Zmiany w systemie, czyli tłuste koty (od redaktora)
Czy to w polityce, czy w ochronie zdrowia nie ma systemów idealnych. Każdy z nich ma wady i zalety. Przy ich krytycznym ocenianiu chodzi jednak o to — jak mawiał klasyk — aby zalety nie przesłoniły wad. Innymi słowy, nie należy poprzestać na zadowoleniu z połowicznej poprawy tego czy owego. Nie chodzi o to, żeby było lepiej, tylko żeby było dobrze. Jeśli coś drgnęło w poz, to zajmijmy się opieką ambulatoryjną. Skoro poprawiliśmy wyniki w kardiologii, skoncentrujmy się na chirurgii czy psychiatrii.
Oczywiście taka zmiana priorytetów rodzi napięcia. Właśnie pojawiły się emocje i napięcia związane z propozycją obniżenia wycen kardiologii interwencyjnej. Tajemnicą poliszynela jest, że w tej dziedzinie — przy zachowaniu wszelkich proporcji — w ostatnich latach było i jest dobrze. Zarówno pod względem wysokiego poziomu wiedzy polskich specjalistów, wyposażenia oddziałów i nowoczesności stosowanych procedur, jak i finansowym. Mimo ogromnych osiągnięć, w ostatnich latach statystyki skuteczności leczenia kardiologicznego w Polsce zatrzymały się w miejscu. Doszlusowaliśmy do pewnego poziomu, podskoczyliśmy w rankingach i... stanęliśmy w miejscu. Dane epidemiologiczne przestały pokazywać poprawę.
Lepsze jest wrogiem dobrego. Chodzi o to, żeby nie zmieniać tego, co dobrze działa. Wszystko zależy jednak od punktu odniesienia. Polska kardiologia wypada bardzo dobrze na tle kilku innych, zaniedbanych specjalności. Ale to wcale nie oznacza, że nie należy jej ruszać.
Wygłodniałe koty są drapieżne, czujne i szybkie. Podobne zjawisko często zachodzi w sporcie. Bywa, że drużyna gra dobrze, mimo problemów finansowych, zaległości w wypłatach i bałaganu w klubie. Zawodnicy sprężają się, grają dla siebie, dla trenera i widzów, dodatkowa mobilizacja wyzwala z nich głębokie rezerwy i często taki zadłużony klub osiąga niespodziewane sukcesy. Potem pojawiają się pieniądze od sponsorów przyciągniętych sukcesem, zaległości w wypłatach nie ma, a jednak drużyna zaczyna grać gorzej. Syte koty obrastają w tłuszcz, nie chce im się polować.
Z całym szacunkiem dla naszej doskonałej kardiologii, ale trzeba się zgodzić, że była karmiona — jak to mówił minister — śmietanką procedur, dysponując najnowocześniejszym sprzętem, z silną pozycją w systemie i polityce. Kardiolodzy mieli i mają się czym pochwalić, a jednak obecnie niektóre wskaźniki — jak na przykład roczna przeżywalność po zabiegu interwencyjnym — wcale nie są dobre.
Proponowane obniżenie wyceny procedur i rozliczanie z efektów terapii koordynowanej w dłuższym okresie niewątpliwie obniży komfort pracy. Innej drogi jednak nie ma, jak tylko zmotywowanie do działania. Więcej wysiłku, więcej ruchu — każdy lekarz mówi to pacjentowi, zwłaszcza pacjentowi kardiologicznemu. Tłuste koty powinny na nowo ruszyć na łowy, zmienić dietę ze słodkiej śmietanki na chude mięso. Zwłaszcza że młode kociaki na rezydenturach muszą się naprawdę nabiegać, żeby zdobyć kilka łyków chudego mleka.
Wiedza i umiejętności polowania nie zanikają wraz ze wzrostem tkanki tłuszczowej. Więcej czy mniej pieniędzy nie oznacza automatycznie lepszego czy gorszego poziomu świadczeń zdrowotnych. Znacznie większe znaczenie mają ludzie, ich doświadczenie i nastawienie. I dlatego o los polskiej kardiologii jestem spokojny. To są wspaniali ludzie, wybitni specjaliści. Niezależnie od taryfikacji, będą leczyć doskonale.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Krzysztof Jakubiak, redaktor naczelny


