Dlaczego nie boję się fiskusa?

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 06-10-2010, 00:00

Konieczność nabijania wizyt na kasę to dobry pretekst do podwyższenia ich ceny.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Zdaniem naszego eksperta Sławomira Molędy, w sprawie kas fiskalnych dla lekarzy jeszcze nie wszystko stracone. Dotychczas byliśmy z obowiązku ich posiadania łaskawie zwalniani przez ministra finansów. Teraz łaska się skończyła. Sęk w tym, że nie bardzo wiadomo, czy był obowiązek czy go nie było, czyli czy minister miał nas z czego zwalniać.

W mojej ocenie klamka zapadła. Jeśli nawet obecne przepisy to bubel prawny, zostaną one poprawione tak, by można było kasy wprowadzić. Jestem tego pewny. Po pierwsze, zadłużone po uszy państwo szuka pieniędzy na oślep. Po drugie, na obowiązkową instalację kas w gabinetach lekarskich jest graniczące z aplauzem przyzwolenie społeczne. Stawiam dolary przeciwko orzechom, że korzyści dla budżetu z wprowadzenia kas będą taką samą iluzją, jak radocha tych wszystkich, którzy aż podskakują, że ktoś wreszcie dowali lekarzom.

Mimo że o zyskach z operacji mówi się wiele, nikt nie potrafi w miarę precyzyjnie ich oszacować. Tym bardziej, że nie wiadomo, ilu lekarzy kasy zainstaluje. Wbrew powszechnemu przekonaniu, nie będą to wszyscy praktykujący prywatnie. Mało kto wspomina o kosztach. Zakup kas ma być refundowany z… budżetu w kwocie nieprzekraczającej 700 złotych i 90 proc. ceny sprzętu. Wydrukowane zostaną stosowne przepisy wraz z wyjaśnieniami i komentarzami. Przez Polskę przeleje się fala szkoleń. Osobno dla urzędników, osobno dla lekarzy. Będą potrzebni kontrolerzy, by lekarz kasował jak mu minister finansów przykazał. Być może trzeba będzie też wspomóc budżetową kasą panią Marysię, która wiązała koniec z końcem, bo sprzątała doktorowi gabinet, a teraz dostanie wymówienie „z powodu rosnących kosztów”. Niewykluczone, że pracująca w rejestracji pani Krysia nie doczeka się podwyżki i zostanie zmuszona jeszcze bardziej ograniczyć wydatki, a tym samym zmniejszą się płynące z jej kieszeni wpływy do budżetu w postaci VAT i akcyzy.

Zacisnąć pasa będzie też musiał niejeden z dzisiejszych entuzjastów zapowiadanego drenażu lekarskich kieszeni. Bo konieczność nabijania wizyt na kasę to doskonały pretekst do podwyższenia ich ceny. Również w tych gabinetach, gdzie – w zgodzie z prawem – kasy nie będzie. Prawie pewne, że wizyta u specjalisty wyceniana dziś w dużych miastach średnio na 100 złotych, w przyszłym roku będzie kosztować 120 złotych. Skończy się też zapewne gratisowe wypisywanie leków dla znajomych z pracy, a przynajmniej ich znajomych. Będzie przecież można wytłumaczyć brak dobroci pazernością fiskusa.

Tylko czy fiskus rzeczywiście się wzbogaci? Analiza kosztów, związanych z wprowadzeniem kas każe wątpić w znaczące dochody. Wpływy mogą być zdecydowanie mniejsze od założeń, bo naiwnością jest wierzyć w stuprocentową ewidencję wszystkich zdarzeń. Powiem tak: ci, którzy skrupulatnie rozliczali się ze skarbówką, będą robić to nadal, a poszukiwacze podatkowych oszczędności nie staną się naraz bardziej święci od papieża. Gabinet lekarski to nie sklep, gdzie klient (pacjent) oczekuje wydruku z ceną porady. Poza tym paragon od doktora do niczego się nie przyda. Byłoby inaczej, gdyby pacjenci mogli liczyć na ulgi podatkowe z tytułu prywatnego leczenia. Rząd jednak zapomniał o tym stosowanym wcale nie tak dawno rozwiązaniu.

Rozumiem tych, którzy domagają się równości wobec prawa podatkowego i wcale nie zamierzają pytać mnie, co mam w garażu. Ja także widzę się w chórze wołających o sprawiedliwe, to jest niefaworyzujące nikogo, przejrzyste rozwiązania. Tyle że spoglądam w innym kierunku niż większość chórzystów. Marzy mi się mianowicie państwo, w którym małe firmy, czyli w uproszczeniu wszystkie działające na podstawie wpisu do ewidencji działalności gospodarczej, płacą zryczałtowany, jednakowy dla wszystkich podatek. Nikt nie zawracałby sobie wówczas głowy kasami fiskalnymi w gabinetach lekarskich albo małych kancelariach adwokackich. A i kontrolerzy skarbowi nie musieliby uciekać się do wyrafinowanych prowokacji. Wystarczyłoby tylko sprawdzić, na przykład raz do roku przy składaniu PIT, czy obowiązkowa „danina” została zapłacona. Takiego sprawdzenia mógłby z powodzeniem dokonywać komputer. Wspomniany ryczałt nie musiałby wcale być duży, by zwiększyć wpływy z podatku. Wilk byłby syty, a owce by nie beczały.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.