Norwegia: trudny rynek pracy dla lekarzy

Beata Lisowska
opublikowano: 05-10-2005, 00:00

Jak wynika z analizy Pulsu Medycyny, norweska służba zdrowia opanowała już kryzys wynikający z braku kadr. Zwiększono nabór na studia medyczne, a po otwarciu rynku pracy wolne miejsca szybko zajęli lekarze ze Szwecji, Danii i Niemiec. Polacy, którzy dopiero teraz zainteresowali się możliwością pracy w Norwegii, mogą mieć kłopoty ze znalezieniem zatrudnienia.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Przez łamy Dagens Medisin, norweskiego odpowiednika naszej gazety, przewinęła się ostatnio dyskusja na temat ograniczania lekarzom-cudzoziemcom dostępu do norweskiego rynku pracy. Lekarze spoza Unii Europejskiej muszą bowiem zdać bardzo trudne egzaminy profesjonalne. Na napisanie testu wielokrotnego wyboru, zawierającego 90 pytań z różnych dziedzin medycyny, obcokrajowcy mają 3 godziny. Wymaga się od nich 63 proc. poprawnych odpowiedzi. Tej wiosny nie zdało tego egzaminu 85 proc. lekarzy - obywateli krajów spoza Unii, którzy do niego przystąpili.
Dziennikarze Dagens Medisin poddali podobnej próbie lekarzy norweskich. Okazało się, że test był za trudny dla większości z nich. Kandydaci do zawodu lekarza spoza UE muszą też przejść przez dwa trudne testy językowe (jeden sprawdza znajomość potocznego norweskiego, drugi zaś znajomość specjalistycznego norweskiego słownictwa medycznego).

Bez dostatecznej znajomości języka?

Polaków te ograniczenia w dostępie do rynku pracy nie dotyczą. W ich przypadku - podobnie jak wszystkich lekarzy z Unii Europejskiej - sprawa zatrudnienia jest zdawałoby się prosta. Norwegia, mimo iż nie jest członkiem Unii Europejskiej, przyjęła część regulacji unijnych, w tym dotyczące rynku pracy. Polscy lekarze mogą uzyskać w tym kraju pozwolenie na wykonywanie zawodu bez zdawania egzaminów, a tylko na podstawie stosownych dokumentów wydanych przez izby lekarskie w Polsce. Obowiązuje zasada, iż odpowiedzialność za umiejętności językowe lekarza (jeśli pochodzi on z któregoś z krajów Unii Europejskiej) ponosi pracodawca. ?Jednak norweskie instytucje odpowiedzialne za nadzór nad wykonywaniem zawodu lekarza obawiają się, że niektórzy lekarze z państw nowo przyjętych do Unii Europejskiej są zatrudniani, mimo iż nie posiadają dostatecznych kwalifikacji językowych" - podkreśla Sigurd Aarvig z Dagens Medisin.
Przeprowadzone przez niego dziennikarskie śledztwo potwierdziło te obawy. Okazało się, iż niektóre szpitale traktowały obowiązek sprawdzania umiejętności językowych dosyć pobłażliwie, zatrudniając cudzoziemców bez jakiejokolwiek wcześniejszej rozmowy kwalifikacyjnej. Seria artykułów w Dagens Medisin sprowokowała protesty norweskich lekarzy. "Niektórzy z nich uważają, iż cudzoziemcy dostają pracę zbyt łatwo. Ich zdaniem, bariera językowa powoduje nieporozumienia, a nawet niebezpieczne dla pacjenta sytuacje" - dodaje S. Aarvig.

Trudny rynek pracy

O tym, że norweski rynek pracy coraz bardziej zamyka się na lekarzy-cudzoziemców jest przekonana Justyna Małachowska, absolwentka Akademii Medycznej w Warszawie, obecnie pracująca jako lekarz ok. 30 km od Oslo. Jej zdaniem, wszystko wskazuje na to, że kryzys norweskiej służby zdrowia sprzed kilku lat już minął. Norwegia otworzyła swój rynek dla lekarzy ze Szwecji, Danii i Niemiec, oferując im lepsze warunki pracy i płacy niż mieli we własnych krajach. Także sporo Polaków, zwłaszcza w latach 90. znajdowało tu pracę, choć wtedy obowiązywała o wiele bardziej skomplikowana procedura uznawania kwalifikacji niż po wejściu Polski do UE. Norwegia już nie tylko nie potrzebuje dopływu świeżej lekarskiej krwi, ale wręcz zaczyna mieć problem z zapewnieniem miejsc pracy dla własnych lekarzy.
"Liczba studentów przyjętych na medycynę została w ciągu ostatnich kilku lat podwojona. Wielu Norwegów studiuje za granicą, zresztą najczęściej w Polsce. W tej chwili zaczynają się problemy ze stażystami, niektórzy z nich muszą czekać pół roku na miejsce stażowe. Trudniej jest się specjalizować - twierdzi Justyna Małachowska. - Tutaj do uzyskania specjalizacji jest potrzebny rok praktyki w szpitalu. Mój kolega, jeden z trzech zatrudnianych przez gminę lekarzy, ma problemy ze znalezieniem w okolicy miejsca w szpitalu, gdzie mógłby przepracować ten potrzebny do specjalizacji rok. Norwegowie zaczynają się martwić o miejsca pracy dla własnych lekarzy".
Justyna Małachowska mieszka i pracuje w Norwegii od 1998 roku. Dostała pracę będąc jeszcze w Polsce, bo znała język norweski, a podczas studiów w Akademii Medycznej w Warszawie nawiązała kontakty z jednym z norweskich szpitali. Po studiach nie miała trudności ze znalezieniem stałej pracy w Norwegii. Po wysłaniu aplikacji do wielu pracodawców, już po trzech tygodniach zadzwonił do niej ordynator jednego z norweskich szpitali z propozycją pracy na zastępstwo. "Przyjechałam do Norwegii po roku stażu w Polsce, wtedy nie było to rzadkością. Z mojego wydziału i roku, tuż po studiach dostało pracę w tym kraju pięć osób" - mówi J. Małachowska.
Od trzech lat pracuje jako lekarz rodzinny. Norwegia na przełomie lat 2000-2001 wprowadziła instytucję stałego lekarza pacjenta oraz zapisy na listy pacjentów. Za każdego pacjenta stałą stawkę, która obecnie wynosi 300 koron rocznie (ok. 150 zł) płaci komuna, norweski odpowiednik gminy. Na listach norwescy lekarze rodzinni mają od 600 do 2,5 tys. nazwisk. Justyna Małachowska ma około 1250 pacjentów.

Więcej obowiązków, lepsze zarobki

"Powyżej dwóch tysięcy osób na liście zdarza się wyjątkowo - mówi J. Małachowska. - Zakres obowiązków lekarza rodzinnego jest tu dużo większy. Prowadzimy kobiety w ciąży, wykonujemy badania cytologiczne, zajmujemy się dermatologią, pediatrią, leczeniem psychiatrycznym, ponieważ szpitale i polikliniki są bardzo obciążone". Jak twierdzi J. Małachowska, kwota, którą lekarz dostaje na podstawie umowy z komuną za wszystkich swoich pacjentów z listy powinna wystarczyć i w praktyce wystarcza na utrzymanie prywatnej praktyki, zatrudnienie sekretarki i obsługi laboratorium. ?Za badania laboratoryjne płaci nam dodatkowo ubezpieczyciel i to jest zasadnicza różnica w porównaniu z sytuacją polskich lekarzy rodzinnych. Nie muszę się martwić, że wysyłam pacjenta na badanie, bo nie tracę nic z mojej puli pieniędzy na utrzymanie praktyki" - podkreśla lekarka.
Ważnym źródłem finansowania jest też tzw. udział własny pacjenta. Za każdą wizytę chory płaci 125 lub 150 koron (jeżeli lekarz ma specjalizację). Jednak płaci tylko do granicy 1850 koron rocznie - wszystkie wydatki powyżej tej kwoty refunduje pacjentowi ubezpieczyciel. Justyna Małachowska twierdzi, że ten system jest korzystny i dla pacjentów, i dla lekarzy rodzinnych. Ich zarobki (w zależności od liczby pacjentów i czasu pracy) wynoszą od 300 tys. do nawet 2 mln koron rocznie (brutto).
O liczbie lekarzy na danym terenie decyduje gmina. Aby stać się lekarzem rodzinnym, trzeba przystąpić do konkursu, który ogłasza gmina, jeśli zwolni się miejsce w danym regionie. Ten, kto wygra konkurs, musi odkupić praktykę od poprzedniego właściciela lub jego rodziny. Ceny wahają się od 400 tys. do 1,5 mln koron.
"Nie znam nikogo, kto z Polski w ostatnim czasie rozpocząłby pracę w Norwegii. Jest coraz trudniej o miejsca pracy, trzeba mieć informacje o tym, że ktoś bardzo pilnie potrzebuje pracownika albo jechać w mniej popularne miejsca, na przykład na północ kraju" - uważa Justyna Małachowska.
Nie zraża to polskich lekarzy. W dziale konsularnym ambasady Norwegii w Warszawie dowiedzieliśmy się, że kilka osób z całej Polski jest w trakcie sporządzania tłumaczeń i legalizacji dokumentów: dyplomów i świadectw potwierdzających specjalizacje oraz uczy się języka norweskiego. Robią to na własną rękę i bez pomocy norweskich pracodawców, którzy - w przeciwieństwie na przykład do Szwedów - nie finansują Polakom nauki tego języka.






Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Beata Lisowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.