Specjalizacja z intensywnej terapii to dobry pomysł

  • Sławomir Badurek
opublikowano: 01-03-2013, 14:37

Cztery lata temu Towarzystwo Internistów Polskich wystąpiło z inicjatywą stworzenia odrębnej nadspecjalizacji z zakresu intensywnej terapii. Drugiego stycznia bieżącego roku nowa dziedzina znalazła się na ministerialnej liście specjalizacji.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Ledwie pięć dni później Zarząd Główny Polskiego Towarzystwa Anestezjologii i Intensywnej Terapii wystosował do ministra zdrowia wielostronicowy list, zaczynający się od „głębokiego zdziwienia”, a kończący wnioskiem o zmianę treści rozporządzenia „w części dotyczącej powołania nowej odrębnej specjalizacji”. Kto przeczyta pełną treść wspomnianego pisma (jest dostępne na stronach PTAiIT), nie będzie miał wątpliwości, że decyzja Bartosza Arłukowicza była niczym kij włożony w mrowisko. List anestezjologów to bowiem dużo treści, ale jeszcze więcej emocji, sformułowanych w duchu obrony oblężonej twierdzy.

Emanacją tego, o czym anestezjologiczne autorytety donosiły ministrowi, był opublikowany 30 stycznia w „Gazecie Wyborczej” artykuł pod bardzo wymownym tytułem „Nowa specjalizacja dla niechcianych lekarzy”. Owi „niechciani” to według redaktor Judyty Watoły interniści, których jest aż sześć razy więcej niż anestezjologów, „za to pracy mają coraz mniej”. Wniosek: nowa specjalizacja ma być dla internistów ratunkiem przed bezrobociem. Niby wszystko do siebie pasuje, bo rzeczywiście internistów jest prawie 30 tysięcy, NFZ nie jest zainteresowany poradniami internistycznymi, a w podstawowej opiece zdrowotnej rolę głównodowodzących powierzono lekarzom rodzinnym. Jednak to, że specjalizację noszącą dumne miano królowej medycyny zepchnięto na margines, wcale nie znaczy, że decyzje, które do tego doprowadziły, były rozsądne.

Paradoksalnie, mimo trwającej przez lata marginalizacji, specjaliści chorób wewnętrznych wcale nie mają coraz mniej pracy. Źródłem tego paradoksu jest nie tylko znacznie mniejsze niż jeszcze kilkanaście lat temu zainteresowanie lekarzy wchodzących do zawodu robieniem tej najtrudniejszej — z uwagi na zakres i szczegółowość wymaganej wiedzy — specjalizacji, ale także rosnąca liczba chorych, którym wysokospecjalistyczna medycyna pozwoliła dłużej żyć za cenę nowych schorzeń i powikłań, wymagających opieki internisty. Tacy chorzy, leczeni wcześniej przez zabiegowców i onkologów, to chleb powszedni każdego ostrego dyżuru na internie w dowolnym dużym szpitalu. Na oddziałach chorób wewnętrznych przybywa również pacjentów wymagających intensywnego leczenia i monitorowania. Stąd wzięła się powszechna dziś koncepcja organizowania na tych oddziałach „erek”, czyli wydzielonych sal, dysponujących nie tylko monitorami czynności serca i pompami infuzyjnymi, ale też respiratorami. W wielu szpitalach w tego typu unitach pracuje wydzielony personel pielęgniarski, a nadzór lekarski sprawują interniści z doświadczeniem w intensywnej terapii.

Gdyby wspomniane doświadczenia były oparte na mocnych podstawach, zbudowanych w toku szkolenia specjalizacyjnego, standard opieki nad chorymi byłby lepszy. Dlatego uważam, że specjalizacja z intensywnej terapii, dostępna dla wybranych specjalistów z zakresu szerokoprofilowych dziedzin medycyny, to dobry pomysł. Potwierdzają to doświadczenia z innych krajów. Intensywiści, niebędący anestezjologami, pracują m.in. w 16 krajach Unii Europejskiej, w USA, Kanadzie i Australii. Źle się natomiast stało, że program nowej specjalizacji nie był konsultowany z PTAiIT. Bo choć internistom nie można odmówić braku wiedzy w zakresie umiejętności potrzebnych intensywistom, to bezdyskusyjnie najwięcej do powiedzenia mają na ten temat anestezjolodzy, którzy — co najważniejsze — będą szkolić adeptów nowej specjalności.

Last but not least, by poprawić dostępność do intensywnego leczenia, potrzebne są pieniądze. Teoretycznie w naszych szpitalach łóżka na oddziale intensywnej opieki medycznej powinny stanowić przynajmniej dwa procent wszystkich. W praktyce odsetek ten oscyluje wokół jednego procentu, a norma osiągana jest wyłącznie na papierze. Powód jest bardzo prosty: niedoszacowanie procedur intensywnego nadzoru. OIOM-y są obok SOR-ów kulą u nogi każdego dyrektora szpitala. O tym, jak wiele można zmienić na lepsze, łącząc zmiany organizacyjne z poprawą finansowania, przekonuje przykład kardiologii, która w minionym dziesięcioleciu dostroiła się do europejskich standardów.

None
None

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Sławomir Badurek

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.