Jak dawać i brać - przeszczep znaczy życie

  • Monika Wysocka
opublikowano: 23-12-2009, 00:00

W Polsce koordynatorów ds. przeszczepów jest na razie niewielu. "Oprócz dramatu widzimy także radość rodziny biorcy, patrzymy, jak po przeszczepie czyjeś życie zostało uratowane, uczestniczymy w dawaniu szansy na normalne życie. To pozwala zachować równowagę, nadaje sens naszej pracy" - mówi Katarzyna Zakrzewska. Obie są koordynatorkami ds. transplantologii w Szpitalu Klinicznym Dzieciątka Jezus w Warszawie.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Co takiego jest w tym zawodzie, że się na niego zdecydowałyście?

Małgorzata Zelman: Jestem pielęgniarką, pracowałam na oddziale chirurgii w tym szpitalu i tu pierwszy raz zetknęłam się z transplantologią. Bardzo mi się to spodobało. Ludzie, którzy zajmują się przeszczepianiem, mają charyzmę. To był impuls, który zbiegł się z propozycją zatrudnienia - recenzentka mojej pracy licencjackiej namawiała mnie, bym zajęła się transplantologią zawodowo, opowiadając o niej jako o czymś niezwykle ciekawym. Kiedy kończyłam studia magisterskie, wiedziałam już, że chcę iść na studia podyplomowe dla koordynatorów. W transplantologii zafascynowała mnie jej interdyscyplinarność. Zawiera w sobie zarówno medycynę, psychologię, jak i pewne umiejętności logistyczne, elementy zarządzania. Dlatego potem zrobiłam jeszcze studia z zarządzania na Uniwersytecie Warszawskim.
Katarzyna Zakrzewska: Ja skończyłam kierunek zdrowie publiczne na Uniwersytecie Medycznym w Łodzi. Pisałam pracę magisterską dotyczącą transplantacji nerek w tamtejszej Klinice Chirurgii. Mnie też namówił do tego zawodu promotor. Zdrowie publiczne to bardzo szeroki kierunek, łączy w sobie różne aspekty: i medycynę, i prawo, i zarządzanie, więc ta praca wydała mi się bardzo odpowiednia.

Czy bez medycznego wykształcenia możliwe jest wykonywanie tego zawodu?

KZ: Na pewno osoba z przeszkoleniem medycznym ma łatwiej, ale nie jest to niezbędne.
MZ: Podczas studiów dla koordynatorów jest dużo wiedzy medycznej. Podstawą jest zrozumienie procesu śmierci mózgowej i umiejętność jej stwierdzenia. To są rzeczy stricte medyczne. Druga sprawa to prowadzenie dawcy. To dość skomplikowane: trzeba wiedzieć, co monitorować, jakie zlecać badania, jakie podawać leki i na co zwrócić szczególną uwagę, by zachować jak najlepszą czynność narządów, które mają zostać pobrane. To niezwykle trudne i zdarza się, że również lekarze często mają z tym problem. My jesteśmy po to, by im pomóc.

Jak wygląda wasz dzień pracy?

MZ: Każdy jest inny. Bywają dni poświęcone sprawom biurowym lub spotkaniom w szpitalach. Wszystko to jednak może się zmienić, gdy dostajemy informację o potencjalnym dawcy. Wtedy, niezależnie od pory dnia, zaczyna się nasz „dzień pracy".
KZ: Mamy dyżury w trybie tygodniowym. Dyżur to pełna gotowość, non stop pod telefonem. Taki tryb sprawdza się najlepiej, bo mamy szansę przeprowadzenia akcji pobrania i przeszczepienia od początku do końca. A zasada jest taka, że osoba, która zaczęła koordynację, kończy ją, bo to ona zna specyfikę danego przypadku.

Co konkretnie oznacza prowadzenie akcji przeszczepienia?

KZ: Pierwszy etap to przygotowanie dawcy i koordynacja pobrania, drugi - zorganizowanie samego przeszczepienia. Kiedy lekarze wysuną podejrzenie śmierci mózgowej i pacjent staje się potencjalnym dawcą, wówczas kontaktują się z nami i zaczyna się nasza współpraca. Jeśli na przykład dawca zginął w wypadku, w którym brały udział jeszcze inne osoby, musimy poinformować prokuraturę lub sąd rodzinny o zamiarze pobrania narządów i uzyskać od nich oficjalną zgodę. Potem orientujemy się, jakie badania będą konieczne i czy nie ma problemu z ich oznaczeniem w danym szpitalu. Czuwamy nad tym, by dawca został właściwie przygotowany do pobrania i miał kompletną dokumentację. Ale nie ma szablonu, według którego przygotowuje się wszystkich pacjentów. To zależy od bardzo wielu rzeczy.

Zajmujecie się tym od dwóch lat. Czy jest tak, jak sobie wyobrażałyście?

MZ: Nie do końca. Wzorujemy się co prawda na Zachodzie, gdzie system jest już bardzo rozwinięty, ale u nas to dopiero początek.

Przecież w Polsce narządy przeszczepia się już od dawna...

MZ: To prawda, ale dopiero teraz tworzymy sieć koordynatorów, wcześniej zajmował się tym po prostu personel szpitala, w którym pobierano narządy i w którym je przeszczepiano.
KZ: Dopiero zaczynamy, więc możliwości działania są nieco ograniczone. Na Zachodzie podstawowym wyposażeniem każdego koordynatora jest laptop, samochód, komórka, faks. U nas nie jest to jeszcze standardem, co niestety czasem utrudnia kontakt między ośrodkami.

Na czym polega największa trudność w zorganizowaniu przeszczepienia?

KZ: Na zgraniu wszystkich koniecznych elementów, by mogło do niego dojść. Pobrania są w całej Polsce. Naszym zadaniem jest ustalenie wszystkich szczegółów. W jedno miejsce, o jednym czasie, muszą zjechać różne ekipy z różnych stron Polski. Trzeba uwzględnić realia pogodowe, transportowe - jedni jadą karetką, inni lecą samolotem. Konieczne jest opanowanie, odporność na stres, dokładność, wytrwałość, ale też dobre kontakty międzyludzkie i otwartość.
MZ: Podczas naszej pracy rozmawiamy z wieloma różnymi osobami: lekarzami, pracownikami laboratoriów, pielęgniarkami, innymi koordynatorami. Każdy z nich ma swoje zajęcia, obowiązki, swoją osobowość. Nie zawsze jest łatwo.

Do koordynatora należy także rozmowa z rodziną zmarłego.

MZ: Decyzja o przeszczepianiu nie zapada tuż po przywiezieniu osoby po wypadku do szpitala. Najpierw jest czas, kiedy walczy się o jej życie. Bywa, że to trwa dwa, czasem trzy dni i rodzina tej osoby zazwyczaj jest przy tym obecna. Niestety, w pewnym momencie lekarz musi poinformować o śmierci i dopiero potem dochodzi do rozmowy z koordynatorem. Ja zawsze proszę, by lekarz prowadzący uczestniczył w tej rozmowie. To autorytet dla rodziny. Jeśli są jakieś wątpliwości dotyczące śmierci, to najczęściej lekarz odpowiada na wszelkie pytania. Zazwyczaj pada pytanie, czy nie da się zrobić czegoś jeszcze - takie pytanie łatwiej zadać lekarzowi, który opiekuje się pacjentem. On wie, że wszystkie szanse zostały wykorzystane. My w oczach rodziny jesteśmy kimś obcym, kto pojawił się nagle. Moją rolą nie jest przekonywanie, by rodzina zgodziła się na pobranie narządów od bliskiej osoby. Mówię po prostu, że nic nie da się zrobić dla ich bliskiego, ale można pomóc komuś innemu.

To musi być bardzo trudne...

MZ: Tak, to zawsze jest ciężka rozmowa, zawsze się ją przeżywa. Niezależnie od sytuacji czy wieku, jest to szok dla rodziny, jej osobisty dramat. Należy to zrozumieć i uszanować.

Pamiętacie swoją pierwszą akcję?

KZ: Pamiętam. Wszystko się udało, choć było nerwowo. Najtrudniejsze są sytuacje, gdy trzeba działać szybko, pod presją czasu. Ale emocje towarzyszą nam właściwie cały czas. Bardzo angażujemy się w to, co robimy.
MZ: Ja pierwszą rozmowę z rodziną miałam już po paru tygodniach pracy. Była to rozmowa z rodzicami młodej dziewczyny, która zginęła w wypadku samochodowym. Trwała z przerwami kilka godzin, bo rodzice mieli odmienne zdania. I chociaż taka rozmowa ma na celu ustalenie, czy zmarły nie wyraził sprzeciwu, to jednak zawsze liczymy się ze zdaniem bliskich.

Co się robi w takiej sytuacji?

KZ: Nie ma jednego schematu, według którego przekonuje się rodzinę do zgody. Każdy przypadek jest inny. Trzeba starać się zrozumieć tę konkretną sytuację. Prawie zawsze można to wyczuć w rozmowie, ale potrzebna jest do tego intuicja, empatia.
MZ: Czasem po prostu trzeba dać bliskim trochę czasu. Dlatego trzeba zadbać o to, by taką rozmowę przeprowadzać w miejscu do tego przeznaczonym, najlepiej w osobnym pokoju, nie między jednym pacjentem a drugim.

Zdarzyło się, że to na was skupiła się złość do losu za to, co się stało?

MZ: Zdarza się. Ale ja akurat wolę żal, a nawet gniew od ciszy. Bo gdy ktoś milczy, to nie wiadomo, co myśli i nie wiadomo, co robić dalej: zostawić go, czy dalej mówić. To wymaga wyczucia. Chcąc nie chcąc bierzemy udział w czyimś dramacie, siłą rzeczy dla nas to też są emocje. Jednak dopóki jesteśmy z rodziną, nie możemy sobie na ich okazywanie pozwolić.

Bywa, że wracacie do domu i myślicie: mam dość!?

KZ: Tak. Ale jeśli już, to zawsze dopiero w domu. No i jakoś sobie jednak z tym radzimy. Ważny jest wtedy kontakt z rodziną, z kimś bliskim, kto pozwoli spojrzeć na świat pozytywnie. Zresztą same dla siebie jesteśmy wsparciem.

Mimo wszystko nadal lubicie swoją pracę?

KZ: Jest trudna, ale bardzo ciekawa. I daje satysfakcję. Mamy to szczęście, że pracujemy w ośrodku, gdzie się przeszczepia, widzimy więc nie tylko dawców, ale i biorców. To niezwykłe widzieć efekty tej pracy. Ci, którzy uczestniczą tylko w pobraniach - anestezjolodzy czy neurochirurdzy - obcują ze smutkiem, rozpaczą i śmiercią. My, oprócz dramatu, widzimy także radość rodziny biorcy, patrzymy, jak po przeszczepie czyjeś życie zostało uratowane, uczestniczymy w dawaniu szansy na normalne życie. To pozwala zachować równowagę. Nadaje sens naszej pracy.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Monika Wysocka

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.