Kac dyrektorów
Nic z tych rzeczy. Moim zdaniem dyrektorów męczy kac. Kac moralny. Lekarz zatrudniony w ramach umowy o pracę idąc na urlop otrzymuje nie tylko pełną pensję etatową, ale i tak zwaną średnią dyżurową. Jest to rekompensata za zmniejszenie zarobków z tytułu braku dyżurów. Kiedyś dochodził jeszcze dodatek z funduszu socjalnego na tak zwane wczasy pod gruszą. Ale umowa o pracę powoli staje się w szpitalach reliktem. Dominują kontrakty.
Większość umów cywilnoprawnych jest skonstruowana na zasadzie "pracujesz - zarabiasz, nie pracujesz - nie zarabiasz". Biorąc wolne, lekarz kontraktowy dostaje po kieszeni. Ponieważ w przyrodzie nic nie ginie, sezon urlopowy to czysty zysk dla szefa lecznicy. Latem nie zamyka się przecież oddziałów, NFZ płaci, a wydatki na płace spadają. Każdego dnia w lipcu i sierpniu, czyli w szczycie letniego sezonu urlopowego, od jednej czwartej do jednej trzeciej lekarskiej załogi ma wolne. Niewypłacone na wynagrodzenia pieniądze ma do dyspozycji dyrektor. I to jest właśnie źródło letnich podwyżek.
Dodatkowa motywacja finansowa latem to dobry ruch ze strony dyrekcji. Nie tylko ze względu na obsadę dyżurów. Należy wziąć pod uwagę, że w letnim sezonie urlopowym okrojone zespoły lekarskie są zmuszone do pracy na zdwojonych obrotach. Umowa z funduszem musi być wykonana, a rąk do pracy jest zdecydowanie mniej. Szkoda, że tak niewielu szefów szpitali dostrzega ten problem. A może też sami lekarze robią zbyt mało, by ich dyrektorzy mieli moralnego kaca?
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek