Wigilijna nauka
Był mroźny zimowy wieczór 2008 r. Byłem wtedy początkującym lekarzem, który jeszcze na dobre nie wczuł się w rutynowe życie poradni, a już postawiono przede mną kolejne wyzwanie. Pracując w jednej z łódzkich poradni, będących częścią dużego zakładu opieki zdrowotnej, na czas Wigilii zostałem oddelegowany z macierzystej placówki.
Jako jeden z najmłodszych pracowników miałem zapewnić opiekę ambulatoryjną pacjentom zadeklarowanym do 10 łódzkich poradni. Ponieważ w Wigilię częstość zgłaszania się chorych jest zdecydowanie mniejsza niż w inne dni roku standardowo dyrekcja wyznaczała jedną poradnię, która przejmowała ruch chorych w tym wyjątkowym dniu i wskazywała personel medyczny, który chorymi miał się zająć. Było to bardzo rozsądne (i praktykowane jest przez duże NZOZ-y do dzisiaj), gdyż umożliwiało większości pracownikom należyte przygotowanie się do wigilijnego wieczoru, a w pracy pozostawało wtedy tylko kilku wskazanych wcześniej wybrańców.

Tamtego roku wybór padł na mnie. Pewnie dlatego, że jako mężczyzna stereotypowo miałbym w tym dniu mniej zajęć lub jako młody lekarz w trakcie specjalizacji z medycyny rodzinnej powinienem swoje odpracować. Te domysły zburzyła Pani Doktor, którą pierwszy i ostatni raz widziałem tamtego wieczoru. Do wigilijnego dyżuru jako współtowarzyszkę wybrano mi bowiem doświadczoną emerytowaną pediatrę. Zdziwiłem się, gdyż byłem przekonany, że "świąteczne" dyżury w poradniach obstawiać będą najmłodsi, widać tym razem klucz był inny.
Pracę tego dnia zacząłem o 13-tej, w poradni miałem zostać do 18-tej. Skoro tego dnia napływać mieli pacjenci z pozostałych 9 poradni, byłem gotów na ciężką przeprawę. Ku mojemu zdziwieniu pacjentów nie było wielu. Nie wiedziałem wtedy jeszcze o standardowym dla POZ-ów rytmie pracy poradni. 1-2 tygodnie przed świętami liczba zgłoszeń zwykle rośnie, gdyż pacjenci biorą świąteczne urlopy i ochoczo wykorzystują ten czas na wizytę u lekarza, ale już dzień przed świętem życie w poradni zamiera. Rokrocznie dochodzi zdaniem wielu do „cudownego ozdrowienia” - w rzeczywistości poradniani pacjenci zajmują się świętami i swoje zdrowotne problemy odkładają na później. Tak też było tego pamiętnego wigilijnego wieczoru. Do godz. 16.00 zgłaszały się pojedyncze osoby ze standardowymi o tej porze roku przeziębieniami. A później... głucha cisza. Przyzwyczajony do kolejki pacjentów przed gabinetem o dowolnej godzinie, nie mogłem uwierzyć, że zdarzają się takie dni, w których nie ma nikogo. Była to doskonała chwila aby porozmawiać z Panią Doktor. Rozmowę tę będę pamiętał do końca życia. Pani Doktor była bardzo cierpliwa - z anielskim spokojem odpowiadała na moje liczne pytania. Głównie dotyczyły one przeszłości medycyny. Skoro rozmawiałem z osobą która miała za sobą 40 lat pracy i widziała niejedno, żal byłoby mi o to nie spytać. I dowiedziałem się mnóstwa ciekawych rzeczy.
Jedna z nich to fakt, że Pani Doktor pamiętała epidemie chorób, które obecnie są rzadkością. Paciorkowcowa gorączka reumatyczna na początku jej kariery medycznej była dolegliwością powszechną, a leczenie penicyliną zapewniało niemalże natychmiastową poprawę. Pozostaje to w kontraście do obecnego leczenia, gdzie infekcje bakteryjne przechodzą powoli, a antybiotykoterapię trzeba coraz częściej kontynuować nawet do dwóch tygodni. Niestety leczenie drobnoustrojów zmieniło się nieodwracalnie, co podkreślała moja rozmówczyni. Obecnie nie słyszy się o zgonach z powodu tej infekcji, a wtedy było to na porządku dziennym. Zachorowania na odrę również były codziennością, podobnie jak na krztusiec. Jak powiedziała - "do szczepień ustawiały się kolejki, a każdy bał się tej śmiertelnej choroby i dziękował za możliwość zaszczepienia się".
Kto by pomyślał, że kilkadziesiąt lat później ludzie będą również świadomie dziękować, tyle że odmawiając szczepień w obawie przed chorobami, które rzekomo mogą one sprowadzić na dzieci. "Medycyna bardzo się zmieniła" powtarzała Pani Doktor spoglądając to na mnie, to na padający za oknem śnieg. Gdy była młodą lekarką alergie u najmłodszych były rzadkością. "Teraz stanowią jeden z głównych problemów wśród dzieci." - powiedziała - "Choroby, mimo że inne jak były, tak są." - zwięźle podsumowała całą rozmowę.
Wigilia z Panią Doktor dała mi bardzo dużo. Jako młody lekarz uświadomiłem sobie, że choroby były, są i będą. Wcześniej byłem przekonany, że gdy człowiek wynajduje nową terapię i udaje mu się pokonać jakiś patogen, czynem tym przybliża ludzkość do punktu w historii, w którym nie będzie chorób. Rozmowa z Panią Doktor uświadomiła mi, że jest to niemożliwe. W czasie jej długiego życia jedne schorzenia zastąpiły inne. Człowiek znalazł lekarstwo na niektóre bolączki, ale pojawiły się nowe choroby, czasem powodowane przez samych ludzi (jak stres, nałogi, wypadki), nowe bądź nawracające dobrze znane patogeny w bardziej opornej wersji. Świat bez chorób jest nierealny, a co za tym idzie pacjenci zawsze będą potrzebować lekarzy.
Dyżur dobiegł końca. Złożyliśmy sobie życzenia i rozeszliśmy się do swoich domów, by jak co roku celebrować wigilijny wieczór ze swoimi bliskimi. Medycyna nie straciła dla mnie uroku, nadal przecież dzięki niej wydłuża się życie i codziennie dokonuje małych cudów ratując ludzi z beznadziejnych wydawałoby się przypadków. Zyskała wręcz, dlatego że owego wigilijnego wieczoru uświadomiłem sobie, iż będzie potrzebna zawsze bez względu na czas i problemy trapiące pacjentów.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Dr Paweł Lewek