Ja też brudnych nie badam...

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 23-09-2009, 00:00
Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Doktor Stanisław Pilecki, radiolog z Bydgoszczy, stwierdził w opublikowanym w Biuletynie Bydgoskiej Izby Lekarskiej felietonie, że nie wykonuje planowych badań pacjentom cuchnącym z brudu. Za sprawą Gazety Wyborczej i stacji telewizyjnych o lekarzu ?co brudnych nie bada" dowiedziały się miliony. Brudni, a jest ich w Polsce wielu, poczuli się zagrożeni. "Jeśli wybrał sobie taki zawód, to musi badać!" - krzyczały niedomyte twarze poproszonych o opinię na temat doktora.

Przeciwników wody i mydła wsparli o dziwo niektórzy czyści. Na przykład Jacek Żakowski. Zgromił on na łamach Gazety Wyborczej doktora Pileckiego, wypominając mu, że w czasach Hipokratesa czy dr. Hirszfelda, "kiedy łazienka była rzadkością, nie znano dezodorantów, a perfum używała elita, żadnemu z tych wielkich lekarzy nie przyszło na myśl wypędzić śmierdziela albo pisać paszkwile na chorych". Nie wiem, którego z wielkich Hirszfeldów miał na myśli Jacek Żakowski, ale jeśli chodziło mu o zmarłego w 1954 roku bakteriologa i immunologa Ludwika Hirszfelda, to w ciągu ledwie półwiecza od jego śmierci w Polsce dokonał się przełom w zakresie dostępności środków higieny osobistej. Mydło można kupić za kilkadziesiąt groszy, kilka złotych wystarczy na dezodorant, a jeśli rodzinie proponuje się mieszkanie bez dostępu do łazienki, to robi się o tym program telewizyjny albo pisze w gazecie. Nie ma naprawdę żadnych podstaw, by tolerować brud i smród wynikający li tylko z niedbalstwa. Lekarze mają wręcz obowiązek reagowania w sytuacji wspomnianych zaniedbań. Również z uwagi na dobro innych chorych. Bo brud i smród to choroby. Stawiam orzechy przeciwko dolarom, że Ludwik Hirszfeld, gdyby dzisiaj żył, też tupałby na brudasów.

Ja, pomijając rzecz jasna tak zwane nagłe przypadki i stany zagrożenia życia, nie badam nieprzygotowanych. W tej kategorii mieszczą się wszyscy, którzy z własnej woli emanują odrażającym brudem i smrodem. Ale nie tylko tym pacjentom zalecam ponowną wizytę po przygotowaniu. Jestem diabetologiem i jeśli ktoś, kto leczy się z powodu cukrzycy i ma glukometr, przychodzi do mnie bez wyników samokontroli, także nie ma co liczyć na poradę. Jest jeszcze trzecia kategoria nieprzygotowanych. To chorzy, którzy nie są przygotowani do współpracy ze mną. W przypadku przewlekłej, trwającej do końca życia choroby, a taką jest cukrzyca, niezwykle ważne jest wzajemne zaufanie między lekarzem i pacjentem. Na elementarnym poziomie tego zaufania jest szacunek. Daję go moim chorym bez żadnych warunków wstępnych. Dlatego jeśli w zamian ktoś częstuje mnie chamstwem, jest od razu informowany, że nasza współpraca może natychmiast się zakończyć. Stanowcze ostrzeżenie zazwyczaj działa, ale miałem już kilku chorych, których poinformowałem, że spotykamy się po raz ostatni. Tak postępuję i w publicznym szpitalu, i w prywatnym gabinecie.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.