Lekarz w kapciach chorego
Lekarz w kapciach chorego
Medyk nie może zapominać, że ma do czynienia z laikiem, dla którego to, co się dzieje z jego organizmem, nie jest niczym oczywistym - pisze o stosunku lekarza do pacjenta w felietonie z serii "Ostrzej, ale bez skalpela" Marek Stankiewicz.
Sześćset lat temu Petrarka twierdził, że gdyby wziąć tysiąc ludzi cierpiących na tę samą chorobę i połowę z nich oddać w ręce lekarza, połowę zaś zostawić swojemu losowi, to ci ostatni mieliby lepsze szanse na wyzdrowienie. Przez wieki powtarzano, iż między dobrym a złym lekarzem różnica jest ogromna, lecz między dobrym lekarzem a brakiem lekarza nie ma różnicy żadnej. Jeśliby tak było, to jak medycyna mogła funkcjonować przez tysiąclecia? Czym wytłumaczyć wyzdrowienia?

O empatii napisano tomy mądrości i komunałów. Postęp medycyny sprawił, że pacjenta leczy coraz większa liczba lekarzy, coraz bardziej bezosobowych. Lekarz rodzinny kieruje do specjalistów, kilku z nich stawia swoje rozpoznania, ktoś to zbiera do kupy, inny znieczula, kilku innych operuje, a paru następnych rehabilituje. Nie spaja ich żadna instrukcja. Gdzie tu miejsce na empatię? Najbardziej należałoby jej oczekiwać od lekarza rodzinnego. Ale nawet jeśli żyje on losem swoich pacjentów, coraz więcej z nich wierzy w specjalistów.
Nie ma się co krygować, trzeba stanąć twarzą w twarz z prawdą. A ta jest okrutna. Przeciętny pacjent XXI wieku to dla lekarza przeciwnik wagi ciężkiej. Nie partner, a jeśli już nie wróg, to na pewno niechętny, podejrzliwy, przepełniony nieufnością klient. Przekonany, że lekarz jest na pewno niedouczony, a jedyny powód, dla którego z nim rozmawia, to chęć wzbogacenia się, zaś pozory empatii to wyłącznie jego cwana poza.
Niejeden lekarz odpłaca wtedy pacjentowi pięknym za nadobne. Feeria głupich min, teatralnych westchnień z oburzenia, wymachiwanie rękami przez dyżurną lekarkę w dziecięcej izbie przyjęć po północy przed nosem zatrwożonej młodej matki trzymiesięcznego niemowlęcia, które po prostu kaszle i ma gorączkę, dolewa oliwy do ognia. I mamy gotowy konflikt. O co? O jedną głupią minę za dużo.
Słowa często dotkliwiej ranią niż sztylet. Gniew, odwet ani rewanż to nie są narzędzia lekarskiego warsztatu. Brak panowania nad emocjami usprawiedliwia pacjenta, ale niemal zawsze dyskwalifikuje lekarza. Medyk nie może zapominać, że ma do czynienia z laikiem, dla którego to, co się dzieje z jego organizmem, nie jest niczym oczywistym. Pacjent nie wie, co mu jest, może myśleć, że ciągły ból głowy to coś poważniejszego niż zwykła migrena. Lekarzowi nie wolno wypowiedzieć słów, które w normalnych warunkach nie przeszłyby mu przez gardło. To właśnie lekarz ma cierpliwie czekać, aż potok słów ucichnie w ustach jego pacjenta. W tym starciu nie może być zwycięzców. Sorry, taki mamy zawód!
Do lekarskiej profesji coraz zuchwalej wkrada się plotkarstwo. O mdłości przyprawiają mnie telewizyjne wynurzenia gdańskiego onkologa, który dzielił się przed kamerami osobliwym opisem cierpienia zmarłej młodej aktorki u schyłku jej życia. Anna Przybylska nie uroniła sama publicznie słowa na temat swojego cierpienia, i w ciszy odeszła. Nikt inny, tym bardziej bliski jej lekarz, nie powinien tej zasady zmieniać. Nie zakładam, że mamy do czynienia z zamierzonym żerowaniem na śmierci, raczej z niefrasobliwością. Przepraszam, a czego spodziewał się pan doktor korzystając z zaproszenia do telewizji? Pytań o osiągnięcia naukowe? Idąc tam wiedział, że został zaproszony, bo był lekarzem znanej osoby. Spuszczam zasłonę milczenia na głupotę i brak wyobraźni „bohatera” tych medialnych rewelacji. W Polsce małomiasteczkowej jest niewiele lepiej. Choć nie ma tam kamer i fleszy, rewelacje na co cierpi wójt czy burmistrz i ile razy i po co ostatnio była u ginekologa jego sekretarka, rozchodzą się tam lotem błyskawicy.
Lekarz musi milczeć jak kamień, kiedy pada nazwisko pacjenta. W ciągu 36 lat mojej pracy lekarskiej w różnych rolach i miejscach na świecie dowiadywałem się od swoich pacjentów o sprawach, z którymi trudno im nawet przyszło zwierzać się na klęczkach przed konfesjonałem. Ale oni wiedzą, że ja zaniosę ich sekrety do wieczności. Jestem pewien, że wiele tysięcy lekarzy też.
Potrzeba empatii ze strony lekarzy jest tak duża, że stwarza ogromny obszar swobody i finezji dla różnej maści szarlatanów. To nic, że nie bardzo wiedzą, co począć z naszym zdrowiem, ale są nam w stanie okazać prawdziwy ocean empatii. Potrafią być smutni naszym smutkiem i płakać, kiedy nas boli. Ale co my lekarze mamy zrobić z narastającą potrzebą empatii? Nic, bo pacjentom nic nie daje większego poczucia bezpieczeństwa niż fakt, że lekarz to bratnia dusza i przyjaciel, a nie pieczątka na papierze.
Czy empatia to koniecznie wejście lekarza w kapcie chorego? Empatia jest czymś, czego potrzeba, by kontakt lekarza z chorym zaowocował wzrostem zaufania ze strony tego ostatniego. Jeżeli lekarz daje mu sygnały, że go rozumie, jak on przeżywa tę sytuację, to w efekcie z jednej strony poprawia się samopoczucie chorego, a z drugiej — rośnie jego zaufanie do tego lekarza.
Wpływ empatii na skuteczność leczenia udowodniono już w wielu doktoratach. Fundamentalne są dwa pojęcia: placebo i nocebo. Pierwsze jest środkiem, który nie działa w ogóle lub działa słabo. Jeżeli pacjent wierzy lekarzowi, to nawet środek, który ma niezbyt silne działanie, może być bardzo skuteczny, właśnie dzięki tej pozytywnej emocjonalnie otoczce.
Warto też ułatwiać życie sobie i innym.
Medyk nie może zapominać, że ma do czynienia z laikiem, dla którego to, co się dzieje z jego organizmem, nie jest niczym oczywistym - pisze o stosunku lekarza do pacjenta w felietonie z serii "Ostrzej, ale bez skalpela" Marek Stankiewicz.
Sześćset lat temu Petrarka twierdził, że gdyby wziąć tysiąc ludzi cierpiących na tę samą chorobę i połowę z nich oddać w ręce lekarza, połowę zaś zostawić swojemu losowi, to ci ostatni mieliby lepsze szanse na wyzdrowienie. Przez wieki powtarzano, iż między dobrym a złym lekarzem różnica jest ogromna, lecz między dobrym lekarzem a brakiem lekarza nie ma różnicy żadnej. Jeśliby tak było, to jak medycyna mogła funkcjonować przez tysiąclecia? Czym wytłumaczyć wyzdrowienia?
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach