Mamy do czynienia z nową odsłoną wojny polsko-polskiej, a właściwie pojedynkiem wagi ciężkiej na podjazdy, podejrzenia, oskarżenia, inwektywy, a nawet wyzwiska pomiędzy rządem a lekarskim lobby, związanym tylko z jedną specjalnością. Po pierwszym starciu był remis ze wskazaniem na... znokautowanego pacjenta.
Od Nowego Roku trwało ogólnonarodowe śledztwo: kto zatrzasnął drzwi przychodni i gdzie zginął do nich klucz. Szykowano nawet list gończy za panią premier! „Otwórzcie, to pogadamy” — proponował wiceminister Neumann. „Pogadajmy, to otworzymy” — odpowiadał Jacek Krajewski. Tymczasem dr Arłukowicz, niczym rozkapryszony celebryta, prężył muskuły i odsyłał chorych z katarem na SOR. W cichej wojence z lekarzami nie zapomniano nawet o nieboszczykach. Rządowe Centrum Bezpieczeństwa tak się nimi przejęło, że już 2 stycznia, na polecenie ministra zdrowia, nakazało zespołom ratownictwa medycznego przejęcie od lekarzy poz obowiązku stwierdzania zgonu pacjentów.
Dla skołowanego do reszty pacjenta te pakiety, procenty, stawki kapitacyjne, globalne sumy dawane i niedawane przez ministra nic nie znaczą. Jak diabeł święconej wody, minister unikał wyjaśnienia zawiłości pakietu onkologicznego. Straszył niepokornych lekarzy, że trzeba będzie wyrabiać nowe pieczątki, składać pełną ofertę papierową i elektroniczną, uzyskiwać nowe kody dostępu do portali i zbierać ponownie deklaracje od tysięcy pacjentów. Rzecznik Praw Pacjenta grzmiał o półmilionowych karach dla lekarzy, którzy nie udostępnią dokumentacji medycznej swym pacjentom.
A właściwie, o których lekarzy chodzi? Przecież umowy podpisują właściciele przychodni, czyli wolni przedsiębiorcy lub biznesmeni. Swoboda gospodarcza jest w Polsce chroniona prawem, a w Europie uznawana jako niemal święte pryncypium demokracji. Lekarze w większości tylko pracują w przychodniach na etacie. Wolność gospodarcza to dobra rzecz! Dziwi mnie jednak przypominanie przez lekarzy rodzinnych, że to nie praca, lecz misja i powołanie. To tak jakby mechanik przekonywał nas, że ma powołanie do wymiany oleju w służbie kierowców, a jego praca jest wyjątkowa, bo musi... kupić sobie kombinezon.
Ton dyskusji pozornie stwarzał wrażenie powszechnej niemocy i miotania się od ściany do ściany. Ale to nieprawda! Bieżąca polityka wdarła się bezczelnie między lekarzy a ich finansowych mocodawców. Za wszystkim stoi przewrotny pomysł na pakiet onkologiczny, który wymyślili rządowi propagandyści. Donald Tusk polecił Arłukowiczowi w ciągu 3 miesięcy rozwiązać problem kolejek do lekarzy. Minister najpierw się ociągał, potem Tusk przeniósł się do Brukseli, a kukułcze jajo właśnie dojrzało i przebiło skorupkę.
Przypominam, że pakiet jest dziełem lekarzy znanych z imienia i nazwiska. To właśnie oni zdobywają nagrody za wybitne osiągnięcie w dziedzinie medycyny za rok 2014. Obawiam się, że prawdziwe intencje polegały na skupieniu leczenia onkologicznego w rękach chirurgów onkologicznych i wyrwanie tych procedur z rąk chirurgów ogólnych. Inaczej mówiąc, chodziło o monopolizację leczenia oraz wyciągnięcie z systemu jak największej puli pieniędzy. Niby nic złego! Takie sobie „spécialité de la maison” gigantów polskiej medycyny — z pozoru niewinne przeciągnięcie kołderki na swoją stronę.
Tymczasem lawina pomyj nagle wylała się nie tylko na lekarzy rodzinnych. Fora internetowe zapłonęły świętym oburzeniem. „Bartek, nie ustępuj ani na krok konowałom. Im się w głowach poprzewracało” — to najbardziej subtelne wskazanie barometru emocji na przełomie roku. Przy okazji oberwali nawet ci szpitalnicy, którzy ofiarnie na SOR-ach leczyli pacjentów, także tych, którzy właśnie pocałowali klamkę swojej przychodni. Żaden poważny autorytet lekarski nie uniósł się za ich niedolą. Argument, że lekarze rodzinni chcą leczyć swoich pacjentów, ale nie mogą przy tym narazić się na bankructwo, nie robił na tysiącach dyskutantów żadnego wrażenia. Od resztek czci odsądzano każdego, kto spokojnie wyjaśniał, że cała wina za bałagan w ochronie zdrowia spoczywa na decydentach, którzy próbują wprowadzić przygotowaną w pośpiechu, złą reformę.
Zastanawiam się, co gdzieś tam na chmurce myśli sobie o tym gorszącym widowisku poczciwy Hipokrates, który tak naprawdę przysięgał, że „czyste i prawe zachowa życie swoje i sztukę swoją”. Przecież w swojej przysiędze ani słowem nie wspominał ani o NFZ, ani o ministrze zdrowia, ani o negocjacjach do białego rana.