Taka pomoc, byle od święta
W tym roku traf chciał, że w Wielkanoc miałam w domu mały lazaret. Stan zdrowia jednego z domowników wymusił wezwanie lekarza na wizytę domową. Jej przebieg wprowadził mnie w delikatną konsternację.
Pani doktor medycyny rodzinnej już po przekroczeniu progu stwierdziła, że pacjent mógł się jednak pofatygować do przychodni. To, że jest osobą po amputacji obu nóg i porusza się na wózku inwalidzkim — w niczym nie przeszkadza, bo (tu pozwolę sobie na cytat) „przecież może dotrzeć do przychodni na protezach”. To, czy fizycznie da radę, osłabiony zapaleniem oskrzeli i z temperaturą 39 stopni, zdawało się kwestią drugorzędną.
Pani doktor w pełnym rynsztunku, tj. bez zdejmowania kurtki i nawet czapki (sic!), przystąpiła do oględzin pacjenta. Cała konsultacja medyczna trwała niespełna 10 minut i zakończona została wypisaniem dwóch recept zawierających kilka pozycji lekowych (wcześniej nie padło nawet pytanie, jakie leki na choroby przewlekłe pacjent już przyjmuje). Przyznam, że na taki ekspresowy przebieg wizyty i porady udzielonej mojemu ojcu nie byliśmy przygotowani.
Wieczorem tego samego dnia, przy okazji składania wielkanocnych życzeń prowadzącej tatę pani doktor kardiolog wspomniałam o chorobie, która opanowała dom. Ta zaniepokojona stanem mojego ojca i jeszcze bardziej zdziwiona lekami mu zaordynowanymi w niespełna godzinę pojawiła się u pacjenta. Ostatecznie całkowicie zmieniła farmakoterapię, a w przypadku pogorszenia stanu zdrowia kazała wzywać karetkę i jechać na SOR.
Po jej wyjściu wpadłam w świąteczną zadumę. Teraz rozumiem i przychylam się do wniosku Jacka Krajewskiego: jeśli tak ma wyglądać świąteczna i nocna pomoc lekarska, to może rzeczywiście powinna być ona poza POZ.
[email protected]
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Marta Markiewicz