Czas chleba i igrzysk [FELIETON Marka Stankiewicza]
Panem et circenses! — Chleba i igrzysk! Czas igrzysk od tysiącleci zawsze bałamucił ludzi, aby za chwilę swoim oddanym do urny głosem lub w geście triumfu uniesionym kciukiem mieli uczynić odtąd swoje życie wolnym od trosk. Bo wszystkimi dolegliwościami ich codzienności zajmie się zaraz po wyborach Ten Jedynie Sprawiedliwy. A nie jakiś ryży szatan w przebraniu, który z brukselskich piekieł znów skrada się podstępnie do bram Najświętszej Rzeczpospolitej.

Ale dosyć tych alegorii. Tak już nigdy ze sobą nie pogadamy. Wreszcie przestańmy z siebie wzajemnie kpić i odwracać znaczenia polskich słów, a nawet całych zdań złożonych. Propozycja wyborcza to niekoniecznie bezczelne kłamstwo, debata polityczna to nie magiel, a wprowadzenie politycznego rywala w zakłopotanie to nie atak na wiarę i tradycję, ale szansa wyjaśnienia skołowanemu społeczeństwu, szczególnie najmłodszym Polkom i Polakom, o co toczy się wyborcza walka, aby właśnie oni uwierzyli, że w Polsce można żyć inaczej.
Powołana na stanowisko ministra zdrowia (po rządowej awarii z Adamem Niedzielskim) lekarka Katarzyna Sójka dziarsko zabrała się do wypełnienia swojej misji. Bo i czasu jej zostało niewiele do 15 października. Już zdążyła odwołać alarm wokół śmiertelnego zagrożenia nowym paskudztwem o wdzięcznym imieniu legionella, choć epidemiolodzy wręcz błagają o powściągliwość w deklaracjach, a jeszcze bardziej o ostrożność i wyjaśnienie coraz bardziej skołowanemu społeczeństwu, jak się w tej sytuacji zachować. Ale to akurat nie ci epidemiolodzy dźwigają właściwe sztandary. Za to legionella może jeszcze zebrać śmiertelne żniwo legionów, kiedy już zakończy się ekspresowa misja doktor Sójki. Tym bardziej, że za horyzontem czai się grypa, a jej mariaż z legionellą nie wróży niczego dobrego.
Ale za to jedzenie dla chorych w szpitalach, bo trudno je nazwać posiłkami, ma się poprawić. Dosyć z głodzeniem i ścisłą dietą za 14 złotych dziennie oraz spożywaniem tego jadła bez smaku w kucki, swoim własnym widelcem i łyżką na szpitalnym łóżku lub taborecie. Co więcej, przywiezionego mocno schłodzonego z drugiego końca miasta w pojemnikach przez firmę cateringową, zaprzyjaźnioną z Dyrekcją Najlepszej Zmiany. Ale za to na deser herbatka lub cienki kompocik wiśniowy, czerpane chochlą z wiadra. Od godziny siedemnastej do porannego śniadania pacjent nie może liczyć na kroplę wody, chociaż podczas letnich upałów polecono mu pić co najmniej 3 litry niegazowanych płynów. Ale te, owszem, są dostępne w również zaprzyjaźnionym kiosku na szpitalnym parterze, w cenach niekoniecznie hurtowych. Zanim rodzina z wałówką dotrze do schorowanej i głodnej mamusi, musi sforsować szlabany parkingu i zapłacić zań więcej za godzinę, niżby zaparkowała w szwajcarskim Zurychu.
To jest tylko skrócona laurka outsourcingu szpitalnego, który po likwidacji szpitalnej kuchni, pralni, opieki nad parkingiem i wielu innych prozaicznych czynności, wykonywanych wyłącznie ludzką ręką lub umysłem, miał być skutecznym orężem na cięcie kosztów stałych. Tylko w imię czego? Wiele nawet prestiżowych szpitali w tym oszczędnościowym amoku odebrało swoim lekarzom i pielęgniarkom dyżurnym jakikolwiek posiłek regeneracyjny, który choćby murarzowi na budowie, z mocy przepisów BHP, należy się po czwartej przepracowanej godzinie. A w ciężkiej robocie na sali operacyjnej trzeba mieć jako żywo taką samą kondycję. Nie wspominając o nieustannej koncentracji.
Za czasów nieboszczki komuny świetnie prosperowały przy szpitalach gospodarstwa pomocnicze. W Lubartowie nieopodal Lublina, gdzie ongiś przepracowałem 14 lat jako chirurg, chlewnia na dwieście świń była źródłem bogatego białka, pomimo prawdziwego dramatu w handlu detalicznym wyrobami z mięsa. A zapach zupy jarzynowej, przygotowanej przez szpitalną kuchnię, dostarczonej na oddziały w ciągu kilku minut, jeszcze dziś łaskocze moje nozdrza. Zaś rodziny spieszące z domowym rosołkiem ku krewnym po operacji odprawiano zawczasu, w myśl starego porzekadła, że „w szpitalu z głodu jeszcze nikt nie umarł, a z przejedzenia już niejeden”.
A więc komu to przeszkadzało? Wiekopomna obietnica pani minister to niestety odwracanie kota ogonem do prawdziwych niedostatków w ochronie zdrowia. Nasi rodacy, chcąc zadbać o zęby, są zdani wyłącznie na siebie, nawet jeśli regularnie płacą składki zdrowotne. Nie ma przeproś, w protetyce i ortodoncji trzeba zdrowo potrząsnąć trzosem, na co wystarczyły socjalne transfery 500 plus. A co ze zniesieniem bezprawnie wprowadzonych limitów na wystawianie recept przez lekarzy i pilnym ustaleniem standardów teleporady oraz zdjęcia z lekarzy obowiązku określania poziomu refundacji...
Większość organizacji międzynarodowych pokazuje, że już jesteśmy patologicznym krajem bezprawia, z którym nie należy się wiązać. Gdyby nie wojna w Ukrainie, to bylibyśmy kompletnie osamotnieni. Jesteśmy totalnie izolowani, obraziliśmy nawet tych Europejczyków, których nie było powodu zaczepiać. Polska bardzo szybko przestanie kogokolwiek za granicą interesować. Stanie się strefą buforową pomiędzy Rosją a Zachodem, dogodną jako rynek zbytu, aczkolwiek mentalnie i kulturowo zdecydowanie wykluczoną ze wspólnoty zachodnioeuropejskiej. Jako anachroniczne, autorytarne państwo w znanym typie wschodnioeuropejskiej dyktatury będzie z czasem orbitować wokół Rosji, razem z Ukrainą i Białorusią.
Bądźcie zdrowi, bo jak nie...
PRZECZYTAJ TAKŻE: Wszystkie partie mówią o zwiększaniu nakładów na zdrowie. Co je różni?
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Marek Stankiewicz, [email protected]