjacje i długo trwają procedury decyzji refundacyjnych. Ustawa refundacyjna w sposób przejrzysty określiła refundowanie leków, przyniosła pozytywne efekty w postaci zdecydowanego obniżenia opłat pacjentów.
Tomasz Latos: Należy wspierać metody i leki innowacyjne. Mam wrażenie, że często ministerstwo wyszukuje pretekstów, aby nie wprowadzać refundacji nowych leków, minimalnie droższych, które w ostatecznym efekcie przynoszą korzyści i oszczędności. Dopłaty ze strony polskich pacjentów są najwyższe w Unii Europejskiej, wynoszą 35-40 procent. W innych krajach jest to kilka lub kilkanaście procent. Stąd się bierze duża liczba osób, które leków nie wykupują, ponieważ ich na to nie stać. Można by wprowadzić stawkę ryczałtową za leki refundowane, nie wyższą niż 9 złotych. Należy doprowadzić do sytuacji, w której wszystkich będzie stać na wykupienie leków.
Sławomir Neumann: Ocena leku jest dokonywana w kontekście efektów i korzyści z jego stosowania. Dzięki ustawie refundacyjnej mamy najtańsze leki w Europie. Dopłaty polskich pacjentów do leków wcale nie są najwyższe.
Co należy zmienić w systemie edukacji i rozwoju kadr medycznych?
Tomasz Latos: Należy zwiększyć nabór do szkół wyższych, przede wszystkim w dużych ośrodkach z tradycjami i możliwościami organizacyjnymi. Niestety, mimo wielu próśb ze strony środowiska, wciąż nie poprawiono rozporządzenia dotyczącego pielęgniarek. Może warto pomyśleć o systemie stypendialnym i związaniu absolwentów studiów na pewien czas z Polską, żeby zapobiec ich wyjazdom za granicę.
Sławomir Neumann: Skróciliśmy okres specjalizacji, dzięki temu specjaliści będą szybciej trafiać na rynek. Należy zwiększyć liczbę miejsc na studiach, ale to rozbija się o dostępne środki z budżetu. Warto zainicjować dyskusję, czy nie przekierować pewnych środków ze studiów humanistycznych na medyczne, choć to na pewno spotka się z protestem tamtych środowisk.
Krzysztof Bukiel: Nie kształcimy odpowiedniej liczby lekarzy i pielęgniarek, chociaż moglibyśmy. To jest decyzja rządzących, którzy określają limity przyjęć na studia. Powiedzmy jasno: rządzący chcieli, aby lekarzy i pielęgniarek było w Polsce mało. Także sposób specjalizacji w formie rezydentury finansowanej przez budżet powinien oznaczać, że przygotowuje się odpowiednią liczbę miejsc.
Cezary Cieślukowski: Powinny zapaść decyzje o przesunięciu środków na kształcenie lekarzy, także w ramach systemu edukacyjnego. W niektórych uniwersytetach koszty kształcenia lekarza wynoszą dwadzieście kilka tysięcy złotych rocznie, a w innych 60 tysięcy. Standaryzacja kosztów może pomóc w ich obniżeniu. Na pewno właściwe jest objęcie wszystkich lekarzy systemem rezydentur i to następuje. Trzeba też więcej specjalizacji łączyć. Jeśli chodzi o pielęgniarki, to limity kształcenia zostały zniesione, bo uczelnie ich nie osiągały. To prawda, że pieniądze na kształcenie pielęgniarek w dużej części marnujemy. Państwo dofinansowuje około trzech tysięcy studentów rocznie, zaś pracę podejmuje połowa, a nawet jedna trzecia. Warto pomyśleć o wprowadzeniu opieki stypendialnej jako zachęty dla młodych ludzi, aby podejmowali kształcenie w tym kierunku.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Oprac. Krzysztof Jakubiak
W czasie Europejskiego Kongresu Medycznego (25-27 czerwca, Gdańsk) odbyła się „debata wyborcza” poświęcona problemom ochrony zdrowia w Polsce, do której zaproszono przedstawicieli najważniejszych ugrupowań politycznych. Uczestniczyli w niej wiceministrowie zdrowia: Sławomir Neumann (PO) i Cezary Cieślukowski (PSL), poseł Tomasz Latos (PiS, przewodniczący sejmowej Komisji Zdrowia) oraz przewodniczący OZZL dr Krzysztof Bukiel, reprezentujący jednocześnie Polskę Razem — Zjednoczoną Prawicę oraz „ruch na rzecz JOW, którego częścią jest Paweł Kukiz”.
