Cztery lata Ewy Kopacz: aktywność przegrała ze skutecznością
„To my wprowadziliśmy prawo dla pacjentów ubiegania się o szybsze odszkodowania, to my daliśmy ustawę o prawach pacjenta, daliśmy rzecznika praw pacjenta, ale też my zdecydowaliśmy o tym, w jakich szpitalach będą się leczyć — zadłużonych czy niezadłużonych, dobrze czy źle zarządzanych, daliśmy również szanse na to, aby polscy pacjenci mieli tańsze leki” — tak Ewa Kopacz podsumowywała w radiowej Jedynce cztery lata kierowania resortem zdrowia. Nie można pani minister zarzucić braku działania. Ale aktywność to nie to samo, co skuteczność.
Zacznę od pacjentów i kluczowego problemu dostępności do świadczeń. Jak wynika z danych NFZ, w najważniejszych specjalnościach zarówno czas oczekiwania, jak i lista oczekujących systematycznie rosną. Przykładowo na endoprotezę stawu kolanowego czeka się cztery lata, biodrowego — ponad trzy, a na usunięcie zaćmy więcej niż dwa lata. Kolejki byłyby krótsze, gdyby — zgodnie z zapowiedziami byłej już pani minister — funkcjonował rynek ubezpieczeń dodatkowych albo gdyby chociaż zezwolono publicznym szpitalom leczyć odpłatnie poza kontraktem z NFZ. Tymczasem brak wspomnianych możliwości przyczynia się do wzrostu cen w prywatnych gabinetach i klinikach.
Wbrew obietnicom, chorzy muszą zostawiać więcej pieniędzy w aptekach. A wiele wskazuje, że sytuacja pogorszy się, gdy zaczną obowiązywać sztywne ceny leków, a na narodowego ubezpieczyciela zostanie nałożony kaganiec w postaci wydawania na refundacje nie więcej niż 17 proc. budżetu. Ustalenie wspomnianego ograniczenia może być szczególnie dotkliwie odczuwalne przez pacjentów, jeśli weźmie się pod uwagę, że w latach ubiegłych NFZ przeznaczał na refundację leków większy odsetek swojego budżetu. Nie wiadomo, co się stanie, gdy np. z powodu epidemii trzeba będzie wydać na leki więcej niż zakładano. Może następca Ewy Kopacz znów bohatersko nie kupi szczepionek? Bardziej prawdopodobne, że pacjenci głębiej sięgną do kieszeni.
Czy z czterech lat kierowania przez Ewę Kopacz resortem zdrowia mogą być zadowoleni lekarze i pielęgniarki? Skokowy wzrost wynagrodzeń na przełomie 2007 i 2008 roku nie był zasługą pani minister, ale efektem dużej presji wywieranej głównie przez lekarzy jeszcze za ministrowania Zbigniewa Religi. Od tego czasu płace w sektorze stanęły w miejscu, czyli realnie są coraz niższe. Nie może być inaczej wobec niewywiązania się przez premiera ze złożonej na „białym szczycie” obietnicy podniesienia składki zdrowotnej o 1 proc. od 2010 roku. Na papierze nakłady wyglądają jeszcze przyzwoicie, bo NFZ miał w tym roku do wydania o 15 proc. więcej pieniędzy niż cztery lata temu. Jeśli jednak uwzględnimy inflację, wzrost skurczy się do zaledwie 2 proc.
Bardziej wnikliwa analiza wskazuje, że realnie spadły nakłady na szpitale. Nic dziwnego, że ich zadłużenie nie zmalało za czasów pani minister i jest dziś szacowane na 10 mld zł, z czego jedną piątą stanowią zobowiązania wymagalne. Pomysłem Ewy Kopacz na poprawę finansów szpitali jest przekształcenie w spółki. Jak pokazują dotychczasowe doświadczenia, to może być dobre rozwiązanie dla małych i średnich lecznic, które mogą sobie pozwolić na ukierunkowanie oferty do wybranych grup pacjentów. Dla wieloprofilowych placówek, zajmujących się leczeniem najtrudniejszych i jednocześnie najbardziej kosztownych przypadków przekształcenie w spółkę grozi niebezpiecznym dla chorych ograniczeniem działalności. Dlatego źle się stało, że minister Kopacz nie zainteresowała się stworzeniem sieci szpitali, co proponował jej poprzednik. Błędem było też zignorowanie innej koncepcji profesora Religi — ubezpieczeń pielęgnacyjnych.
Nie zdziwiłbym się, gdyby następca pani minister zajął się nie tylko zaniechaniami, ale i naprawą jej pomyłek. Taki scenariusz przewiduje m.in. prezes NFZ. Szkoda tylko, że na wytykanie błędów zebrało się Jackowi Paszkiewiczowi dopiero teraz, gdy Ewa Kopacz nie jest już ministrem.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek