Limuzyna w sam raz
Mercedes udowadnia, że prestiżowe auto nie musi być wcale olbrzymie. Nowa generacja samochodów klasy C zaspokaja oczekiwania nawet najbardziej wymagających klientów.
Bez kompromisów, bez przesady
Doskonałym przykładem, jak wiele może zaoferować auto klasy średniej, jest nowy Mercedes klasy C, który niedawno trafił do polskich salonów. Po rozsądnym i ascetycznym do bólu modelu 190 i dwóch poprzednich, nudnych i plastikowych generacjach klasy C, nowy model daje wyraźnie do zrozumienia, że firmę znów interesuje głównie segment premium. Mercedesowski średniak w porównaniu z poprzednikami wyraźnie urósł i pozbył się wszelkich kompleksów. Sylwetka pełna jest nawiązań do aktualnych Mercedesów klasy S, a nawet do superluksusowego Maybacha - nie razi jednak nadmiernym przepychem. Auto wygląda poważnie, statecznie, ale jednocześnie nawet w czasie postoju "pręży muskuły". Oglądane z pewnej odległości wydaje się większe, niż jest w rzeczywistości.
A jak jest w środku? Pasażerowie przednich siedzeń nie mogą narzekać na ilość miejsca - nie ma go może w nadmiarze, ale do komfortowego podróżowania w zupełności wystarczy. Z tyłu, nawet jak na standardy klasy średniej, ilość miejsca jest najwyżej przeciętna. Klasa C nie sprawdzi się w roli auta szoferskiego. Ale bez przesady - rodzina nie posądzi nas o sadyzm, jeżeli zabierzemy ją tym autem nawet na dłuższy wakacyjny wyjazd. Tym bardziej że warunki do podróżowania są nader przyjemne. Materiały sprawiają doskonałe wrażenie, jakość wykonania nie budzi żadnych zastrzeżeń. Malkontenci mogą co najwyżej narzekać, że stylizacja deski rozdzielczej jest mało "mercedesowska". To prawda, bo po usunięciu znaczka na kierownicy trudno byłoby zgadnąć, że wnętrze należy do Mercedesa. Przy bliższych oględzinach da się jednak zauważyć nawiązania do rodzinnej tradycji - jak choćby przełącznik zespolony sterujący kierunkowskazami, wycieraczkami i światłami - taki sam od kilkudziesięciu już lat w autach tej marki. Kto jeździł już kiedyś "autem z gwiazdą", nie musi obawiać się niespodzianek, to nie jest oryginalne na siłę BMW. Zegary są czytelne, wszystkie elementy rozmieszczono ergonomicznie. Nawet bogato wyposażone wersje nie sprawiają, że kierowcy gubią się w gąszczu przycisków.
Zawsze wygodnie, w razie potrzeby dynamicznie
To, jak auto wygląda, jest oczywiście ważne, jednak znacznie ważniejsze jest, jak jeździ. Już po pierwszych metrach czuje się wyraźnie, jakie były założenia konstruktorów - nowa klasa C jest nadzwyczaj komfortowa. Na szczęście jednak nie kosztem dobrego prowadzenia. Dzięki układowi Agility Control charakterystyka zawieszenia na bieżąco dopasowuje się do warunków jazdy. Jeśli oczekujemy komfortu, wystarczy jechać spokojnie. Ostrzejsza jazda automatycznie powoduje, że samochód staje się ?twardszy" i bardziej dynamiczny. O możliwościach zawieszenia łatwo się przekonać, bo wszystkie dostępne w tej chwili silniki mają spory zapas mocy pozwalający naprawdę ostro poszaleć. Podstawowy model C 200 o mocy 184 KM przyspiesza do setki w 8,6 s i rozpędza się do 235 km/h! Najsłabszy diesel, C 220 CDI ma 170 KM, rozpędza się do ?setki" w 8,5 s i osiąga prędkość 229 km/h. Kupujący mogą wybrać jeszcze modele C 350 o mocy 270 KM i C 320 CDI o mocy 224 KM - oba o osiągach znacznie lepszych niż wersje podstawowe. Jesienią gama modeli ma zostać rozszerzona o mniej dynamiczne propozycje dla nieco bardziej statecznych kierowców.
Na szczęście już teraz moc da się stosunkowo łatwo okiełznać. Wszystkie modele są standardowo wyposażone w bardzo skuteczny układ ESP i równie skuteczne hamulce. Niestety, do dobrego łatwo się przyzwyczaić. Za kierownicą klasy C każdy bardzo szybko zaczyna się czuć jak mistrz kierownicy - otrzeźwienie może przyjść w momencie, kiedy samozwańczy rajdowiec spróbuje tak samo dynamicznie pojechać jakimś innym autem, które mniej czuwa nad tym, co robi kierowca. Tylko, czy po przejażdżce Mercedesem ktokolwiek chciałby się przesiadać na gorsze auto? No, chyba że zmusi go do tego proza życia. 130 500 zł, bo tyle kosztuje podstawowa wersja klasy C, to całkiem pokaźna kwota jak na nieduże w końcu auto...
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Piotr Szypulski