VIII Kongres Medycyny Rodzinnej: nadzieja w młodych

Mirosław Stańczyk
opublikowano: 25-06-2008, 00:00

To zrozumiałe, że środowisku lekarskiemu z uwagą przyglądają się pacjenci, a więc tak naprawdę niemal całe społeczeństwo. Budujące, że pytania o kondycję zawodu zadawali sobie sami lekarze, uczestnicy VIII Kongresu Medycyny Rodzinnej, których od 6 do 8 czerwca 2008 roku gościł "Gołębiewski", największy i najbardziej reprezentacyjny hotel w Wiśle.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Doroczny kongres to okazja do zdobycia wiedzy na temat wiodących metod rozpoznawania i leczenia chorób, z którymi styka się na co dzień lekarz rodzinny, a tym samym zgromadzenia dodatkowych punktów edukacyjnych. W ciągu czterech dni niemal dwa tysiące lekarzy mogło wziąć udział w pięćdziesięciu sesjach, wykładach, warsztatach, kursach (patrz ramka). Organizator kongresu - Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce - zapewnił łącznie 141 godzin merytorycznych zajęć, bardzo często prowadzonych przez specjalistów z tytułami profesorskimi.
"Tegoroczny kongres adresowany jest w głównej mierze do młodych lekarzy" - mówi dr n. med. Adam Windak, prezes Kolegium Lekarzy Rodzinnych w Polsce. Puls Medycyny podążył zatem ich śladem i trafił na tutorów.

Tutor wymyślony w WARS-ie

Pomysł stworzenia ruchu tutorów (tutor - dawn. opiekun, wychowawca na uczelniach anglosaskich, adiunkt kierujący indywidualnie pracą studentów), czyli grup młodych lekarzy, którzy byliby zainteresowani objęciem pozycji lidera w środowisku, głównie pod względem profesjonalnego przygotowania zawodowego, powstał 10 lat temu w wagonie restauracyjnym WARS-u. Podczas podróży pociągiem dr Zbigniew J. Król, który był świeżo po szkoleniach w ramach tzw. projektu harwardzkiego, wraz z dr. Janem Wolańczykiem zastanawiali się, jak do polskich warunków zaadaptować formułę rozwoju własnego lekarzy. Bo krąg aktywistów wśród lekarzy rodzinnych ograniczony był wtedy do wąskiej grupy osób wykształconych poza granicami kraju.
Początkowo fundusze na projekt zapewniła pożyczka z Banku Światowego, później wykorzystywano środki unijne. Obecnie realizowana jest piąta edycja szkoły tutorów.
Tutorzy to młodzi, aktywni lekarze rodzinni, którzy wiedzą, że bez dbałości o miejsce pracy, o poprawę jakości oferowanych usług, cofać się będą w rozwoju. W idei tutorów najważniejsi są liderzy, osoby, które mają wrodzone cechy przywódcze, ewentualnie je odkryją z pomocą kolegów dłużej zaangażowanych w ten ruch. Pracę z młodymi organizuje mentor, niekwestionowany przywódca intelektualny, który delikatnie, prawie niezauważalnie dla innych, steruje pracą mniej doświadczonych kolegów. Jego zadaniem jest zbieranie i efektywne wykorzystywanie opinii, postulatów, a z drugiej strony tonowanie nieprzemyślanych, wręcz szkodliwych żądań środowiska. Taką rolę pełni wspomniany już dr Wolańczyk, koordynator Programu Akredytacji Jakości w Polsce.

Trudno nie narzekać...

Zielona sala konferencyjna w hotelu "Gołębiewski" może pomieścić co najmniej sto osób, w przypadku większej liczby chętnych trzeba rozstawić dodatkowe krzesła. Podczas warsztatów na temat weryfikacji standardów akredytacyjnych w praktykach lekarzy rodzinnych takiej potrzeby nie było. Wszystkich chętnych bez problemu dało się zgromadzić w jednym rzędzie. Wykorzystali to uczestnicy spotkania i ustawili krzesła w krąg, wokół Jana Wolańczyka. Atmosfera debaty była bezpośrednia, przyjacielska, pozbawiona oficjalnego, kongresowego charakteru.
Na początku istotna jest diagnoza - co przeszkadza lekarzom rodzinnym w podnoszeniu zawodowych kwalifikacji? Padały takie oceny: marazm, apatia, wypalenie zawodowe, brak motywacji.
Czym ma odróżniać się lekarz, dbający o jakość oferowanych usług, od kolegi, któremu nie zależy na funkcjonowaniu zgodnie z nowoczesnymi procedurami? Uczestnicy dyskusji nie mają wątpliwości. Na początek należy wprowadzić elektroniczną formę obiegu dokumentacji w praktyce lekarskiej. Jest to jednak trudne w sytuacji, gdy po pierwsze - lekarz nie ma sprzętu komputerowego ani stosownego oprogramowania, po drugie - na ogół brakuje przeszkolonych osób, które mogłyby poradzić sobie z wprowadzaniem danych do systemu, a przede wszystkim - nie ma czasu, żeby zająć się wdrożeniem nowoczesnych rozwiązań. Kolejny problem to nastawienie pacjenta, który może czuć się ignorowany przez lekarza, raz po raz zerkającego podczas badania do danych zgromadzonych w komputerze.
Jednak działanie w zgodzie z procedurami nie zawsze jest możliwe. Brakuje zunifikowanych zasad postępowania, np. podczas wizyt domowych. Co zrobić, aby organizacja czasu pracy pozwalała na ograniczenie tego rodzaju obowiązków na przykład do godziny 15.00? Jak sprawić, żeby wszyscy lekarze postępowali jednolicie wobec zgłaszanych przypadków, bo obecnie jeden lekarz odmówi wizyty domowej, a drugi, w takim samym przypadku, stawi się na żądanie pacjenta. Jak postępować wobec potrzebujących pomocy, którzy boją się konsekwencji nieuzasadnionego wezwania pogotowia, a jednocześnie bez skrupułów angażują lekarza domowego? Te pytania pozostały bez odpowiedzi.
Przeszkolonych tutorów jest w Polsce trzystu. To niewiele, zważywszy, że tytuł ten nie obliguje do aktywnego funkcjonowania na różnych etapach rozwoju kariery zawodowej. Co gorsze, tutorzy nie zawsze zachowywali autentyczny entuzjazm. W wypowiedziach tej elity lekarzy rodzinnych niebezpiecznie często pojawiały się utyskiwania na ograniczenia występujące w zawodzie, skutecznie tłumiące głosy entuzjazmu w kreśleniu wizji na przyszłość.
Tymczasem Polska potrzebuje 20 tys. wyszkolonych lekarzy medycyny rodzinnej. System specjalistycznego kształcenia nie jest nawet na półmetku.

Praktyczne informacje

Żaden naukowy wykład nie wzbudzał wśród uczestników kongresu tylu emocji, co dyskusje nad codziennymi problemami, które utrudniają pracę lekarza.
Temperaturę debaty skutecznie podniosło na przykład hasło "recepty". Z sali natychmiast zaczęły padać spontaniczne okrzyki: w jakim rejonie kraju, jaki zwyczaj się utrwalił. Lekarze współpracujący z farmaceutami o postawach ortodoksyjnych zazdrościli kolegom, którzy na co dzień mają kontakt z liberalnymi przedstawicielami tej grupy zawodowej.
Podobnie było w przypadku spontanicznej analizy możliwości zakupu tanich urządzeń medycznych do gabinetu. Bywało, że w trakcie krótkiej wymiany poglądów pojawiała się cena transakcyjna trzy, a nawet czterokrotnie niższa od wywoławczej. Oczywiście ta niższa wzbudzała największe zainteresowanie wśród lekarzy. Gdzie za taką cenę można dokonać zakupu? Takie informacje to cenna zdobycz i kolejne uzasadnienie dla uczestnictwa w zjazdach.

Lekarze prywatnie...

"Uczestnictwo w kongresie sprawiło, że uzupełnić musiałem składki za członkostwo w Kolegium. Szczerze, to nawet nie wiedziałem,
że do niego należę".

"Dobrze, że punkty wpisywane są na początku konferencji. Oszczędza to stresu, kiedy można wyjechać".

"Na kongres nie przyjechałabym, gdyby nie fakt, że za moje uczestnictwo zapłaciła firma farmaceutyczna. Przekonały mnie znakomite warunki odpoczynku w hotelu: eleganckie pokoje, basen do naszej dyspozycji, możliwość skorzystania z zabiegów odnowy biologicznej. To okazja do wypoczynku".

"Przyjechałam tutaj, aby odpocząć, wyciszyć się.
Ładowanie akumulatorów jest niezbędne w sytuacji, gdy pracujemy na pełnych obrotach przez większość dni w roku".

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Mirosław Stańczyk

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.