Ostrzej, ale bez skalpela: Miodowa po przeglądzie
Ostrzej, ale bez skalpela: Miodowa po przeglądzie
Ministrem ponoć przestaje się być wtedy, gdy wsiada się do auta, które już samo nie jedzie — głosi popularny wśród weteranów resortu zdrowia dowcip. Ale nie tylko wytworne limuzyny, które wożą ministrów, wymagają przeglądów. Okazuje się, że oni sami również.
Jako pierwszy swoim wehikułem reformy zajechał z fasonem przed oblicze pani premier Konstanty Radziwiłł. Błyskawiczny przegląd potwierdził, że hamulce i amortyzatory są w jak najlepszym stanie. Te pierwsze skutecznie zahamowały komercjalizację szpitali i odesłały do przysłowiowego kąta prywatne podmioty, drugie zaś uratowały sterników wehikułu przed wylotem z pałacu Paca. Cały pojazd przypominał charczącego rzęcha, pozostawionego zresztą w takim stanie przez poprzednią ekipę, która skupiała się wyłącznie na uszczelnianiu mechanizmów. Ale co zatkała jedną dziurę, to ani chybi otwierały się dwie kolejne. Sternicy dobrej zmiany załatwili więc sobie pieczątkę i prawo do dalszej jazdy na „ładne oczy”. Trzeba więc mieć ich w trasie na oku.

Ale dosyć tych oczywistych metafor do motoryzacji. Przeglądy ministerstw to nie jest jakiś szczególny patent obecnego rządu. Jeszcze nie tak dawno, co rusz posługiwał się nimi Donald Tusk. Tyle tylko, że wówczas politycy PiS wyszydzali tę metodę jako cyrk i propagandową szopkę.
Reforma służby zdrowia nie jest łatwa, ale podchodzimy do niej racjonalnie i pragmatycznie — stwierdziła odkrywczo po przeglądzie pani premier. Jeszcze bardziej zachwycony ze swoich dokonań był sam lustrowany minister. Dumnie oznajmił, że jest wiele projektów, które funkcjonują pełną parą dla dobra pacjentów. Zaczął od darmowych leków dla seniorów, dalej wymienił najnowsze leki w walce w nowotworami i powszechne szczepienia przeciw pneumokokom. Zakończył zaś na pełnym czczej emfazy stwierdzeniu, że jakość opieki zdrowotnej i bezpieczeństwo pacjentów to wartości najwyższe. Nawet poczciwy Hipokrates w takich przypadkach mówił po prostu o zdrowiu.
Prawdziwą konsternację, nawet we własnym obozie politycznym, wywołały zapewnienia ministra Radziwiłła, że dzięki podpisaniu wszystkich kontraktów, chorzy są zabezpieczeni przed niedogodnościami i niemożnością dotarcia do lekarza. Chyba komuś zabrakło wyobraźni, że to na terenowych polityków już teraz pacjenci sypią gromy za takie deklaracje. Zdaniem Marii Ochman, przewodniczącej Krajowego Sekretariatu Ochrony Zdrowia NSZZ „Solidarność”, 2016 rok to tak naprawdę czas bezpowrotnie stracony. Lekarze i pielęgniarki w szpitalach wzruszają ramionami i nie wiedzą czy się śmiać, czy płakać. Bo to właśnie ich beneficja dobrej zmiany omijają dużym łukiem.
Nie słyszałem, aby audytorka wspomnianego przeglądu słowem napomknęła, że pacjenci więcej płacą za leki, a lekarze pierwszego kontaktu funkcjonują jak biura, nie jak przychodnie, które powinny być cały czas dostępne. Nie zapytała, dlaczego kolejki do specjalistów są dłuższe niż dotychczas i nadal dla co piątego rodaka cena jest powodem niewykupywania leków. Nie zainteresowała się też tym, że biedniejsze palcówki opieki zdrowotnej nie będą mogły posiłkować się prywatnymi karetkami i że sędziwy paracetamol zniknie z wiejskich sklepików. Nie wspomniała nawet o tym, że minister Radziwiłł zapomniał o roli pediatrów w poz, że obietnice podwyżek nie mają pokrycia ani o tym, że władza w swej wielkoduszności zachęca pacjentów do składania fałszywych oświadczeń oraz nie zamierza ścigać tych, którzy mają gdzieś płacenie składek na ubezpieczenie zdrowotne.
