Jeden dzień z ... Rafałem Wilkiem
Ginekolog położnik z 16-letnim stażem, pracuje na oddziale ginekologiczno-położniczym Szpitala Powiatowego w Mikołowie (woj. śląskie). W czasie, gdy nie odbiera porodów i nie leczy przyjętych na oddział pacjentek, przyjmuje w Przychodni Rejonowej w Orzeszu lub w swoim prywatnym gabinecie w Katowicach. Mimo licznych obowiązków, znajduje czas na hobby - wspinaczkę wysokogórską. Był na najwyższych szczytach Afryki i Europy - Kilimandżaro i Mont Blanc. W 2009 roku sukcesem zakończyła się jego wyprawa w Himalaje; wraz z kolegami zdobył Dhampus Peak (6012 m n.p.m.). W planach ma jeszcze wyprawę na Elbrus. Swoją pasją zaraził żonę Annę i córki: 17-letnią Olę i 10-letnią Karolinę. Można ich często spotkać razem w Beskidach i Tatrach. Wilkowie uwielbiają wspólne podróże i jeśli tylko pozwala im na to czas, ruszają w Polskę albo w świat. Ich najbliższe plany wspinaczkowe to Jebel Toubkal, najwyższy szczyt Afryki Północnej (4167 m n.p.m.), położony w Atlasie Wysokim. Wybierają się tam wiosną. Czwartek, 21 stycznia 2010 roku
6.15 Pobudka. Prysznic. Pod drzwiami czeka gotowy do spaceru Maksiu. Psy rasy Border Collie potrzebują dużo ruchu. Uwielbiają zabawy na świeżym powietrzu. Mieszkamy w centrum Katowic, więc do najbliższego parku musimy dojechać samochodem. Po kilku minutach zaczynamy półgodzinny, energiczny spacer.
7.15 Wracamy do domu i jemy śniadanie. Dziewczyny już wstały, więc dotrzymują nam towarzystwa. Po drodze do szpitala w Mikołowie podrzucam młodszą córkę do szkoły.
8.00 Odprawa i krótka wizyta u pacjentki. Na początek - operacja wycięcia macicy. Zajmuje mi to godzinę.
9.15 Z sali operacyjnej idę wprost na porodówkę. Czeka tam na mnie 38-letnia pacjentka z cukrzycą. To był naprawdę ciężki poród, ale witamy na świecie zdrowego chłopczyka.
11.00 Zajrzę teraz do pacjentek, które były wcześniej operowane.
13.00 Muszę już jechać do poradni w Orzeszu, a nie zdążyłem zjeść obiadu. Pielęgniarki zapomniały dzisiaj o „głodnym Wilku" i nie zabezpieczyły mu pożywienia. Obiady do szpitala dostarcza firma cateringowa, ale dziś jestem skazany na McDonald'sa, którego mijam po drodze jadąc z Mikołowa do Orzesza. Nienawidzę fast foodów. Lubię włoską kuchnię, często gotuję sam. Moją specjalnością są potrawy z owoców morza i makarony z różnymi sosami. Żona chwali też moje tiramisu. Niestety, dziś muszę wybierać między frytkami i hamburgerami. Ale jutro sobie to odbiję i usmażę kalmary. Podaję je z sosem czosnkowym.
14.00 W poradni czeka na mnie 40 pacjentek. Wiele z nich jest w ciąży. Przyszły na wizyty kontrolne. Jest też kilka pań, które zgłosiły się na badanie USG.
18.00 Na dzisiaj koniec. Do Katowic mam 26 kilometrów, pokonuję je w pół godziny.
18.30 Jest czwartek, więc przed powrotem do domu odwiedzam siłownię. Długo unikałem takich miejsc. Miałem o nich złe wyobrażenie, jednak miło się rozczarowałem i teraz chętnie zaglądam tu dwa razy w tygodniu. Staram się poprawić wydolność organizmu. W wyrobieniu dobrej kondycji najskuteczniejsza jest według mnie bieżnia. Dobra kondycja jest mi potrzebna przede wszystkim w górach, choć na co dzień oczywiście też. Mimo że idziemy w góry w kilka osób, są sytuacje, kiedy człowiek zostaje sam i musi sobie jakoś radzić. Zdarza się, że trzeba przerwać wspinaczkę i w pojedynkę wrócić do obozu. Ja już zdobyłem swój „Mount Everest". Jest nim Dhampus w Himalajach. Na wyższe szczyty nie mam zamiaru się porywać. Wolę trekking. Chodzenie po górach i podziwianie wspaniałych widoków jest ciekawsze, niż czekanie przez wiele dni w zimnym namiocie aż poprawi się pogoda. Wokół wieje przeraźliwie zimny wiatr, jedzenie jest paskudne, nie można się umyć, a do tego może być naprawdę groźnie. Gdy schodziliśmy z Mont Blanc, zerwała się potworna zamieć. Nie było nic widać. Cudem dotarliśmy do schronu. W środku temperatura była taka jak na zewnątrz. Spędziliśmy noc w foliach ratunkowych. Nie spaliśmy, bo trzeba było cały czas poruszać palcami, żeby nie dopuścić do odmrożenia. Mimo to radość ze zdobycia szczytu była ogromna. Nie mniejsza z pokonania własnych słabości. Wyprawa do Maroka w góry Atlasu na pewno nie będzie tak ekstremalna, ale nie mniej fantastyczna. Cieszę się, że Ania chce ze mną jechać.
20.30 Nareszcie w domu. Ola, starsza córka, zrobiła pyszne kanapki. Do tego przydałaby się szklaneczka schłodzonego, pszenicznego piwa. Muszę się jednak obejść smakiem, bo mam dyżur pod telefonem, co oznacza, że przez całą noc, do 7 rano, mogą zadzwonić po mnie ze szpitala i będę musiał tam natychmiast jechać, by dyżurującemu koledze pomóc przy cesarskim cięciu lub innym zabiegu.
21.00 Karolina, młodsza córka, ma jeszcze jakieś pytania w związku z zadaniem z matematyki. Ola się uczy. W przyszłym roku zdaje maturę, chce być lekarzem. Sama zdecydowała się pójść w ślady taty, babci i dziadka. Oglądamy z żoną telewizję, co nie zdarza się często. U mnie w domu dziewczyny rządzą pilotem. 21.30 Pora na wieczorny spacer z Maksem. Tym razem już nie w parku, ale mamy takie ulubione miejsce, gdzie on spotyka swoich znajomych, a ja swoich. Minus - tam też trzeba dojechać samochodem. Plus - zajmuje to tylko parę minut.
22.30 Czytamy. Oboje z Anią lubimy czytać. Mnie dziś wyciszy Ryszard Kapuściński. To mój ulubiony pisarz. Na stoliku piętrzy się fachowa literatura. Będzie musiała poczekać na swoją kolej.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Notowała Jolanta Szymczyk-Przewoźna