Odszedłem z zarządu PTK, ale nie z kardiologii

Monika Wysocka
opublikowano: 21-12-2005, 00:00

"Uważam, że jeśli ktoś nie może realizować swojej wizji, to powinien ustąpić" - twierdzi prof. Mirosław Dłużniewski, mówiąc o swojej rezygnacji z funkcji prezesa-elekta Polskiego Towarzystwa Kardiologicznego. Swoją decyzję motywuje brakiem porozumienia z obecnym jego szefem prof. Adamem Torbickim. "Nie chcę krytykować. Chcę tylko powiedzieć, że w wielu kwestiach mam inne zdanie. Może miałem zbyt romantyczne wyobrażenia na ten temat tej funkcji?" - mówi. Wbrew krążącym plotkom nie zamierza jednak tworzyć konkurencyjnej organizacji. ; ; ;

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Monika Wysocka: Dlaczego tak uparcie milczał pan na temat przyczyn swojej rezygnacji z funkcji prezesa-elekta PTK? Wielu lekarzy uważa, że należy im się jakieś wytłumaczenie.

Prof. Mirosław Dłużniewski: Nie odzywałem się, ponieważ uważałem, że nieporozumienia nie powinny wychodzić na zewnątrz, ale przekonała mnie pani, że niedomówienia nikomu nie służą. Zaskoczyło i zabolało mnie stwierdzenie, że nie mam odwagi mówić głośno o swoich motywacjach. Osobiście uważam, że publiczne rozgrzebywanie tego konfliktu to nie jest kwestia poczucia odwagi. Moje milczenie związane było raczej z poczuciem odpowiedzialności za PTK. Nikomu nie jest potrzebne roztrząsanie pretensji czy żalów. Najgorsze jednak było posądzenie, że planuję założyć konkurencyjne towarzystwo. To dość obrzydliwa plotka. Nigdy o tym nie myślałem. To byłoby zaprzeczeniem moich dotychczasowych dokonań w PTK. Chcę też podkreślić, że moja decyzja nie jest manifestacją. To raczej brak pełnego porozumienia z obecnym prezesem. Na nikogo jednak się nie obraziłem. W PTK zostawiłem wielu przyjaciół i wszystkim, dla których to ma znaczenie powtarzam, że odchodzę z zarządu towarzystwa, a nie z kardiologii.

- Kiedy po raz pierwszy pomyślał pan o rezygnacji?

- Po wyborach byłem pełen jak najlepszych myśli i wielkich planów. Były one dla mnie ogromnym przeżyciem emocjonalnym, dały mi mnóstwo satysfakcji. Słuchając wielu ciepłych słów na swój temat, cały czas jednak pamiętałem, że nie jestem prezesem chcianym przez wszystkich. Wydawało mi się, że to nie będzie miało decydującego znaczenia. Zdarzyło się wtedy coś, co zbagatelizowałem: na kilka dni przed wyborami przyszła do mnie Pewna Ważna Osoba, która namawiała mnie, żebym nie startował w wyborach. Przekonywała, że jeśli mi się uda, nie będę chcianym prezesem i że to podzieli środowisko. Patrząc z dzisiejszej perspektywy, właściwie wygląda na to, że miała rację. Mówię o tym niechętnie i dotychczas było to moją tajemnicą, ale ten fakt nabiera teraz innego znaczenia, pokazuje, jaka była atmosfera wokół mojego wyboru na to stanowisko. Zbagatelizowałem to.
Potem zaczęła się moja kadencja prezesa-elekta. Szybko jednak zaczęło się okazywać, że przebiegała inaczej niż sobie wyobrażałem. Po raz pierwszy doszedłem do tego wniosku w maju 2005 roku podczas spotkań w ramach Szkoły Kardiologicznej. To wtedy pierwszy raz lekarze zaczęli mnie wypytywać, dlaczego, pomimo obietnic, nic się nie zmienia. Próbowałem - zgodnie z prawdą - mówić, że zarząd PTK ma dużo pracy z porządkowaniem finansów i prawa, które się zmienia. Ale miałem wrażenie, że lekarze odbierali to jako wymówki. Wyczułem, że staję się niewiarygodny i choć nikt nie powiedział mi tego wprost, miałem wrażenie, że wiele osób zaczyna myśleć, iż to stanowisko stało się dla mnie ważniejsze niż działanie.
Jeden z moich kolegów z roku powiedział wtedy do mnie: ?a co mnie to obchodzi, jakie wy tam macie problemy. Czy ja ci opowiadam, jak brnąc po kolana w śniegu, docieram do swoich pacjentów? Wybrałem cię i teraz ja, zwykły lekarz spod Rzeszowa, oczekuję od ciebie konkretnych działań". Bardzo mnie to zabolało, bo uzmysłowił mi, że tak naprawdę człowieka poznaje się po czynach. Zrozumiałem, że punkt widzenia zwyczajnych członków PTK jest zupełnie inny niż nasz i że dobrze byłoby od czasu do czasu ich posłuchać. To by nam wszystkim świetnie zrobiło. Poczułem, że chcę odpowiadać za to, co robię.

- O co tak naprawdę chodzi w tym konflikcie?

- Powiem obrazowo: jako szeregowy członek Zarządu Głównego PTK zrobiłem dwa ogromne kongresy, w opinii wielu osób bardzo udane. Wymagało to gigantycznej pracy. Oddałem trzy lata swojego życia temu towarzystwu, sporą część aktywności swojego zespołu. Pierwszy kongres pozwolił na zakup siedziby PTK, drugi - na ustabilizowanie finansów. Kiedy zostałem prezesem-elektem, miałem przekonanie, że będę mógł więcej działać na rzecz PTK. Dalej chciałem prowadzić i rozbudowywać Szkołę Kardiologiczną. Były plany, by zacząć robić to - z korzyścią dla wszystkich - pod egidą PTK. Okazało się to jednak niemożliwe.
W działalności zarządu brakuje mi świadomości, że od tak dużej korporacji medycznej ludzie oczekują wsparcia. Zorganizowanie raz w roku zjazdu to nie jest wszystko, na co liczą członkowie PTK. Powinniśmy bardziej wspierać lekarzy z małych ośrodków, a nie pracujących w klinikach. Pomagać im w wyjazdach na zagraniczne kongresy. Musimy mieć świadomość, że nie wszystko z Europejskiego Towarzystwa Kardiologicznego da się przełożyć na nasze warunki. Taki prosty przykład: jednym z tegorocznych pomysłów prezesa było zmniejszenie komitetu naukowego kongresu z dwudziestu paru osób do ośmiu - dla sprawniejszej pracy. Mam inne zdanie w tej kwestii; zrobiłem dwa kongresy, podczas których rada naukowa liczyła 30 osób i udało się to. Uważam, że trzeba dawać szansę wypowiedzenia się większej liczbie osób, a zadaniem szefa jest nad tym zapanować. Nie chcę krytykować. Chcę tylko powiedzieć, że w wielu kwestiach mam inne zdanie. Może miałem zbyt romantyczne wyobrażenia na ten temat tej funkcji?

- Jeden z moich rozmówców ocenił to, co dzieje się teraz w PTK jako walkę dwóch niedorosłych facetów...

- Ale ja nie chcę traktować tego jako walki. Bo z kim niby ma być to walka - z kolegami z zarządu, którzy mają inne zdanie na jakiś temat? Z tymi, którzy nie głosowali na mnie podczas wyborów? Proszę zrozumieć, że moje ustąpienie nie jest przeciwko nikomu. Jeśli już mówić o walce, to jest to walka ze swoimi ambicjami. Tak czy inaczej, kiedy zrobiłem bilans, wypadł dla mnie bardzo niekorzystnie. Nie pozostało mi nic innego, jak zrezygnować z czegoś, w czym nie widziałem sensu.

- To co będzie pan teraz robił?

- Zamierzam dalej pracować na rzecz kardiologii, a do tego nie jest potrzebne stanowisko. Moi nauczyciele mówili, że lecząc jednego pacjenta pomagamy jednej osobie, a ucząc jednego lekarza pomagamy wszystkim, których on będzie leczył. To moje motto. Chcę się poświęcić dydaktyce. W przyszłym roku planujemy kilkanaście spotkań Szkoły Kardiologicznej, w kwietniu organizujemy Zakopiańskie Dni Kardiologiczne, w maju robimy Akademickie Dni Kardiologiczne w Warszawie na 25-lecie naszej kliniki. Rozpoczęliśmy już przygotowania do akcji stypendialnej dla lekarzy w Polsce, o której w czasie wyborów wspominałem jako o jednym ze swoich pragnień. Nie robię tego wszystkiego specjalnie, żeby komuś coś udowodnić. To plany sprzed wielu miesięcy. Zresztą chcę dalej współpracować z PTK, a nie konkurować z nim. Chciałbym raczej łączyć działania niż je dzielić.

- Nie szkoda panu takiej funkcji?

- Nie chcę się zbyt wiele nad tym zastanawiać, bo jeszcze poczułbym się jak Napoleon na Elbie, a tego bym nie chciał. Ale mówiąc poważnie - nie mam poczucia krzywdy. To jest raczej rodzaj porażki. Po roku czasu muszę przyznać, że nie poradziłem sobie z rzeczywistością. Oczywiście, że jest mi przykro. Oczywiście, że chciałbym mieć w życiorysie: Mirosław Dłużniewski, prezes PTK. To ogromny honor i zaszczyt, ale nie czuję się przyspawany do stołka, tak zostałem wychowany. Mimo to mam poczucie straty. Chciałbym, żeby moi koledzy rozumieli, że to było bardzo trudne: zrezygnować i powiedzieć, że nie może być tak, jak ja bym chciał. Uważam jednak, że jeśli ktoś nie może realizować swojej wizji, to powinien ustąpić. Może czas poświęcany tam można inaczej spożytkować.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.