Stępić ostry cień góry [FELIETON]

opublikowano: 01-12-2023, 08:00

Kurz bitewny i resztki wyborczych konfetti już dawno opadły, a tymczasem Głowa Państwa zabawiła się z nami w algebraiczny sofizmat stulecia. Czy dwa razy dwa naprawdę jest cztery? A dokładniej, czy 248 to jest to samo co 194. Sofizmaty to zwodnicze „dowody” matematyczne, pozornie poprawne, lecz faktycznie błędne, zawierające wprowadzony błąd logiczny. Ale tym razem autorem tego rebusu jest raczej chórek zachrypniętych sopranistów, któremu z dnia na dzień zdarza się fałszywie zabuczeć na wspomnienie pożegnania z niewdzięczną im publicznością.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Marek Stankiewicz
Marek Stankiewicz
Fot. Archiwum

O zdrowiu publicznym — wciąż bez świetlistej wizji na szczytach przyszłej Koalicji Normalności. „Chcemy, podniesiemy, zniesiemy, wprowadzimy, zapewnimy, zwiększymy, rozszerzymy i dołożymy wszelkich starań” to retoryka i frazeologia rodem z aktualnej umowy koalicyjnej nowych włodarzy RP. To jest język z katalogu pobożnych życzeń. Do realizacji każdego konkretu, prócz zgrabnej narracji, trzeba dołożyć wybitnych ludzi z kompetencjami, ciekawymi pomysłami i innowacyjnością, a nade wszystko uczciwych i konsekwentnych. Bo tego właśnie zabrakło w ostatniej dekadzie. No i pieniędzy, pieniędzy i jeszcze raz pieniędzy. Bo bez nich zdecydowana poprawa jakości i dostępności systemu ochrony zdrowia może okazać się tylko gorzkim wspomnieniem.

Nie oczekiwałem 
ani nowej ewangelii, 
ani precyzyjnej instrukcji obsługi wałka do ciasta. Nie czepiam się ogólników, ale przestrzegam. Bo czy tak wiele potrzeba do rozrzedzenia cienia szczytów gór wyrosłego magiczną ręką zbawców narodu?

Zgadzam się, że najpierw 
z potężnej kolejki porządków po Dobrej Zmianie trzeba przede wszystkim wyprowadzić na czoło polską szkołę, wciąż jeszcze wiernych acz sponiewieranych i systematycznie odzieranych z marzeń nauczycieli oraz bezczelną indoktrynację naszych dzieci i wnuków przez cwaniaków i rozmaitej maści czarodziejów dusz.

Tymczasem tzw. polska służba zdrowia jest niczym Tuwimowska lokomotywa: „ciężka, ogromna i pot z niej spływa, ….zaś w trzecim wagonie (od ponad 30 lat — przyp. MS) siedzą grubasy, siedzą i jedzą tłuste kiełbasy”.

Tyle tylko, że dzisiejsi pacjenci wstrzymują oddech i za zaciśniętymi szczękami skrywają przekleństwa na myśl o terminie kolejnej wizyty u specjalisty za dziesięć miesięcy lub koniecznej operacji jeszcze później. Kto ma jeszcze w pończosze te skromne trzysta złotych, tego specjalista przyjmie nawet jutro w dowolnym miejscu w kraju i uzgodnionym czasie. O dziwo, to ten sam pan doktor, na którego spotkanie trzeba w państwowej przychodni NFZ poczekać niemal rok. Chyba na naszych oczach prawo tu właśnie rozjechało się ze sprawiedliwością, a nieprzyzwoitość i pospolity spryt stały się receptą na sukces, również już w szeregach najmłodszego pokolenia lekarzy.

Doszło do paradoksu, bowiem sama medycyna ma się dziś znacznie lepiej niż jej podopieczni. Poziom kadr medycznych i wyposażenie ich warsztatu pracy już dawno przestały kojarzyć się z dziadostwem rodem z komuny i budzić przerażenie standardów światowych. Polskie szpitale, również te powiatowe, w ostatnim ćwierćwieczu uzbrojono po zęby w aparaturę najnowszych technologii, tony jednorazowego sprzętu, sztuczne nerki dla wymagających… Są tam przeszczepy narządów, liczone w dziesiątki tysięcy, są systemy informatyczne i recepty na hasło, a także nowoczesne karetki, w których ratuje się ludzkie istnienia, a nie tylko, z duszą na ramieniu, ledwo dowozi się do najbliższego szpitala.

Ale to wciąż za mało, bo tej poprawy, osiągniętej dzięki gigantycznym funduszom budżetowym, nie odczuwają ani nie doceniają miliony przewlekle chorych ludzi. Budząc się wczesnym rankiem z lękiem, marzy im się znów archetyp wiejskiej/gminnej służby zdrowia, gdzie ośrodek zdrowia, z osiadłym w nim od 30 lat lekarzem, z powodu swej urzędowej od godziny 18:00 niedostępności, nie doprowadzał mieszkańców do szału, gniewu i zaciśniętych warg lub, co gorsza, pięści.

Gdy schorowany system już całkiem wypłucze się z pozytywnej chemii, pacjent machnie nań ręką i zrobi ze swoim zdrowiem, co uważa. Albo w swej naiwności poszuka jakiegoś szamana, który go wysłucha i po swojemu przebada, ale w końcu oszuka.

Góry lodowe też rzucają cień, ale najgorsza jest ich głębia. Sektor prywatnych usług medycznych od początku transformacji ustrojowej robił swoje. Początkowo krytykowany za pazerność i inne niecne zamiary, spokojnie rozwijał swoje skrzydła i serwował coraz szerszy wachlarz konkurencyjnych wobec NFZ usług, czyli szerokiego menu zabiegów i operacji. Dziś systematycznie rośnie w siłę i cieszy się satysfakcją swoich pacjentów. Szkoda tylko, że kolejne władze publiczne nie są w stanie tego przełknąć i ciągle dużym łukiem omijają tę górę.

Zachodzę w głowę, jak obiecujący kardiolog z Anina, przez chwilę nawet minister zdrowia podczas pandemii, dał się złapać w rabunkową pajęczynę szajki respiratorowej. Krzyczę z tej ostatniej strony „Pulsu Medycyny”, bo nie tylko mnie to boli, ale 304 lekarzy i 257 pielęgniarek już stąd nigdy nie przemówi.

Tymczasem stugębna plotka potwierdza, niestety, moje obawy sprzed miesiąca, że na razie nie doczekamy się ministra zdrowia, który byłby jednocześnie wicepremierem, koordynującym pracę wszystkich ministrów, którzy mają przemożny wpływ na zdrowie publiczne.

Zdaniem starych bywalców na salonach władzy, fotel ministra zdrowia jakoś nie tylko parzy, ale i odziera ambitnych polityków z resztek prestiżu. Choć wyjątkiem była i jest Ewa Kopacz. Co więcej, jak dowodzi historia ostatnich dekad, bywa również dla niektórych napalonych na tę fuchę przysłowiowym politycznym krzesłem elektrycznym.

[email protected]

Źródło: Puls Medycyny

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.