Będą pieniądze na zdrowie?

Anna Gwozdowska,; Ewa Szarkowsa
opublikowano: 07-12-2005, 00:00

"Chyba nastały wreszcie takie czasy, w których żeby pacjenci byli zadowoleni, muszą być zadowoleni także lekarze i pielęgniarki, bo z samej satysfakcji zawodowej "zupy nikt nie ugotuje" - uważa Jarosław Pinkas, podsekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, i wymienienia cel działania szefa resortu Zbigniewa Religi: - Profesor bardzo dba o to, żeby te środowiska miały lepiej, ale by to było możliwe, do systemu ochrony zdrowia trzeba wpompować dodatkowe pieniądze. Jeśli precyzyjnie określimy, do czego te środki są nam potrzebne, to myślę, że nie rzucając nikogo na kolana, dodatkowe pieniądze mogą się znaleźć". ;

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Czy miał już pan wizyty znajomych dyrektorów szpitali, którzy licząc na pomoc narzekali, że mają za małe kontrakty?
- Mam to szczęście, że przez całe moje życie zawodowe większość moich znajomych wie, że ze mną niczego w ten sposób się nie załatwia. Znana jest moja pryncypialność w takich sprawach. Zresztą przychodzą do mnie głównie osoby, które chcą coś podpowiedzieć, mają jakieś sugestie, chcą mnie wesprzeć.

Ale za pół roku może pan mieć mniej przyjemne wizyty szefów instytutów, którzy będą żądać więcej pieniędzy. Minister Zbigniew religa zapowiedział, że kontrakty ze świadczeniodawcami na ląsku i Mazowszu będą zawierane tylko na pół roku .
- Oczywiście, liczę się z tym. Ale utrzymanie finansowania dwóch największych centrów medycznych w kraju na poziomie wynikającym z przyjętego algorytmu grozi załamaniem ochrony zdrowia na Mazowszu i na ląsku. Ten algorytm nie uwzględnia liczby podmiotów na rynku, nie przewiduje także podaży i popytu na świadczenia. Ale nie ma nigdy sytuacji bez wyjścia i jeśli tylko się chce, zawsze można znaleźć mądre rozwiązanie. Najważniejsze, że żadna ze stron - ani Ministerstwo Zdrowia, ani NFZ - nie usztywniła swego stanowiska, nie powiedziała: nie, bo nie. W toczącej się dyskusji podnoszone są tylko merytoryczne argumenty i w mojej ocenie obie strony są w stanie dojść do porozumienia.

Czy w grę wchodzi zmiana brzmienia zapisu o algorytmie w ustawie zdrowotnej, czy tylko rozporządzenia ministra zdrowia w tej sprawie?
- Trudno mi o tym przesądzać. Ale mam już pewność, że prezes NFZ Jerzy Miller jest osobą szalenie kooperatywną, dobrze rozumie problemy, które się pojawiają i wie najlepiej, co zaproponować, żeby rozwiązać ten problem, ponieważ ma w tej sprawie znacznie większą wiedzę od nas. My zdiagnozowaliśmy problem, ale wdrożenie terapii należy do pana prezesa.

Czy to możliwe, że obecnemu ministrowi zdrowia dobrze układa się współpraca z szefem NFZ?
- Mam wrażenie, że zaczynamy mówić tym samym językiem. Prezes Jerzy Miller już kilkakrotnie spotykał się z prof. Religą i ze mną, i wspólnie rozmawialiśmy o istotnych problemach. Z reguły są to problemy stricte medyczne, które jesteśmy w stanie rozwiązać w MZ, mając znacznie większy potencjał kadr medycznych niż NFZ. Jednym z największych problemów funduszu jest duża rotacja kadr. Lekarze niechętnie dłużej pracują w tej instytucji, bo przepada im prawo wykonywania zawodu. To trzeba będzie zmienić.

Koniec "bizancjum" w ratownictwie

Obecne kierownictwo resortu zdrowia chce dokonać zmian w ustawie o ratownictwie medycznym uchwalonej w 2001 r. Dlaczego?
- Zakładamy całkowitą zmianę tej ustawy. Obecna jest "bizantyjska", niedopasowana do polskich realiów i już niemożliwa do wprowadzenia w życie. Potrzebna jest bardzo realistyczna ustawa, na którą stać będzie nasze państwo. W roku 2007 prawdopodobnie znajdą się środki rzędu 1,2-1,3 mld zł na ratownictwo, co w istotny sposób odciąży NFZ, który przestanie finansować pomoc przedszpitalną. Ale musimy stworzyć taką ustawę, która zagwarantuje, że nakłady te będą indeksowane w następnych latach. To musi być ustawa, która jednoznacznie wskaże osoby i instytucje uprawnione do wydawania decyzji, przyzna też specjalny cenzus ludziom pracującym w systemie ratownictwa medycznego.