Minister zdrowia i jego świta coraz bardziej oddalają się od samorządu lekarskiego, który był dotychczas ich naturalnym matecznikiem. Dostali całoroczny kredyt zaufania. Teraz w izbach lekarskich słychać wyraźne syczenie rozczarowania i irytacji. Warto przypomnieć, że od niemal dwudziestu lat Konstanty Radziwiłł bardzo sobie cenił dobrodziejstwa i prestiż płynące ze stanowisk prezesa, wiceprezesa i ostatnio sekretarza Naczelnej Rady Lekarskiej. Nadal zresztą nominalnie zasiada w tym dostojnym lekarskim gremium. Ma więc obowiązek, jak każdy lekarz posiadający ważne prawo wykonywania zawodu, podporządkować się uchwałom rady i zjazdów lekarskich. Jest zresztą inicjatorem i projektodawcą większości dokumentów. Robiąc odwrotnie, staje w „mentalnym rozkroku”, o czym 9 stycznia na łamach „Rzeczpospolitej” przypomniał mu prezes Maciej Hamankiewicz.
Nie wiedzieć czemu sam Radziwiłł zaangażował się w ideologiczną wojenkę, czy marihuana bardziej służy gimnazjalistom do ćpania na imprezach, czy jej wyciąg z oleju konopnego niesie ulgę śmiertelnie chorym ludziom. Jestem pewien, że jako doświadczony lekarz sam ordynował leki narkotyczne, a dziś przekomarza się, czy lecznicza marihuana w ogóle istnieje i zasłania się brakiem naukowych rekomendacji. Jakoś w Holandii i bratnich Czechach nikomu to nie przeszkadza. To wstyd, że sternicy wehikułu reformy czekają na rozstrzygnięcia parlamentarne w tej sprawie. Biciem piany niech się karmią doktrynerzy, ortodoksi i sekciarze. Lekarzom to po prostu nie przystoi. Zwłaszcza tym na ministerialnych posadach.
Wszystkie czary i zaklęcia o sieci szpitali, skoordynowanej opiece zdrowotnej i zmianie szyldu NFZ na bliżej nie wiadomo jeszcze co, powoli rozpływają się w mgławicy zwyczajnej niemocy ministra zdrowia, bo to nie on jest dysponentem publicznego grosza. Nikt przed nim nie był i po nim też nie będzie. A potrzebne miliardy na razie konsumują drugie i kolejne dzieci w rodzinach. I niech im będzie na zdrowie.
Od zdrowia Polacy zaczynają niemal każde życzenia. W każdej dziedzinie co jakiś czas przychodzi czas na zmiany. W ochronie zdrowia brak zmian zwiastuje ani chybi regres. Paradoks człowieka polega na tym, że zmiany kocha, a jednocześnie ich nienawidzi. Zmiana z reguły łączy się przecież z wyjściem ze swojej strefy komfortu, dostosowaniem się do nowej rzeczywistości, zapoznaniem się z nowymi regułami, wyzbyciem się nabytych lub urojonych rytuałów i wzajemnych uprzedzeń. Zmiana potrafi być bolesna, niewygodna, może nawet przez chwilę uwierać, ale jeśli oznacza rozwój i krok naprzód, warto do niej przekonywać i słuchać mądrych ludzi. A nie do nich przemawiać jak na wiecach, bajdurzyć o naruszaniu interesów jakiegoś niewidzialnego wroga i epatować publiczność przeglądami, hospitacjami ani pańskim okiem, które nie każdego konia tuczy.
Ministrem ponoć przestaje się być wtedy, gdy wsiada się do auta, które już samo nie jedzie — głosi popularny wśród weteranów resortu zdrowia dowcip. Ale nie tylko wytworne limuzyny, które wożą ministrów, wymagają przeglądów. Okazuje się, że oni sami również.
Jako pierwszy swoim wehikułem reformy zajechał z fasonem przed oblicze pani premier Konstanty Radziwiłł. Błyskawiczny przegląd potwierdził, że hamulce i amortyzatory są w jak najlepszym stanie. Te pierwsze skutecznie zahamowały komercjalizację szpitali i odesłały do przysłowiowego kąta prywatne podmioty, drugie zaś uratowały sterników wehikułu przed wylotem z pałacu Paca. Cały pojazd przypominał charczącego rzęcha, pozostawionego zresztą w takim stanie przez poprzednią ekipę, która skupiała się wyłącznie na uszczelnianiu mechanizmów. Ale co zatkała jedną dziurę, to ani chybi otwierały się dwie kolejne. Sternicy dobrej zmiany załatwili więc sobie pieczątkę i prawo do dalszej jazdy na „ładne oczy”. Trzeba więc mieć ich w trasie na oku.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach