Prof. Janusz Skalski: Dziś najbardziej inspirują mnie studenci i młodzi lekarze
Prof. Janusz Skalski: Dziś najbardziej inspirują mnie studenci i młodzi lekarze
Który z licznych dyżurów był dla profesora wyjątkowy? Którego pacjenta nigdy nie zapomni? Kim, jeśli nie lekarzem, mógłby zostać? — na te i inne pytania odpowiada prof. dr hab. n. med. Janusz Skalski.
Wyjątkowy dyżur…

Opowiem o moim pierwszym. Zaczynałem pracę w 1975 r. na internie, w Klinice Chorób Wewnętrznych przy ul. Kopernika 17 w Krakowie. To miejsce zapisane jest w historii polskiej medycyny, ponieważ to właśnie tam przez lata pracował legendarny prof. Julian Aleksandrowicz, a wcześniej Tadeusz Tempka czy Leon Tochowicz.
Jako młody lekarz zostałem wezwany na izbę przyjęć, do 38-latka, który miał rozpoznany niestabilny zawał. Miałem pomóc w transporcie chorego. Wjechałem z pacjentem do windy, towarzyszyła mi tylko mało doświadczona salowa. Nagle pacjent „się zatrzymał”, trzeba go było reanimować, a tu… winda się zacięła i stanęła między piętrami. Nie miałem żadnych leków ani możliwości intubowania. Reanimacja trwała ponad 40 minut, ale pacjent mimo to zmarł na moich oczach. Od lekarza sądowego, który wykonywał sekcję, dowiedziałem się, że zrobiłem wszystko, co było w tych warunkach możliwe.
Do końca swoich dni będę pamiętał także mój pierwszy dyżur jako samodzielnego lekarza. W 1984 r. zdałem egzamin specjalizacyjny II stopnia z chirurgii dziecięcej i zostałem namaszczony przez naszego szefa, prof. Jana Grochowskiego, na pełniącego dyżury prowadzące. Czułem się bardzo dowartościowany, jednocześnie zaklinałem dobry los, żeby tylko nie trafił do nas pacjent neurochirurgiczny. Akurat w tej dziedzinie nie miałem możliwości zdobyć dużego doświadczenia podczas szkolenia specjalizacyjnego. Zaczął się dyżur. Najpierw operowałem kilka prozaicznych wyrostków, ale późnym wieczorem przywieziono z wypadku dziecko z wgłobieniem kości pokrywy czaszki. Do tego wszystkiego ta 5-letnia dziewczynka pochodziła z rodziny jednego z naszych kolegów z pracy. Proszę sobie wyobrazić, jaka to odpowiedzialność! Powiem szczerze, że potem byłem dumny jak paw, bo operacja przebiegła pomyślnie i dziecko tydzień później wyszło do domu.
Pacjent, którego nie zapomnę...
Oj, było wielu takich pacjentów! Jeden z nich został opisany w książeczce „Cuda w medycynie” i o nim opowiem. Tym bardziej, że finał tej historii jest niemal metafizyczny. To były lata 90. ubiegłego wieku, pracowałem wówczas w Katowicach.
Wieczorem trafiło do nas 9-miesięczne niemowlę. Początkowo dziecko przyjęto do szpitala w Bielsku z podejrzeniem ciężkiego zapalenia płuc. Bardzo przytomna pani kardiolog z tej placówki rozpoznała, że ma ono ogromny guz serca. Małego pacjenta karetką, najbliższą drogą, przewieziono do Katowic, gdzie nieźle działała kardiologia dziecięca. Dziecko było w stanie krytycznym: sine, bez ciśnienia, z czynnością serca 20 uderzeń na minutę. Przyznam, że do operacji przystępowaliśmy bez nadziei na sukces.
Okazało się, że guz wypełnia całą klatkę piersiową, był problem z założeniem kaniul. Trzeba było przeciąć przeponę i skaniulizować dolną żyłę główną. Guz udało się wyciąć w całości. To był łagodny guz mezenchymalny. Dziecko nie tylko przeżyło, ale wróciło do zdrowia w niesamowitym tempie, wbrew wszystkim przewidywaniom. I to nie koniec tej historii. Przed dwoma laty w rejonie krakowskim poszukiwano zaginionego dziecka. I proszę sobie wyobrazić, że to właśnie ten mój dawny pacjent, już ponad 20-letni młody mężczyzna, odnalazł to dziecko! To pokazuje, jak niezwykłe mogą być koleje losu. Dziecko, które przed laty zostało cudem boskim uratowane i przeżyło, teraz pomaga innym.
Równie dobrze pamiętam chłopca, który trafił do nas w stanie głębokiej hipotermii. Miał najniższą u uratowanych osób zanotowaną na świecie temperaturę wewnętrzną ciała, bo zaledwie 11,9 st. C. Chłopiec przeżył bez żadnych szkód neurologicznych.
Najtrudniejszy egzamin na studiach…
Będzie to opowieść ze szczyptą humoru. Na pierwszym roku był zwyczaj, że jednego dnia zdawało się anatomię i histologię. Anatomii uczyłem się naprawdę solidnie i w efekcie zabrakło czasu, by opanować materiał z histologii, z której egzaminowała słynna prof. Jadwiga Ackermann, postrach wszystkich studentów w tamtym czasie. Anatomię zdałem na piątkę, a dwie godziny później miałem drugi sprawdzian wiedzy. Bałem się ogromnie pytań z histologii układu nerwowego, bo tego działu nie zdążyłem przerobić.
Wchodzę, a pani profesor, bardzo rozbawiona, mówi: „Gdyby pan słyszał, jakie bzdury z histologii układu nerwowego opowiadał poprzednik! Zupełne banialuki. Proszę posłuchać…”. Perliście śmiejąc się opowiada, ja — trochę nerwowo — wtóruję. Jednocześnie czuję ciarki na plecach, bo nie mam pojęcia, o czym mówimy. I nagle słyszę: „No dobrze, proszę o indeks i prawidłową odpowiedź”. Zamarłem, ale zaczynam mówić, choć czuję, że powtarzam te same nonsensy, co kolega. Prof. Ackermann szybko mi przerwała i zamaszyście wpisała ocenę.
Patrzę, a tam… 4! To był najbardziej dla mnie emocjonujący egzamin. Potem okazało się, że przede mną zdawał mój serdeczny kolega, dziś bardzo znany kardiolog warszawski, z którym utrzymuję sympatyczne kontakty. Ile razy wspominam tamten egzamin, to śmieję się do siebie, bo to był istny kabaret.
Gdybym nie był lekarzem…
Byłbym chemikiem. To w pewnym sensie było moim marzeniem. W klasie maturalnej zostałem olimpijczykiem z chemii i zdobyłem prawo wstępu na studia w tym kierunku albo uniwersyteckie, albo politechniczne. Jednak mój ojciec był lekarzem, podziwiałem jego pracę, zaangażowanie, więc ostatecznie wybrałem studia medyczne. Bardzo lubiłem też matematykę, to była moja ulubiona dziedzina wiedzy. W czasach szkolnych nie lubiłem historii, ale po latach obudziła się we mnie pasja historyka. Szczególnie pochłonęła mnie historia średniowiecza, renesansu i kontrreformacji.
Osoba, która inspiruje mnie najbardziej…
Dziś najbardziej inspirują mnie studenci i młodzi lekarze. Zadają mądre i celne pytania, które dają do myślenia. Zawsze uważałem, że prowadzenie zajęć dydaktycznych to wielki zaszczyt. To jest coś pięknego, gdy mamy wspólnie temat do przedyskutowania i potrafimy wzajemnie się uzupełniać.
Gdybym z kolei miał wskazać kogoś spośród swoich nauczycieli, to do dzisiejszego dnia inspiruje mnie prof. Richard Van Praagh, u którego na początku lat 80. ubiegłego wieku przeszedłem w Bostonie pełne szkolenie z kardiopatologii. W naszej dziedzinie — kardiochirurgii i kardiologii dziecięcej — wszyscy jesteśmy uczniami prof. Van Praagha, który stworzył klasyfikację wad złożonych serca. Z radością mogę powiedzieć, że profesor otrzyma zaszczytny tytuł doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego. Decyzja już została podjęta, jesteśmy po wszystkich etapach postępowania w tej sprawie. Uroczystość miała się odbyć na przełomie marca i kwietnia. Niestety, z powodu pandemii musieliśmy przełożyć to wydarzenie na jesień.
Święty Graal medycyny to…
W różnych działach nauki ten święty Graal będzie inny. Dla mnie, jako kardiochirurga dziecięcego, takim nieosiągalnym celem jest uzyskanie przeżyć wieloletnich u dzieci, które przychodzą na świat z sercem jednokomorowym. Dziś możemy takim dzieciom pomóc, wykonując skomplikowane wieloetapowe leczenie operacyjne, ale wciąż nieosiągalne jest, by nasi pacjenci dożyli starości. Ale gdyby udało się regenerować serce albo odtwarzać te struktury, których natura nie stworzyła? Przełomem mogą być komórki macierzyste. Być może inżynieria genetyczna kiedyś stworzy możliwość wyhodowania narządu do przeszczepu dla konkretnego pacjenta, tak aby nie dochodziło do odrzutu. Ale to pieśń odległej przyszłości.
Przełomowy moment w mojej karierze…
Było kilka takich kamieni milowych na mojej zawodowej drodze. Jednak największy przełom miał miejsce w 1990 r., gdy zdecydowałem się na samodzielność i na zaproszenie prof. Zbigniewa Religi przeniosłem się na Śląsk. Profesor dał mi możliwość zrobienia habilitacji, postępu naukowego i zdobycia tytułu profesora. Na Śląsku spędziłem 17 lat pod skrzydłami prof. Religi: pierwsze 7 lat w Katowicach z przyjaźnią prof. Andrzeja Bochenka i doc. Marka Witesa, a potem kolejnych 10 lat w Zabrzu z prof. Marianem Zembalą.
Gdy jestem pacjentem, to…
Byłem pacjentem. Karnym i grzecznym. I traktowany byłem bardzo dobrze. Jednak leżąc na wspólnej sali i obserwując innych chorych, zauważyłem z wielkim żalem, że polskie społeczeństwo nie potrafi mówić „dziękuję”. Zamiast wdzięczności za pracę pielęgniarki czy lekarza są tylko roszczenia. Jestem szperaczem w historii i bardzo głęboko zapadły mi w pamięć słowa Melchiora Wańkowicza zapisane w „Pamiętnikach Lekarzy”, wydanych w 1939 r. Wańkowicz napisał, że „Lekarz jest jedynym inteligentem, od którego czegoś można żądać, nic w zamian nie dając. Lekarz to jest jedyny inteligent w kraju, któremu można nawymyślać, nawrzucać i nic nam za to nie będzie”. Tak jest i dziś.
W uprawianiu zawodu lekarza najbardziej przeszkadza…
Nieustanny problem z dostępem do sal operacyjnych, z dostępem do anestezjologa. Mamy ograniczenia, a kolejka pacjentów czekających na operację przerosła bezpieczną granicę. Ona była bardzo duża już przed epidemią, a teraz chorzy będą ginąć z powodu tego, że zbyt długo czekali na pomoc medyczną.
Martwi mnie też fakt, że młodzi ludzie nie interesują się kardiochirurgią dziecięcą. Ta specjalizacja jest w impasie. Dawniej wydawało się, że kardiochirurgia jest nobilitującym działem. Dziś jest niedowartościowana i trzeba być ogromnym pasjonatem, by obrać taką zawodową drogę.
Kiedy nie pracuję, to…
Zajmuję się swoimi wnukami. Mam przed sobą zdjęcia swoich wnuczków: najstarszy ma 6 lat, drugi 4, a trzeci — 2. Niedawno zostałem dziadkiem po raz czwarty, maleństwo ma dwa miesiące. Wszystkie są cudowne. Wnuki są najwspanialszą rzeczą, która zdarza się człowiekowi na starsze lata. A jak pójdą spać, to siedzę w swoich starych książkach. Typowy mól książkowy ze mnie. Tak wyobrażam sobie szczęśliwą starość: otoczony wnukami, zaczytany.
O kim mowa
Prof. dr hab. n. med. Janusz Skalski jest kierownikiem Kliniki Kardiochirurgii Dziecięcej w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym w Krakowie. Specjalizuje się w wieloetapowym leczeniu dzieci z pojedynczą komorą serca. Autor wielu pionierskich rozwiązań w dziedzinie kardiochirurgii dziecięcej.
Który z licznych dyżurów był dla profesora wyjątkowy? Którego pacjenta nigdy nie zapomni? Kim, jeśli nie lekarzem, mógłby zostać? — na te i inne pytania odpowiada prof. dr hab. n. med. Janusz Skalski.
Wyjątkowy dyżur…
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach