Marek Stankiewicz: Nie samym chlebem
Marek Stankiewicz: Nie samym chlebem
Czy praca lekarza i pielęgniarki w dzień lub w nocy kręci się wokół Trybunału Konstytucyjnego, służby cywilnej oraz mediów publicznych i sprawnych służb specjalnych, które ani chybi wyłapią wszystkich zdrajców i złodziei złudzeń Polaków?
Naszym polskim przekleństwem jest to, że jednocześnie kochamy zmiany i po chwili je nienawidzimy. Być może nasi Czytelnicy zachwycają się teraz tempem, w jakim obecni dysponenci wszelkiej władzy realizują swoje wyborcze zapowiedzi. Przed śniadaniem czytanie ustawy w Sejmie, po obiedzie głosowanie, wieczorem Senat klepie wszystko jak leci, a nazajutrz przed śniadaniem za sprawą Prezydenta RP zmiana staje się ciałem. Pal diabli vacatio legis! Tak zwana dobra zmiana u steru państwa powinna więc zostać potwierdzona życzliwym przyjęciem. Jak na razie zamiast aplauzu i fajerwerków mamy wzajemne oskarżenia o zdradę, już to demokracji, już to Ojczyzny. A co gorsza — rozdarcie intelektualne i coraz bardziej gromkie odgłosy ulicy. Aż strach się budzić wczesnym rankiem, bo tak naprawdę nie wiadomo czy to jawa, czy sen.

I to właściwie mógłby być koniec tego tekstu. Ale nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Marzy mi się równie ekspresowa nocna naprawa i rozprawa z ochroną zdrowia, której jeszcze bardzo daleko do przełomu kopernikańskiego. Obawiam się jednak, że zdrowie publiczne nie jest jeszcze tą kategorią polityczną, dzięki której wygrywa się wybory lub dobija zranionych przeciwników. Zdrowie jest jednak tym fragmentem życia publicznego, który ma szczególną moc przezwyciężania podziałów. W obliczu choroby wszyscy są równi. Bo jako zjawisko choroba w najmniejszym stopniu nie zagraża demokracji. Naiwność to taka pozostałość z dzieciństwa, która pozwala wierzyć, że wszystko jest możliwe.
Polska inteligencja, w której nie zabrakło lekarzy i pielęgniarek, niegdyś swoją intelektualną przewrotnością, swoistym sprytem, ale również przykładami prawdziwej odwagi i rozwagi, pomogła zjednoczonym siłom postępu w 1989 roku do cna rozbroić komunizm. Dzisiaj, przez chwilę zaślepiona sprawczą mocą Europy, jakby zapomniała o swojej dziejowej misji. Materialny dobrobyt przecież zajrzał do lekarskich domów. Może nie do wszystkich, ale zajrzał. Dzieci twórców ustrojowego przełomu sprzed ćwierćwiecza przywykły już do lepszego życia niż ich wciąż rozdarci ideowo rodzice.
Konsumpcja spacyfikowała naszą dzisiejszą młodzież lekarską. Nie ma już zorganizowanych sił, platform społecznych zdolnych do dokonywania przełomów. Teraz co najwyżej doraźnie protestuje się np. przeciw rządowym próbom ograniczenia wolności Internetu. Coraz powszechniej koniec własnego nosa zakreśla horyzont intelektualnych i obywatelskich potrzeb młodego i średniego pokolenia lekarzy. Zgadzać ma im się tylko kasa.
Nominacja Konstantego Radziwiłła na ministra zdrowia obudziła w niektórych kręgach lekarskich nadzieję na realizację postulatu o wynagrodzeniu (w normalnym wymiarze godzin) w wysokości trzykrotnej średniej krajowej. 22 października 2015 roku podczas debaty otwierającej XI Forum Rynku Zdrowia w Warszawie obecny minister, ale wówczas jeszcze sekretarz NRL, powiedział, że lekarz specjalista powinien w Polsce zarabiać minimum dwie średnie krajowe. Co więcej, w ochronie zdrowia powinno się wprowadzić minimalne wynagrodzenia, sygnalizujące poniżej jakiego poziomu nie wolno zejść — dodał wówczas obecny minister.
Ale bądźmy poważni. Na pytanie, ile naprawdę zarabiają lekarze, przecież nie ma odpowiedzi. Bo to jest klasyczny przykład błędu logicznego, polegającego na ukrytym założeniu, że istnieje jakaś obiektywna prawda o dochodach. Uogólnienia pozostawmy mediom bulwarowym.
Ankieterzy Naczelnej Izby Lekarskiej w 2012 roku zapytali samych lekarzy o ich własną ocenę dochodów łącznie. 3 proc. stwierdziło, że są niskie, 23 proc. — raczej niskie, 51 proc. — ani wysokie, ani niskie, 20 proc. — raczej wysokie i 3 proc. — wysokie. Niemal idealny rozkład na krzywej Gaussa. Kobiety nieco lepiej niż brzydsza płeć oceniały swoje dochody. W tym samym badaniu zapytano też o ocenę wynagrodzeń w różnych placówkach. Najlepiej oceniano własną praktykę. Opinie o innych miejscach pracy były w sumie dość podobne, choć najgorzej wypadły duże szpitale i kliniki uniwersyteckie.
Statystyka jest niczym kostium bikini, pokazuje wiele, ale nie to co najciekawsze. Takie badania sondażowe oczywiście nie załatwiają problemu, jakkolwiek demaskują wątpliwą wartość uogólnień.
W dzisiejszych czasach zarabia się tyle, na ile siebie i swój czas się ceni w konfrontacji z tym, ile ktoś chce zapłacić, a kwoty to jedna z najlepiej wzajemnie strzeżonych tajemnic. Kluczem do olbrzymich pieniędzy jest podobno uzyskanie specjalizacji. Znam wielu takich specjalistów, których dyrektorzy powiatowych szpitali gotowi są ozłocić, byleby tylko chcieli raz w tygodniu konsultować i operować u nich pacjentów. Tam, w zaciszu dyrektorskiego gabinetu, nie ma mowy o żadnej siatce płac. Ale znam i takich posiadaczy dyplomu specjalisty, do których nawet pies z kulawą nogą nie zadzwoni. Bo żaden certyfikat nie zasłoni braku iskry bożej.
Po 50. roku życia i wielu latach szargania swojego zdrowia na dyżurach i w pogotowiu coraz gorzej znosi się pracę przez całą dobę bez przerwy. Jakby na złość, dyrekcje szpitali z politycznego nadania oszczędzają i redukują obsadę dyżurową. Notorycznie narusza się sprawdzone przez dziesięciolecia normy zatrudnienia, chociaż zadań nie ubywa. Kiedy jeszcze były ostatnie ustawowe podwyżki, większość pieniędzy szefowie lecznic zainwestowali w lekarzy. O pielęgniarkach wtedy zapomniano. W efekcie jeszcze nigdy nie było tak wielkiej przepaści między zarobkami lekarzy i pielęgniarek. A propos, za średnią krajową żaden kierownik apteki nie kiwnie nawet palcem, a 4 tysiące na rękę dla magistra to standard w ruchliwej aptece. O dentystach już nie wspomnę.
Środowisko pracowników służby zdrowia jest bardzo podzielone nie tylko na poziomie sympatii politycznych, ale przede wszystkim oczekiwań wobec nowego ministra. Może coś tam da się poprawić. Jednego jestem pewien: zarobki będą zawsze zróżnicowane. Bo godna zapłata za dobrą i potrzebną pracę nie jest niczym złym.
Źródło: Puls Medycyny
Czy praca lekarza i pielęgniarki w dzień lub w nocy kręci się wokół Trybunału Konstytucyjnego, służby cywilnej oraz mediów publicznych i sprawnych służb specjalnych, które ani chybi wyłapią wszystkich zdrajców i złodziei złudzeń Polaków?
Naszym polskim przekleństwem jest to, że jednocześnie kochamy zmiany i po chwili je nienawidzimy. Być może nasi Czytelnicy zachwycają się teraz tempem, w jakim obecni dysponenci wszelkiej władzy realizują swoje wyborcze zapowiedzi. Przed śniadaniem czytanie ustawy w Sejmie, po obiedzie głosowanie, wieczorem Senat klepie wszystko jak leci, a nazajutrz przed śniadaniem za sprawą Prezydenta RP zmiana staje się ciałem. Pal diabli vacatio legis! Tak zwana dobra zmiana u steru państwa powinna więc zostać potwierdzona życzliwym przyjęciem. Jak na razie zamiast aplauzu i fajerwerków mamy wzajemne oskarżenia o zdradę, już to demokracji, już to Ojczyzny. A co gorsza — rozdarcie intelektualne i coraz bardziej gromkie odgłosy ulicy. Aż strach się budzić wczesnym rankiem, bo tak naprawdę nie wiadomo czy to jawa, czy sen.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach