Ostrzej, ale bez skalpela: Pora otrzepać się ze złudzeń
Ostrzej, ale bez skalpela: Pora otrzepać się ze złudzeń
I tak jak w finale kultowej „Seksmisji” - za pomocą dość ordynarnego hasła pozwolić wydostać się z Imperium Matriarchatu dwóm internowanym tam mężczyznom z powrotem za Ziemię. I nie dajmy sobie wmówić, że na jesieni będzie jeszcze gorzej. Ludzie zaczynają umierać nie z powodu COVID-19, ale z braku dostępu do świadczeń medycznych niezbędnych w walce z innymi chorobami. Odpowiedzią na chaos nie może być więcej chaosu.
Polskie społeczeństwo z nadejściem wiosny zastygło w strachu i panice. Karnie i solidarnie zastosowało się do zaleceń przerażonych i bezradnych polityków, którzy tydzień po tygodniu obmyślali kolejne tarcze antykryzysowe, starannie eliminując z ochrony prywatny sektor medyczny. Rząd od początku epidemii ignoruje gotowość Naczelnej Rady Lekarskiej do współpracy oraz wspólnego zwalczania i ograniczania zachorowań. W ponad stutysięcznej rodzinie aktywnych zawodowo lekarzy zawrzało na dobre. Tym razem kością niezgody stało się rozporządzenie dotyczące ograniczenia pracy medyka do jednego podmiotu. Wszystkie zasadnicze uwagi NRL do projektu tego rozporządzenia wylądowały w niszczarce.

Tymczasem strategia totalnego „lockdown” wciąż sieje popłoch. To gra na czas. Nie na sukces. Bezwzględny nakaz kwarantanny dla lekarzy i lekarzy dentystów oraz dla pozostałego personelu medycznego, pracujących na obrzeżach Polski i Niemiec, to nie tylko sugestia, ale wręcz insynuacja, ze to właśnie biały personel jest głównym źródłem przenoszenia zakażenia COVID-19. Taka zuchwała teza jedynie podsyca atmosferę nieufności wobec lekarzy i w gruncie rzeczy niewiele różni się od szykan, które już obecnie spotykają niektóre osoby wykonujące zawody medyczne w ich środowiskach lokalnych tylko z tego powodu, że pracują w ochronie zdrowia.
Panie Profesorze Szumowski! Larum grają! Tak nie rozmawiają ze sobą lekarze w szpitalu, gdy mają przed sobą ciężko rannego pacjenta na stole operacyjnym. Choćby jeszcze przed chwilą rywalizowali, a nawet darli ze sobą koty! Tam każda głowa, która nie myśli tylko o sobie, i każda mądra uwaga bywają bezcenne. Sam pan pewnie tego nieraz doświadczył. Proszę stanąć teraz po stronie medycyny, a przynajmniej jej nie skalać!
Politycy zawsze wszystko wiedzą lepiej. Wykorzystywanie emocji to klasyczna technika mająca na celu odstawienie racjonalnej analizy i zdrowego rozsądku jednostki na bok. Co więcej, użycie języka odpowiednio nacechowanego emocjonalnie daje możliwość podświadomego zaszczepienia idei, pragnień, lęków, niepokojów, impulsów, a przez to wywołanie określonych zachowań. Tyle tylko, że taki tok myślowy, charakterystyczny dla dyktatorów i czarodziejów mas, nie przystoi profesorom medycyny.
Zdaniem prezesa NRL prof. Andrzeja Matyi, Ministerstwo Zdrowia, zakazując pracy w kilku miejscach lekarzom i innemu personelowi medycznemu walczącemu na pierwszej linii, pogarsza dostępność świadczeń opieki zdrowotnej wszystkim pacjentom w Polsce. Co gorsza, resort sięga po daleko idące ograniczenia wolności obywatelskich, które można zastosować jedynie w stanach wyjątkowych. No i ani słowa o rekompensacie utraconych wskutek wprowadzonego zakazu zarobków.
We Włoszech COVID-19 odebrał życie ponad 150 lekarzom, a uroczą dotychczas Lombardię zamienił w doczesne piekło. Nawet zarozumiali Amerykanie, którzy jeszcze pod koniec marca butnie lekceważyli przestrogi WHO i drwili z zakazów rządów europejskich, dorobili się już antybohatera własnej arogancji.
Dr Lorna Breen, 49-letnia lekarka walcząca z koronawirusem na pierwszej linii frontu w Nowym Jorku, w kwietniową niedzielę popełniła samobójstwo. Zdrowa i zawsze energiczna Lorna była szefową SOR w Presbyterian Allen Hospital na Manhattanie. Sama również zakaziła się koronawirusem, ale wróciła do pracy po spędzeniu na rekonwalescencji około półtora tygodnia. „Dr Breen jest bohaterką, która wprowadziła najwyższe ideały medycyny na wymagającą linię frontu oddziału ratunkowego” — czytamy w oświadczeniu nowojorskiego szpitala.
Coraz częściej zastanawiam się nad krajobrazem, jaki zastaniemy po batalii z COVID-19. Nie mam kompetencji ani nie zgłaszam proroczych talentów, aby kreślić precyzyjnie plany na przyszłość. Powoli tracę siły i entuzjazm do niekończących się apeli, aby politycy odpolitycznili swoją refleksję o zdrowiu publicznym. Takie walenie grochem o ścianę, choć czasem bardzo widowiskowe, jest naiwne, bo oparte na wewnętrznej, nieprzekraczalnej sprzeczności. Coraz więcej z moich rodaków (niestety) uwierzyło, że politycy są po to na świecie, żeby wszystko upolitycznić. Najlepszy dowód, że zmagania całego społeczeństwa z epidemią zdołali sprywatyzować i zawłaszczyć.
Epidemia COVID-19 to bolesne doświadczenie, z którego — mam nadzieję — zostaną wyciągnięte wnioski. W Polsce mamy niewiele ponad 1100 lekarzy specjalistów chorób zakaźnych, z których co piąty ukończył 70 lat, co drugi 60 lat, a 40-latków jest zaledwie 98. Z tej grupy tylko połowa pracuje w oddziałach zakaźnych i poradniach. Reszta, ze względu na małą atrakcyjność specjalizacji, nie pracuje w tym sektorze ochrony zdrowia.
Aż się prosi, aby choroby zakaźne już teraz uznać za specjalizację deficytową numer jeden, o co Polskie Towarzystwo Epidemiologów i Lekarzy Chorób Zakaźnych — jak dotąd bez skutku — usilnie zabiega. Nie wystarczy jednak wpis na listę dziedzin priorytetowych, na której jest już ponad 20 innych specjalności. To musi być nowa kategoria o jeszcze wyższym priorytecie, który sprawia, że dla lekarskiej młodzieży taka specjalizacja na całe zawodowe życie będzie atrakcyjna. Czyli szanowana za ofiarność i godnie wynagrodzona za gotowość do pracy. To oczywiście wymagałoby zmiany sposobu finansowania tej dziedziny medycznej i wprowadzenia różnorakich zachęt do specjalizowania się w chorobach zakaźnych. Obecne działania mają charakter doraźny. Rzuca się jakąś kwotę na zakup sprzętu, otwiera blok izolacyjny, a później nie ma pieniędzy na jego eksploatację. Taka perspektywa odstrasza lekarską młodzież, która nie zamierza, jak jej ojcowie, skrywać spojrzenia na niezawinione tragedie.
Aby walczyć z kryzysem, trzeba najpierw znaleźć jego jądro i poprawnie je zdefiniować, bo trudno mierzyć się z czymś, czego jeszcze nie nazwano. To absolutne abecadło. Każdy, kto go nie poznał, lada chwila musi — na ortografii czy gramatyce — się wyłożyć.
I tak jak w finale kultowej „Seksmisji” - za pomocą dość ordynarnego hasła pozwolić wydostać się z Imperium Matriarchatu dwóm internowanym tam mężczyznom z powrotem za Ziemię. I nie dajmy sobie wmówić, że na jesieni będzie jeszcze gorzej. Ludzie zaczynają umierać nie z powodu COVID-19, ale z braku dostępu do świadczeń medycznych niezbędnych w walce z innymi chorobami. Odpowiedzią na chaos nie może być więcej chaosu.
Polskie społeczeństwo z nadejściem wiosny zastygło w strachu i panice. Karnie i solidarnie zastosowało się do zaleceń przerażonych i bezradnych polityków, którzy tydzień po tygodniu obmyślali kolejne tarcze antykryzysowe, starannie eliminując z ochrony prywatny sektor medyczny. Rząd od początku epidemii ignoruje gotowość Naczelnej Rady Lekarskiej do współpracy oraz wspólnego zwalczania i ograniczania zachorowań. W ponad stutysięcznej rodzinie aktywnych zawodowo lekarzy zawrzało na dobre. Tym razem kością niezgody stało się rozporządzenie dotyczące ograniczenia pracy medyka do jednego podmiotu. Wszystkie zasadnicze uwagi NRL do projektu tego rozporządzenia wylądowały w niszczarce.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach