Brzydko pachnie
Przed rokiem z nowej możliwości kształcenia mogło skorzystać ponad 1300 lekarzy i stomatologów. Jak się okazało, spotkało ich nie lada szczęście. W czasie odbywającego się od 1 maja do 15 czerwca br. postępowania kwalifikacyjnego nie został bowiem obsadzony ani jeden etat rezydencki. Wcześniejsze plany przepadły w otchłaniach dziury budżetowej, z czym trudno jest dyskutować. Zdziwienie może natomiast budzić fakt, dlaczego jednocześnie okrojono o ponad połowę liczbę miejsc szkoleniowych poza rezydenturami. Od lat przecież koszty specjalizacji poza miejscem pracy ponoszą sami zainteresowani, płacąc za kursy, dojazdy, wikt i opierunek w często odległym mieście, książki itp. Państwo nie dokłada do tego złamanego grosza. Przeciwnie - zyskuje, bo nakładając na lekarzy wymóg nieustannego kształcenia, zapewnia sobie jego realizację praktycznie za darmo.
Sytuacja jest kuriozalna. Z jednej strony płyną z ministerstwa miłe dla uszu starzejącego się i coraz bardziej schorowanego społeczeństwa obietnice poprawy dostępu do specjalistów, a z drugiej w tym samym gmachu zapadają decyzje uniemożliwiające głodnym wiedzy lekarzom uzyskanie specjalizacji, w dodatku za własne pieniądze.
Już z daleka pachnie to brzydko. Można szukać pięknych słów o podniesieniu poziomu kształcenia, nadmiarze specjalistów i racjach ekonomicznych, ale teza o zamykaniu drzwi przed młodymi, wchodzącymi do zawodu i tak wypłynie na wierzch. rodowisko lekarskie upodabnia się pod tym względem do prawniczego, które od lat bardzo pieczołowicie strzeże dostępu do profesji notariuszy, adwokatów i radców. Konsekwencje też są podobne. Mocno osadzeni w zawodzie nie mają powodów do zmartwień. Narzekają za to klienci (pacjenci) oraz osoby ubiegające się o zawodowe szlify. Prawnicy mają o tyle lepiej, że ich wykształcenie jest dużo bardziej uniwersalne od lekarskiego i po studiach mogą odnaleźć się na wielu stanowiskach w rozmaitych dziedzinach. Lekarz, o ile naprawdę chce nim być, wielkiego wyboru nie ma. Musi się kształcić. Zamykanie dostępu do kształcenia podyplomowego spowoduje, że odsetek lekarzy bez specjalizacji, zepchniętych na margines swojej profesji ze wszystkimi tego konsekwencjami, osiągnie u nas nieprzystający do europejskich standardów poziom.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Lek. Sławomir Badurek