Zatem szykuje się kolejna rewolucja...
- Nie będzie żadnej rewolucji. Nie możemy zmarnować środków już zainwestowanych w tworzenie tego systemu. Opierając się na tym, co już jest, trzeba doprowadzić do szybkiego stworzenia przejrzystego aktu prawnego, który zapewni finansowanie zintegrowanego ratownictwa medycznego z budżetu państwa. Zapewniam, że nowa ustawa będzie tworzona przy otwartej kurtynie. Mamy to szczęście, że w Polsce jest już dość duża grupa ludzi, którzy znają się na ratownictwie medycznym.

Kto będzie kontraktował zespoły wyjazdowe?
- Nie wyobrażam sobie tworzenia kolejnej instytucji przy wojewodach, która miałaby kontraktować pomoc przedszpitalną, bo na to nas nie stać. Nie ma żadnych przeszkód, by nadal robił to NFZ, ale za pieniądze z budżetu państwa i zgodnie z rekomendacjami wojewody, ponieważ to właśnie wojewoda odpowiada za bezpieczeństwo zdrowotne na swoim terenie.

Dodatkowe pieniądze

W 2006 r. minister zdrowia może liczyć jedynie na ok. 3,6 mld zł z budżetu państwa. Prof. Zbigniew Religa uważa jednak, że już rok później będzie lepiej, bo znajdą się dodatkowe środki, m.in. na ratownictwo i podwyższenie składek zdrowotnych dla bezrobotnych i rolników. Skąd ten optymizm, że rząd zacznie przeznaczać więcej pieniędzy na zdrowie?
- W obecnej sytuacji przed prof. Religą stoi najważniejsze zadanie: doprowadzić do lepszego finansowania ochrony zdrowia. Chyba nastały wreszcie takie czasy, w których żeby pacjenci byli zadowoleni, muszą być zadowoleni także lekarze i pielęgniarki, bo z samej satysfakcji zawodowej "zupy nikt nie ugotuje". Profesor bardzo dba, żeby te środowiska miały lepiej, ale by to było możliwe, do systemu ochrony zdrowia trzeba wpompować dodatkowe pieniądze. Musimy mieć 6 procent PKB na zdrowie, ale ostatnią rzeczą, jaką można w obecnej sytuacji zrobić, to rzucić się temu państwu do gardła i powiedzieć, że nam są potrzebne od razu aż tak duże pieniądze. Jeśli jednak precyzyjnie określimy, do czego te środki są nam potrzebne, to myślę, że nie rzucając nikogo na kolana, dodatkowe pieniądze mogą się znaleźć.

Czy dodatkowym źródłem finansowania ochrony zdrowia mogłoby być współpłacenie za świadczenia?
- W tej chwili nie powinniśmy do tego wracać. Moim zdaniem, popełnilibyśmy gigantyczny błąd. To temat zbyt drażliwy i społeczeństwo nie jest na to gotowe, mimo że zasada współpłacenia funkcjonuje już w stomatologii. Aby zmieniło się nastawienie do współpłacenia, ludzie musieliby zyskać pewność, że ich pieniądze nie są marnowane, że są sprawiedliwie dzielone, a w systemie nie ma biurokracji. Dopiero wtedy można mówić o współpłaceniu.

W programie ministerstwa nie ma już mowy o wprowadzeniu prywatnych ubezpieczycieli, którzy konkurowaliby z NFZ. Dlaczego?
- Na razie wprowadzenie prywatnego płatnika nie jest możliwe. Najpierw trzeba uporządkować sytuację w NFZ. W przeciwnym razie z pewnością mielibyśmy podobny bałagan, jaki powstał w wyniku wprowadzania poprzednich reform. Do tematu wrócimy później. Może trzeba będzie się tym zająć w przyszłym roku.

O koszyku i porsche

Minister Zbigniew Religa obiecuje koszyk świadczeń gwarantowanych za dwa lata. Czy nie da się go przygotować szybciej?
- Na całym świecie trwało to wiele lat. W mojej ocenie dwa lata to termin bezpieczny. Poza tym prof. Religa ma tę cechę, że kiedy sobie coś postanowi, to z reguły doprowadza to do końca. Na początek trzeba wykorzystać możliwości Agencji Oceny Technologii Medycznych. Nad koszykiem powinien pracować bardzo duży zespół profesjonalistów, konsultantów medycznych. Koszyk musi też zostać dopasowany do tego, co już w NFZ funkcjonuje. W tej sprawie nie warto wyważać otwartych drzwi, dlatego chcemy również wykorzystać katalog typu CPT (Current Procedural Terminology), stworzony przez American Medical Association i przygotować jego polską wersję.

Z wprowadzeniem koszyka zawsze wiąże się jakieś polityczne ryzyko.. .
- Dlatego trzeba przygotować opinię publiczną na wprowadzenie koszyka. Jak? Rzetelnie tłumacząc, co należy się ludziom w ramach powszechnego ubezpieczenia. Polacy muszą przyjąć do wiadomości, że za środki dostępne w systemie można kupić tylko określone świadczenia. Jak ktoś nie ma pieniędzy, to nie kupuje sobie porsche, tylko mały samochód, którym także można się przemieszczać. Z drugiej strony, jak wspomniałem, ludzie muszą mieć w Polsce pewność, że ich pieniądze nie są marnowane. Bardzo ważną i odpowiedzialną rolę w tym procesie mają do odegrania media. Kiedy wprowadzano reformę emerytalną, to właśnie dzięki nim była ona powszechnie akceptowana.

Budowanie sieci

Przed resortem stoi jeszcze inne trudne zadanie - uporządkować sytuację szpitali. Czy np. organy założycielskie odegrają w zapowiadanej budowie sieci szpitali jakąś rolę?
- To ogromne wyzwanie dla samorządów. Chodzi o to, aby obudzić wśród ludzi poczucie rozsądku i odpowiedzialności za kraj. Potrzebna jest świadomość, że nie jest najważniejszy partykularny interes czyjegoś szpitala, kiedy trzeba położyć kres marnotrawstwu pieniędzy w systemie. Utrzymywanie niepotrzebnych placówek to rozwadnianie środków, co dla mnie jest równoznaczne z ich marnotrawieniem. Sieć jest konieczna, bo jeśli dalej będziemy tolerować marnotrawstwo, to nikomu się sytuacja nie poprawi.
Jak wyobraża sobie pan przeprowadzenie takich zmian bez "burzy" w mediach?
- W tej chwili na to pytanie nie odpowiem, ale zapewniam, że mamy na to pomysł.

Czy w sieci znajdą się tylko publiczne placówki?
- Trudno mi sobie wyobrazić, żeby w sieci były tylko szpitale publiczne. Są miejsca, gdzie nastąpiła już prywatyzacja i te placówki są znakomite. One także powinny znaleźć się w sieci. Zastrzegam jednak, że te sprawy nie zostały jeszcze przesądzone. Staramy się podejmować takie decyzje w szerokim gremium. Na dziś wydaje mi się, że w sieci powinny znaleźć się zarówno publiczne, jak i prywatne podmioty, bo musi zostać zachowana równość sektorów na rynku.

Na pewno jednak znajdą się tacy, którzy będą bronić szpitali spoza sieci jak niepodległości...
- To prawda. Obserwowałem teraz kampanię wyborczą i dwóch znanych mi kandydatów na posłów przedstawiało się jako obrońcy szpitali. Obaj przegrali zresztą wybory. Pamiętam też, że w 2000 r. powiedziałem w mediach, że z mapy Mazowsza powinno zniknąć 16 szpitali. W krótkim czasie przestałem być dyrektorem medycznym Mazowieckiej Kasy Chorych. W mediach byłem wtedy przedstawiany jako "killer". Nie przejąłem się tym, ponieważ wiedziałem, że zrobiłem ważną rzecz, bo pokazałem, że taki problem istnieje i kiedyś ktoś będzie musiał się z nim zmierzyć.

Teraz będzie pan musiał wrócić do tej sprawy jako wiceminister zdrowia. To duża odpowiedzialność.
- Propozycja, jaką otrzymałem, jest z kategorii tych, które dostaje się raz w życiu i ja podjąłem to wyzwanie. To był mój wybór. Gdybym się nie zgodził, pewnie żałowałbym tego do końca życia.


Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Anna Gwozdowska,; Ewa Szarkowsa

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.