Współpłacenie lepsze niż ubezpieczenie dodatkowe
Raz po raz puszczane są w eter informacje o tym, jak dużo wydajemy z własnej kieszeni na leczenie. W ocenie Ministerstwa Zdrowia na procedury medyczne, takie jak badania i zabiegi, przeznaczamy 12 miliardów złotych rocznie. Natomiast suma wszystkich dopłat ponoszonych przez Polaków w związku z leczeniem ma wynosić 30 miliardów złotych na rok, czyli mniej więcej połowę budżetu NFZ.
Słyszę przy tym pobrzmiewającą gdzieś w podtekście informację: „Czas skończyć z wpychaniem pieniędzy do i tak już wypchanych lekarskich kieszeni”. Być może to tylko moje przewrażliwienie, ale bardzo prawdopodobne, że mamy do czynienia z politycznym marketingiem. Takim w stylu Jacka Kurskiego, czyli zgodnym z zasadą „lud głupi wszystko kupi”. Wszystko, a zatem także to, że lekarstwem na dopłacanie do różnego rodzaju świadczeń medycznych wprost z portfela mają być dodatkowe ubezpieczenia zdrowotne. Przyznam, że z chwilą ustanowienia koszyka świadczeń gwarantowanych, który de facto niczego nie zmienił, straciłem nadzieję na powstanie zdrowego rynku dodatkowych polis. Bo niby na jakich fundamentach ów zdrowy rynek miałby powstać, skoro i tak praktycznie wszystko należy się w ramach składki ?
Wygląda na to, że nasz system ubezpieczeń dodatkowych będzie karykaturą znanego w innych krajach. Kuriozalnie brzmi oferta dostępu w ramach doubezpieczenia do dokładnie tych samych świadczeń, które gwarantuje obowiązkowa składka na zdrowie. Zadziwia postawienie NFZ w roli obernadzorcy, czuwającego, by świadczeniodawcy mogli leczyć za pieniądze z dodatkowych ubezpieczeń dopiero po wykonaniu 90 proc. kontraktu. Ministerialna propozycja to w rzeczywistości oferta ubezpieczenia się od niewydolności systemu powszechnego, próba podwyższenia składki ukryta pod szyldem służącej pacjentowi reformy. Wobec braku szans na zachęty w postaci ulg podatkowych, dodatkowe ubezpieczenia nie wzbudzą większego zainteresowania. Przy wąskiej klienteli mało prawdopodobne, by firmy ubezpieczeniowe stworzyły konkurencyjną ofertę dla prywatnych gabinetów i małych przychodni, gdzie tradycyjnie płaci się za wybrane świadczenia gotówką.
Nie ma wątpliwości – system potrzebuje pieniędzy, podobnie jak mechanizmów minimalizujących ich marnotrawienie. Obydwa cele dałoby się zrealizować wprowadzając współpłacenie. Nawet w uchodzącej za modelowy przykład państwa socjalnego Szwecji pacjenci ponoszą częściową odpłatność za wizytę u lekarza, każdy dzień pobytu w szpitalu, pomoc doraźną w oddziale ratunkowym, transport karetką, rehabilitację itp. Parasolem ochronnym dla chorych i biednych jest górny limit ponoszonych wydatków. A i w Polsce, mimo oficjalnie deklarowanej przez kolejne władze niechęci do współpłacenia, dopłaca się do leków, stomatologii i sanatoriów. Oprócz współpłacenia, dodatkowym zasileniem systemu byłoby umożliwienie odpłatnego udzielania świadczeń wszystkim, a nie tylko niepublicznym szpitalom. A dobrowolne ubezpieczenia zdrowotne? Jak najbardziej, ale wcześniej należałoby zastąpić obowiązujący „koszyk świadczeń obiecanych” koszykiem świadczeń gwarantowanych.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek