Telewizja najskuteczniejszym renegocjatorem?

  • Ekspert dla "Pulsu Medycyny"
opublikowano: 16-12-2010, 00:00

Mdli mnie, że rok w rok prawie dokładnie o tej samej porze muszę wespół z wielomilionową widownią oglądać ten sam mroczny thriller - piesze Sławomir Badurek, felietonista Pulsu Medycyny.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
W poniedziałek, 22 listopada profesor Alicja Chybicka, kierująca wrocławską Kliniką Transplantacji Szpiku, Onkologii i Hematologii Dziecięcej, została pisemnie zobowiązana przez dyrektora szpitala, by „nie rozpoczynać nowych procedur medycznych”. Wszystko przez tzw. nadwykonania, oszacowane przez szefa lecznicy na cztery miliony złotych. List podobnej treści otrzymał także profesor Kazimierz Kuliczkowski, kierujący kliniką leczącą dorosłych chorych na białaczkę. Następnego dnia, tj. we wtorek władze szpitala, wrocławskiej Akademii Medycznej oraz szefowie obu klinik zorganizowali wspólną konferencję prasową. Media zainteresowały się losem „skazanych przez urzędników na śmierć dzieci”, prawie zupełnie zapominając o znajdujących się w takiej samej sytuacji dorosłych. W środę profesor Chybicka spotkała się w obecności kamer telewizyjnych z minister Ewą Kopacz. Opisująca to wydarzenie „Gazeta Wrocławska” dała tytuł: „Minister obiecała pieniądze dla kliniki hematologii”. Sprawa ucichła.

Cieszę się bardzo, że obfotografowany przez dziennikarzy 3-letni Piotruś Ziegler, który przyjechał do Wrocławia z Gorzowa Wielkopolskiego, oraz inne dzieci, przyjęte mimo zakazu do kliniki profesor Chybickiej, nie będą musiały dłużej niż jest to konieczne czekać na leczenie. Cieszę się bardzo, że dorośli chorzy z kliniki profesora Kuliczkowskiego, którym przyszło zmierzyć się z chorobą pod koniec roku, będą nadal mogli mieć nadzieję na powrót do zdrowia. Mdli mnie natomiast, że rok w rok prawie dokładnie o tej samej porze muszę wespół z wielomilionową widownią oglądać ten sam mroczny thriller.

Obraz ma dwie części: w pierwszej szpitale wyczerpują przyznany przez NFZ limit pieniędzy i ograniczają przyjęcia, NFZ narzeka na brak odpowiedniego planowania przyjęć przez szpitale a pacjenci są pozbawieni podobno gwarantowanej przez państwo opieki. W drugiej części filmu jesteśmy świadkami trzymających w napięciu, a momentami wyciskających łzy scen z udziałem „dobrych” lekarzy, „złych” urzędników i „skazanych na śmierć” przez bezduszność tych ostatnich pacjentów. Dreszczowiec kończy się zazwyczaj szczęśliwie: „dobry” lekarz aktywnie wspierany przez oddziały dziennikarzy pokonuje ciemną stronę urzędniczej niemocy, ratując życie pacjentom. Zwycięstwo jest jednak pozorne. Poza kadrem urzędnicy NFZ odbijają sobie poniesione straty, zmniejszając kontrakty szpitalom zatrudniającym mniej medialnych lekarzy. I tak do następnego roku. Komedia „Kevin sam w domu” na Boże Narodzenie, koprodukcja NFZ-u i Ministerstwa Zdrowia w listopadzie. I jednego, i drugiego mam dosyć.

Z Kevinem sprawa jest prosta, bo wystarczy nie włączać telewizora lub zmienić program. Gorzej z funduszowo-ministerialnym thrillerem, bo emisja idzie w każdym programie, jest omawiana we wszystkich gazetach i mówi się o niej „na mieście”. Może by tak wreszcie zaprzestać produkcji? Rację ma główny reżyser filmu, który stwierdził na łamach wrocławskiego wydania „Gazety Wyborczej”, że nie ma nic prostszego, jak zaprosić dowolną stację telewizyjną, pokazać nieszczęście i powiedzieć: „Dajcie więcej pieniędzy”. Zgoda panie premierze, ale lekarze to nie żuleria spod supermarketu, która pod hasłem „zbieram na operację” wyciąga pieniądze na wódkę. Przy odrobinie dobrej woli, wspartej najzwyklejszą w świecie uczciwością, można by uniknąć tej powtarzającej się w ostatnich miesiącach roku żenady.

Nie ma wątpliwości – system ochrony zdrowia w Polsce jest niedofinansowany. Pieniędzy zawsze będzie na coś za mało. Rzecz w tym, by wreszcie zdefiniować, co w ramach składki finansujemy w stu procentach, co tylko częściowo, a za co trzeba będzie zapłacić z własnej kieszeni lub korzystając ze wsparcia prywatnych fundacji. Wprowadzona w ubiegłym roku ustawa koszykowa sankcjonuje fikcję w postaci bardzo szerokiego dostępu do świadczeń medycznych w ramach obowiązkowej składki. Wobec braku zapału polityków, realny koszyk „wyplata” się sam. Każdego roku przybywa świadczeniodawców i rosną wydatki na leki. Tych wzrostów nie rekompensują wpływy ze składki. W rezultacie NFZ podpisuje coraz więcej zbyt małych kontraktów. Jednocześnie, by w możliwie jak największym stopniu pokryć potrzeby w obszarach najbardziej społecznie wrażliwych, rośnie pula pieniędzy przesuwanych przez urzędników funduszu do puli przeznaczonej na finansowanie tzw. procedur nielimitowanych. Efekt – brakuje prawie na wszystko, choć teoretycznie prawie wszystko jest gwarantowane.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.