Najtrudniejsze są pożegnania
Praca wolontariuszy w hospicjach jest wyczerpująca nie tylko fizycznie, ale psychicznie. Najtrudniejsze są odejścia, zwłaszcza, gdy między chorym a wolontariuszem nawiązuje się nić przyjaźni. O misji niesienia pomocy nieuleczalnie chorym z Krystyną Cywińską, wolontariuszką Hospicjum im. Ks. Eugeniusza Dudkiewicza w Gdańsku rozmawia Monika Wysocka:
- Kiedy przeszłam na emeryturę okazało się że, mam bardzo dużo czasu i mimo wieku wciąż jeszcze mnóstwo energii. Pewnego dnia natknęłam się na plakat informujący o kursach dla wolontariuszy i od razu tam pognałam.
Dlaczego nie przyznała się Pani, że jest z zawodu lekarzem anestezjologiem?
- Nie chciałam być już lekarzem, teraz chciałam być wolontariuszem, który jest od wszystkiego. Miałam kontakt z lekarzami, pielęgniarkami i salowymi - wszyscy młodsi ode mnie, bo ja jestem 70 plus. Nie chciałam dziwnych sytuacji: to mogło być dla nich krępujące powiedzieć: „Krystyna weź mopa, trzeba umyć podłogę”. Oczywiście w końcu to się wydało, ale wtedy już wszyscy mnie zaakceptowali i wiedzieli, że nie zadzieram nosa i bez obaw mogą mi wydawać polecenia.
I co było dalej?
- Skończyłam kurs, zdałam testy, odbyłam praktykę. Teraz pracuję w stacjonarnym hospicjum. Chodzę tam dwa dni w tygodniu po cztery-pięć godzin, głównie rano, bo wtedy jest najwięcej pracy. Robię tu wszystko co jest konieczne: przewijam, myję, karmię, czytam, myję podłogę, nawet pieszczę, gdy ktoś tego potrzebuje.
Z czasem Fundacja Hospicyjna zaczęła proponować mi także inne formy działalności. Przekonano się, że dosyć łatwo nawiązuję kontakty międzyludzkie, nie mam zahamowań w rozmowie. Od czasu do czasu chodzę więc do szkół opowiadać o swojej pracy – okazuje się, że to bardzo fajna sprawa. Chcemy w ten sposób oswoić z tematem choroby, śmierci, pogrzebu, pomocy w takich sytuacjach. Byłam też w seminarium, na Uniwersytecie Trzeciego Wieku.
Wspomniała Pani o swoim wieku... To nie dla Pani jest zbyt ciężka praca?
- A skąd! Ja na prawdę mam jeszcze dużo energii. Powiem więcej - oprócz dolegliwościach, które są normalne w moim wieku, mam też inne choroby, ale gdy ciężko chory pacjent prosi mnie o pomoc mój ból zaraz mi przechodzi.
Jaka atmosfera panuje w hospicjum?
- Na pewno na wejściu nie czuć smutku, bólu i rozpaczy. Wręcz przeciwnie, to bardzo przyjemne miejsce - duży, słoneczny hol, barek z kawą i herbatą, szerokie schody, wszędzie pełno kwiatów. Mamy też piękny ogród, do którego gdy tylko mają na to ochotę i gdy aura pozwala wywozimy pacjentów. Ludzie się do siebie uśmiechają, mówią sobie po imieniu. Wszyscy są zdziwieni, że tak tu sympatycznie.
A mimo wszystko zdarza się, że rodziny proszą nas: nie mówcie mu, że jest w hospicjum, mówcie że to sanatorium. Ksiądz zabronił nam tak kłamać, dlatego staramy się oswajać ludzi z tym słowem. Choć szanując obawy rodziny najpierw wypytujemy chorych czy im tu dobrze, jak im się podoba, by w końcu dojść do tego, że to przecież nie ma znaczenia jak nazywa się to miejsce. A miejsce z pewnością to nie jest miejsce tragiczne.
A jednak ci, którzy tu trafiają przeżywają swoją tragedię. Trudno porozumieć się z człowiekiem, który wie, że umiera?
- To takie same relacje jak w świecie zdrowych. I albo od razu czuje się sympatię, albo nie ma przyciągania. W ciągu 5 lat pracy spotkałam kilku pacjentów, którzy zapadli mi w pamięć na zawsze. Jedna z nich żyje wciąż w naszym hospicjum – to 87 -letnia niewidoma, urocza kobieta. Ma nowotwór mózgu, jednak pomimo choroby i pomimo wieku jest niezwykle dowcipna, cudownie nam się rozmawia, codziennie żartujemy, śmiejemy się. Lubię spędzać z nią czas.
Pamiętam też 37-letniego mężczyznę całkowicie sparaliżowanego po wypadku na statku. To było straszne - chłopak w pełni sił, dwójka dzieci w wieku szkolnym, żona. Wszyscy koło niego skakali, udało się przywrócić mu własny oddech i wzrok, ale miał całkowite czterokończynowe porażenie. Informatycy czynili cuda, by ułatwić mu życie, ale i tak wszystko trzeba było koło niego robić. Kiedyś na święta zawiozłam go do domu - straszne warunki: jeden mały pokoik, nie sposób było tam opiekować się nim na co dzień. W końcu i my musieliśmy go przenieść – zmusiły nas do tego bariery finansowe.
Co jest najtrudniejsze w kontaktach z nieuleczalnie chorą osobą?
- Najtrudniejsze są odejścia gdy się przywiążemy. Choć mnie jest o tyle łatwiej, że pracując jako anestezjolog obeznałam się ze śmiercią. Wiem, jak to się kończy i wiem, że czasem śmierć jest błogosławieństwem. Dlatego idea hospicyjna jest mi tak bliska. Nasza działalność nie polega na przedłużaniu życia, ale na zapewnianiu opieki, nie pozwalaniu by chory cierpiał, otaczaniu tych ludzi ciepłem w ostatnich dniach ich życia.
Ludzie boją się, że hospicjum to tylko kontakt z chorym człowiekiem, ale to może być cokolwiek. A przecież jest tysiąc innych rzeczy, które można robić zamiast zmieniać opatrunki czy brudną pościel. Niektórzy przychodzą choćby po to, by zwieźć pacjenta do kaplicy na mszę. Można sprzątać w ogrodzie, przygotowywać salę dla nowego pacjenta. I wszystko liczy się tak samo jak siedzenie przy łóżku umierającego.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Rozmawiała Monika Wysocka; Zdjęcie Łukasz Głowala