Uczestnicy debaty przedstawili poglądy swoich ugrupowań w najważniejszych kwestiach dotyczących ochrony zdrowia. Można się spodziewać, że w czasie kampanii wyborczej będą one ewoluować, a niektóre staną się przedmiotem gorących sporów.Czy zdrowie publiczne rzeczywiście jest i powinno być priorytetem dla rządu?Sławomir Neumann: Zdrowie społeczeństwa jest absolutnie priorytetem dla każdej władzy, niezależnie od szczebla — od samorządów do ministra zdrowia i rządu. Świadczy o tym choćby to, że budżet Narodowego Funduszu Zdrowia, czyli publicznej części ochrony zdrowia, znacznie przekracza 60 miliardów złotych, będąc jednym z największych działów budżetu państwa. Tomasz Latos: Zdrowie nie jest, niestety, priorytetem aktualnie rządzących. Nakłady na ochronę zdrowia wprawdzie nominalnie rosną, ale jeżeli odniesiemy je do PKB, to cały czas drepczemy w miejscu. Już dawno oceniono, że środki publiczne na ochronę zdrowia powinny stanowić 6 proc. PKB, a przeznaczamy mniej. To oznacza, że na razie zdrowie nie jest priorytetem rządu. Cezary Cieślukowski: Obecna konstrukcja systemu wskazuje, że rządzący ponoszą pełną odpowiedzialność za stan ochrony zdrowia — licząc od prezydenta, przez rząd, parlament, aż do samorządów. Krzysztof Bukiel: Jeżeli minister czy wiceminister zdrowia publicznie mówią, że kolejki do lekarzy są rzeczą normalną, to cóż to jest za priorytet? Gdyby zdrowie było priorytetem, rząd pracowałby dzień i noc, żeby te kolejki zlikwidować. Pewne działania udaje się wymusić tylko pod wpływem silnego politycznego i medialnego nacisku.Czy ustawa o zdrowiu publicznym jest potrzebna? Sławomir Neumann: Mimo iż inne ministerstwa także współdziałają w obszarze ochrony zdrowia — zajmując się m.in. profilaktyką, edukacją czy sportem — to brak koordynacji czasami powoduje wydawanie pieniędzy w sposób mało racjonalny, a działania nie przynoszą spodziewanego efektu. Ustawa ma koordynować i wymuszać wspólne działania. To budzi obawy innych resortów i dlatego trudno uzyskać aprobatę dla projektu ustawy w Radzie Ministrów. Wierzę jednak, że jeszcze w tej kadencji parlamentu ustawa zostanie uchwalona. Krzysztof Bukiel: Zdrowie publiczne jest rzeczą ważną, potrzebne są działania, ale nie wiem, czy ustawa spowoduje lepszą dbałość o ten obszar. Panuje taki przesąd, że jak nie ma ustawy — to nie ma działań, a jak się uchwali ustawę — to działania się pojawią. Mamy przykłady, że tak niestety się nie dzieje, choćby w powołaniu rzecznika praw pacjenta, którego głównym osiągnięciem jest zwiększanie budżetu i zatrudnienia w swojej instytucji. Wątpię, czy prawa pacjenta są lepiej przestrzegane. Cezary Cieślukowski: Ustawa jest narzędziem, które warto wprowadzić, aby pewne sprawy uporządkować. Ważnym jej elementem jest wprowadzenie narodowego programu zdrowia publicznego, który definiuje potrzebę działań wobec takich narastających zjawisk, jak otyłość, choroby przewlekłe czy nowotworowe. Do tej pory poszczególne resorty czy samorządy podejmowały różne działania bez koordynacji. Aktualnie samorządy prowadzą ponad 3 tysiące różnych programów prozdrowotnych, zaś administracja — kolejnych kilkaset. I nie przynoszą one spodziewanych rezultatów.Tomasz Latos: Ustawa jest bardzo potrzebna, ale z powodu oporu w różnych resortach do dzisiaj nie została przesłana do Sejmu. Wszystkie działania w zakresie zdrowia publicznego trzeba koordynować i podliczać ich koszty. Społeczeństwo się starzeje, Polska staje się liderem w otyłości młodzieży, mamy wiele zaniedbań i problemów, które wymagają podejmowania działań prozdrowotnych. Czy aktualny poziom finansowania ochrony zdrowia jest wystarczający?Cezary Cieślukowski: Wysokość składki zdrowotnej jest pewnie niewystarczająca, ale zanim zaczniemy ją podnosić, trzeba się zająć racjonalizacją wydawania pieniędzy. Jestem przekonany, że to, czym już dysponujemy, można dzielić lepiej. Tomasz Latos: Obecne nakłady na ochronę zdrowia nie są wystarczające, należą do najniższych w Unii Europejskiej, chociażby w porównaniu z krajami, które zostały członkami UE jednocześnie z Polską. Skoro chcemy zwiększyć nakłady, a jednocześnie nie podnosić składek, to należy mówić o partycypacji budżetu. Krzysztof Bukiel: Nie można oceniać poziomu finansowania ochrony zdrowia ze środków publicznych nie przeprowadzając oceny koszyka świadczeń gwarantowanych i systemu opieki zdrowotnej, który chcemy osiągnąć. Aby mieć funkcjonalny system ochrony zdrowia, który ja nazywam bezkolejkowym, musimy dopasować trzy elementy: zakres świadczeń gwarantowanych, nakłady oraz mechanizmy pilnujące, żeby to się „nie rozjeżdżało”. W obecnym systemie, kiedy praktycznie wszystkie świadczenia są gwarantowane, środków jest za mało. Sławomir Neumann: Potrzeby zdrowotne są wyższe niż nakłady, które przekazujemy, i zawsze będą wyższe. W Polsce już istnieje współpłacenie, bo przecież pacjenci chodzą na wizyty prywatne, funkcjonują też firmy abonamentowe. Jednak nie jest to uregulowane prawnie. Jest kilka możliwości zwiększenia finansowania: podwyższanie składki, dopłacanie środków z budżetu (a więc podniesione podatki), doprowadzenie do dodatkowych powszechnych ubezpieczeń. Czy wprowadzać dopłaty pacjentów za wyższy standard świadczeń zdrowotnych?Krzysztof Bukiel: Polscy świadczeniodawcy są u nas podmiotami drugiego gatunku, traktowanymi gorzej niż świadczeniodawcy zagraniczni. Od chwili wprowadzenia dyrektywy transgranicznej polski pacjent może pojechać np. 20 km za granicę do niemieckiego szpitala, leczyć się tam prywatnie bez kolejki i nasz rząd jest zobowiązany zwrócić mu pieniądze do takiej kwoty, jaką NFZ płaci za taki zabieg w Polsce. Natomiast ten sam pacjent nie może pojechać do polskiego lekarza leczącego na terenie Polski, aby wyleczyć się tam „bezkolejkowo” i potem otrzymać z NFZ podobny zwrot pieniędzy. Pacjent powinien mieć prawo do otrzymania z NFZ takiej kwoty, jaką fundusz płaci w ramach kontraktów. Tomasz Latos: W placówkach niepublicznych sprawa jest jasna, każdy może z skorzystać z ich usług, płacąc za świadczenia. Jeśli natomiast chodzi o placówki publiczne, wprowadzenie dopłat automatycznie zawęziłoby koszyk świadczeń gwarantowanych. To wymagałoby dyskusji o zakresie tego koszyka i mechanizmach ustalania, kto i ile powinien dopłacać. Jeśli weźmiemy pod uwagę zubożenie polskiego społeczeństwa, to dopłacanie do świadczeń jest mocno kontrowersyjne.Sławomir Neumann: Jestem zwolennikiem współpłacenia pod warunkiem, że w koszyku świadczeń gwarantowanych dokładnie określimy, za jaki standard leczenia płaci państwo, i musi to być standard bezpieczny, na wysokim poziomie. Jeśli ktoś będzie chciał sobie ten standard podnieść — to dopłaci. Cezary Cieślukowski: Dopłaty nie powinny polegać na przekazywaniu pieniędzy lekarzowi czy szpitalowi za świadczenia. Ponadstandardowe usługi i świadczenia mogłyby zostać wpisane w pakiety ubezpieczeń dodatkowych. Byłoby to bardziej obiektywne narzędzie, dostępne dla wszystkich i pozostawione do wyboru każdego płacącego składkę. Czy potrzebna jest konkurencja dla NFZ?Tomasz Latos: Jakiś rodzaj konkurencji dla NFZ jest potrzebny. Ta instytucja w obecnej formule się nie sprawdziła, jest bardzo skostniała i mało elastyczna. Dlatego rozważamy wprowadzenie finansowania niektórych świadczeń przez wojewodę, a zatem z budżetu, co jednocześnie może oznaczać pojawienie się konkurencji między województwami. Natomiast dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne powinny być ostatnim elementem systemu. Nie jesteśmy im przeciwni, ale nie od nich należy zacząć zmiany w poszukiwaniu większych środków na zdrowie. Takie dodatkowe finansowanie może się pojawić dopiero wtedy, gdy cały system będzie uporządkowany. Sławomir Neumann: NFZ dzisiaj pełni funkcję narodowego płatnika i to nie za bardzo można zmienić. Natomiast konkurencja płatników jest rzeczą dobrą i konieczną, powinna też podnieść jakość leczenia. Pytanie tylko, jak ją budować? Nie jestem zwolennikiem tworzenia jej poprzez podział NFZ. Fundusz powinien pozostać jako gwarant systemu publicznego finansowania świadczeń i do niego należałoby dodać nowe instytucje. Krzysztof Bukiel: Jeżeli mielibyśmy wprowadzić nowych płatników, to pierwszym warunkiem jest stworzenie koszyka świadczeń odpowiadających środkom, którymi będą dysponować. Muszą one przede wszystkim pokrywać koszty świadczeń gwarantowanych. Nowi płatnicy mogliby konkurować jedynie tym, czego nie ma w koszyku, czyli współpłaceniem za dodatkowe świadczenia. Należałoby wprowadzić bon zdrowotny, płacony z budżetu za każdego obywatela. Ta składka mogłaby wtedy służyć jako zapłata także za dodatkowe świadczenia. Cezary Cieślukowski: NFZ wypełnia zasadnicze zadanie państwa — zagwarantowania podstawowych świadczeń. Potrzebna jest deregulacja systemu, aby przerwać monopol. Warto rozważyć model, w którym będzie działało kilka konkurujących ze sobą funduszy zasilanych ze strony ZUS i obowiązkowych składek. Każdy obywatel powinien płacić składkę w zależności od dochodów. Warto też wprowadzić zróżnicowanie wysokości składki w zależności od dbałości o zdrowie, np. uczestniczenie w badaniach. Jakie powinny być proporcje między finansowaniem leczenia szpitalnego a poz i AOS?Cezary Cieślukowski: Połowa środków NFZ jest wydawana na medycynę reparacyjną, przede wszystkim na szpitale. Rola lekarza poz coraz częściej ogranicza się do wypisania skierowania i recepty. Z uwagi na stosowanie stawki kapitacyjnej podmioty skupiają się na walce o liczbę zapisanych pacjentów, a nie na szerokiej profilaktyce i codziennej opiece. Krzysztof Bukiel: Trudno z góry powiedzieć, jak powinien wyglądać podział środków na szpitale, AOS i poz. Aktualnie SOR są mocno obciążone, ponieważ jest to jedyne miejsce, gdzie można się dostać do lekarza bez kolejki. To potwierdza moją opinię, że pacjenci przede wszystkim chcą się leczyć bezkolejkowo. Być może należałoby się zastanowić nad tym, aby podstawowa opieka zdrowotna była całkowicie odpłatna, rekompensując to ulgami podatkowymi. Obecnie w kierowaniu pacjentów zasadniczą rolę odgrywają nie ich potrzeby, ale wycena świadczeń.Sławomir Neumann: W porównaniu z innymi krajami piramida nakładów jest w Polsce zaburzona. Cały spór z lekarzami rodzinnymi toczył się właśnie o to, aby wykonywali oni więcej świadczeń, bo w poz leczy się taniej. Model się zmienia, coraz więcej zabiegów powinno przechodzić ze szpitali do AOS. Sprzyja temu rozwój technologii. Szpitale będą się stawać także zakładami opiekuńczymi, w miarę jak następują zmiany demograficzne. Tomasz Latos: Model należy zmienić, ale nie da się tego zrobić jednym ruchem. Podstawą systemu zdecydowanie powinien być lekarz pierwszego kontaktu, następnie AOS z procedurami jednodniowymi, a dopiero na końcu hospitalizacja, czyli to, co najdroższe. Proces budowania odpowiedniej piramidy będzie trwał kilka lat. Trzeba go zacząć od przekazania większych kompetencji lekarzom rodzinnym, jak choćby kierowania na badania, obudowania współpracownikami, pielęgniarkami. Czy dostęp do leków innowacyjnych i poziom współpłacenia pacjentów za leki są odpowiednie?Krzysztof Bukiel: W Polsce dostęp do innowacyjnych leków jest gorszy niż w innych krajach. Zasady refundacji leków doprowadzają do wielu absurdów. Należy wprowadzić zasadę, że jeśli lek jest refundowany, to w całym zakresie dostępności i stosowania klinicznego, a nie tylko w tym, w którym jest zarejestrowany. Cezary Cieślukowski: Do Ministerstwa Zdrowia co roku wpływa około 30 tys. wniosków o objęcie pacjentów, zwłaszcza chorujących na choroby rzadkie, refundowanymi terapiami innowacyjnymi. Są one uwzględniane w około 20 procentach. Działamy w ramach ograniczonych zasobów, dlatego prowadzimy negocjacje i długo trwają procedury decyzji refundacyjnych. Ustawa refundacyjna w sposób przejrzysty określiła refundowanie leków, przyniosła pozytywne efekty w postaci zdecydowanego obniżenia opłat pacjentów. Tomasz Latos: Należy wspierać metody i leki innowacyjne. Mam wrażenie, że często ministerstwo wyszukuje pretekstów, aby nie wprowadzać refundacji nowych leków, minimalnie droższych, które w ostatecznym efekcie przynoszą korzyści i oszczędności. Dopłaty ze strony polskich pacjentów są najwyższe w Unii Europejskiej, wynoszą 35-40 procent. W innych krajach jest to kilka lub kilkanaście procent. Stąd się bierze duża liczba osób, które leków nie wykupują, ponieważ ich na to nie stać. Można by wprowadzić stawkę ryczałtową za leki refundowane, nie wyższą niż 9 złotych. Należy doprowadzić do sytuacji, w której wszystkich będzie stać na wykupienie leków. Sławomir Neumann: Ocena leku jest dokonywana w kontekście efektów i korzyści z jego stosowania. Dzięki ustawie refundacyjnej mamy najtańsze leki w Europie. Dopłaty polskich pacjentów do leków wcale nie są najwyższe. Co należy zmienić w systemie edukacji i rozwoju kadr medycznych?Tomasz Latos: Należy zwiększyć nabór do szkół wyższych, przede wszystkim w dużych ośrodkach z tradycjami i możliwościami organizacyjnymi. Niestety, mimo wielu próśb ze strony środowiska, wciąż nie poprawiono rozporządzenia dotyczącego pielęgniarek. Może warto pomyśleć o systemie stypendialnym i związaniu absolwentów studiów na pewien czas z Polską, żeby zapobiec ich wyjazdom za granicę. Sławomir Neumann: Skróciliśmy okres specjalizacji, dzięki temu specjaliści będą szybciej trafiać na rynek. Należy zwiększyć liczbę miejsc na studiach, ale to rozbija się o dostępne środki z budżetu. Warto zainicjować dyskusję, czy nie przekierować pewnych środków ze studiów humanistycznych na medyczne, choć to na pewno spotka się z protestem tamtych środowisk.Krzysztof Bukiel: Nie kształcimy odpowiedniej liczby lekarzy i pielęgniarek, chociaż moglibyśmy. To jest decyzja rządzących, którzy określają limity przyjęć na studia. Powiedzmy jasno: rządzący chcieli, aby lekarzy i pielęgniarek było w Polsce mało. Także sposób specjalizacji w formie rezydentury finansowanej przez budżet powinien oznaczać, że przygotowuje się odpowiednią liczbę miejsc. Cezary Cieślukowski: Powinny zapaść decyzje o przesunięciu środków na kształcenie lekarzy, także w ramach systemu edukacyjnego. W niektórych uniwersytetach koszty kształcenia lekarza wynoszą dwadzieście kilka tysięcy złotych rocznie, a w innych 60 tysięcy. Standaryzacja kosztów może pomóc w ich obniżeniu. Na pewno właściwe jest objęcie wszystkich lekarzy systemem rezydentur i to następuje. Trzeba też więcej specjalizacji łączyć. Jeśli chodzi o pielęgniarki, to limity kształcenia zostały zniesione, bo uczelnie ich nie osiągały. To prawda, że pieniądze na kształcenie pielęgniarek w dużej części marnujemy. Państwo dofinansowuje około trzech tysięcy studentów rocznie, zaś pracę podejmuje połowa, a nawet jedna trzecia. Warto pomyśleć o wprowadzeniu opieki stypendialnej jako zachęty dla młodych ludzi, aby podejmowali kształcenie w tym kierunku.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach