Brytyjska konkurencja w medycynie estetycznej
Na początku marca w Krakowie otworzono pierwszą zachodnią klinikę dermatologii estetycznej Face & Body Institute. Kolejne powstaną w Warszawie i nad morzem. Magnesem przyciągającym pacjentów ma być renoma klinik tej marki, które w Wielkiej Brytanii z powodzeniem działają od 10 lat oraz nazwisko ich twórczyni - dr Elisabeth Dancey.
Face & Body Institute przyjechał nad Wisłę z nowatorską techniką niechirurgicznego liftingu twarzy i ciała za pomocą wiązki światła podczerwonego, z wykorzystaniem urządzenia Titan. W instytucie będzie też wykonywany autorski zabieg dr E. Dancey Revitalising Combination Facial. Jest to połączenie kilku technik: peelingu z kwasu glikolowego, mezoterapii z użyciem mieszanki preparatów witaminowych, minerałów oraz kwasu hialuronowego, terapii polem magnetycznym i wiązką światła podczerwonego oraz relaksującego masażu limfatycznego. "Techniki nie są w Polsce zupełnie nowe. Wyjątkowość tego zabiegu polega na ich nowatorskim połączeniu" - zapewnia Paulina Pyka, współwłaścicielka krakowskiego Face & Body Institute.
To ona przekonała E. Dancey do zainwestowania w Polsce, kraju, w którym ponad 90 proc. osób deklaruje, że dobry wygląd i zgrabna sylwetka pomagają w osiągnięciu sukcesu, 84 proc. kobiet marzy o zmianie wyglądu, a rynek kosmetyczny jest wart corocznie blisko 1,5 mld euro. Jak twierdzi P. Pyka, wybór padł na Kraków, ponieważ jest tu mniejsza niż w Warszawie i innych dużych miastach konkurencja w dziedzinie medycyny estetycznej.
W krakowskim Face & Body Institute zabiegi będą wykonywać dwie polskie lekarki: specjalistka dermatologii oraz medycyny ogólnej, które pod okiem E. Dancey przez dwa miesiące szkoliły się w Londynie. Klinika szuka kolejnych lekarzy do dwóch filii, które będą otwarte w stolicy i na Wybrzeżu.
Zasady vs. estetyka
W środowisku ok. 400 polskich lekarzy medycyny estetycznej nie widać niepokoju w związku z pojawieniem się brytyjskiej kliniki, która wśród swoich pacjentów wymienia m.in. członków brytyjskiej rodziny królewskiej. "Ja się nie obawiam zagranicznych koncernów. W tej dziedzinie w Polsce najważniejszy jest kontakt lekarz - pacjent i instytucja polecania usług. W Polsce nikt nie chodzi do klinik, tylko do lekarzy" - twierdzi Marcin Ambroziak, lekarz medycyny estetycznej, członek Stowarzyszenia Lekarzy Dermatologów Estetycznych.
Podobną argumentację przytacza Anna Żurowska-Iskrzycka, lekarz dermatolog, która w swoim krakowskim gabinecie stosuje zabiegi medycyny estetycznej. "Ja mam firmę pod nazwą: Iskrzycka. Do mojego gabinetu przyciąga moje nazwisko. Mam terminy zarezerwowane do połowy czerwca i od dwóch tygodni odmawiam wszystkim nowym pacjentom" - twierdzi.
Przewodniczący Sekcji Medycyny Estetycznej Polskiego Towarzystwa Lekarskiego dr Andrzej Ignaciuk uważa natomiast, że konkurencja zachodnich klinik może wręcz pozytywnie wpłynąć na pozbawiony mechanizmów kontroli polski rynek usług medycyny estetycznej. "Jeżeli ktoś nie bardzo zna się na tym, co wykonuje, to powinien czuć się zagrożony, bo na pewno z komercyjnego punktu widzenia ta Brytyjka jest dobra" - mówi dr A. Ignaciuk. I w tym problem. "Takie kliniki muszą przede wszystkim na siebie zarobić. Pacjentowi proponuje się więc kilka zabiegów w pakiecie. To są rzeczy chwytliwe, ale tam, gdzie w grę wchodzą pakiety, zaczyna się komercja. To może oznaczać nakłanianie pacjentki do zabiegu czasem potrzebnego, czasem nie. Standardy są w leczeniu chorych, ale lekarz medycyny estetycznej ma do czynienia z ludźmi zdrowymi - podkreśla A. Ignaciuk. - W estetyce nie ma standardów. Zostawia się wszystko wiedzy, etyce i świadomości lekarza".
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Beata Lisowska