Prof. Tomasz Grodzki: Sala operacyjna to moja strefa komfortu

opublikowano: 26-02-2020, 16:17

„Polityce staram się służyć z pokorą, której nauczyła mnie praca chirurga” - mówi prof. dr hab. n. med. Tomasz Grodzki, marszałek Senatu RP.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Rok 2019 zapewne był dla pana wyjątkowy. Jak będzie go pan wspominał?

Prof. dr hab. n. med. Tomasz Grodzki
Fot. Archiwum

Z pewnością został zdominowany przez wybory parlamentarne do Senatu, w których udało mi się osiągnąć bardzo dobry wynik, bo pokonałem swoją konkurentkę o prawie 70 tys. głosów. Objęcie funkcji marszałka Senatu oznaczało ogrom ciężkiej pracy i kompletne przewartościowanie dotychczasowego życia. Z dnia na dzień musiałam zawiesić swoją działalność chirurgiczną. Zamierzam jednak do niej za jakiś czas powrócić w formie wolontariatu. Na razie całkowicie pochłania mnie praca w Senacie. Często spędzam tu czas od wczesnego ranka do późnych godzin wieczornych.

Cofnijmy się do zawodowych początków. W 1983 roku ukończył pan studia na Wydziale Lekarskim Pomorskiej Akademii Medycznej w Szczecinie. Wybór ten był dla pana oczywisty czy wchodziły w grę jakieś inne opcje?

Patrząc na mojego ojca, który był chirurgiem, widziałem, z jakimi obciążeniami oraz wyrzeczeniami wiąże się praca w zawodzie lekarza. Zresztą on sam nie zachęcał mnie do studiów medycznych. W liceum wybrałem profil matematyczno-fizyczny z myślą, że zostanę inżynierem, pilotem samolotu czy kapitanem żeglugi wielkiej. W tym czasie mój ojciec, będący ordynatorem oddziału chirurgii ogólnej, miał taki zwyczaj, że codziennie wieczorem jeździł do szpitala na dodatkowy obchód. Często mu towarzyszyłem i z czasem coraz bardziej zaczynało mi się to podobać. Liceum skończyłem z pierwszą lokatą, co dawało mi możliwość wyboru dowolnego kierunku studiów. Po krótkim namyśle zdecydowałem się na medycynę. Później, już jako ordynator oddziału, też co wieczór zjawiałem się w szpitalu na obchodzie.

A co sprawiło, że zaczął się pan specjalizować w chirurgii klatki piersiowej?

O tym zdecydowała… polityka. Studia skończyłem z drugą notą na roku, więc przysługiwał mi wolny wybór miejsca pracy. Okazało się to jednak iluzją, bo byłem zaangażowany po „niewłaściwej stronie” sceny politycznej. Mimo że wybrałem kardiochirurgię, to dostałem tzw. wilczy bilet na całe województwo. Jedyną opcją była praca na samym dole drabiny systemu opieki medycznej - w przychodni dla pracowników budowlanych, gdzie moim głównym zajęciem było opatrywanie drobnych urazów.

Dopiero w kwietniu 1984 roku dostałem możliwość podjęcia pracy na oddziale torakochirurgii w szpitalu na peryferiach Szczecina, gdzie akurat były duże braki kadrowe, a Służba Bezpieczeństwa nie obawiała się mojej „działalności wywrotowej” w placówce tak bardzo oddalonej od centrum miasta. Tak więc przez czysty przypadek zacząłem specjalizować się w chirurgii klatki piersiowej, z której nawet nie mieliśmy ćwiczeń na studiach. Trafiłem jednak na znakomitych fachowców, oddanych swojej pracy. Byłem najmłodszy w zespole, więc nie tylko parzyłem kolegom kawę, ale również praktycznie całe dnie spędzałem na sali operacyjnej, zdobywając cenne doświadczenie. Po latach, gdy mogłem już swobodnie zmienić specjalizację, nie byłem tym zainteresowany. Torakochirurgia wciągnęła mnie całkowicie. Poświęciłem się głównie walce z rakiem płuca.

Jak dziś ocenia pan ten wybór?

Nigdy tego nie żałowałem. Sala operacyjna to do dzisiaj moja strefa komfortu. Poza tym prawdopodobnie moje zaangażowanie sprawiło, że w relatywnie młodym wieku zostałem wybrany na prezydenta Europejskiego Towarzystwa Chirurgów Klatki Piersiowej, później byłem prezesem Polskiego Towarzystwa Kardio-Torakochirurgów, konsultantem krajowym w dziedzinie chirurgii klatki piersiowej, ordynatorem oddziału, dyrektorem szpitala w Szczecinie. Przede wszystkim jednak miałem znakomity zespół, operujący przypadki, których inni nie chcieli się podjąć. Wspólnie rozwijaliśmy program przeszczepiania płuc. Udało mi się rozbudować niegdyś peryferyjny szpital i stworzyć bardzo nowoczesną jednostkę.

Ma pan ogromne doświadczenie w dziedzinie torakochirurgii. Jednocześnie zmiany, jakie zaszły w tym obszarze na przestrzeni ostatnich dekad, są wręcz niewyobrażalne.

To prawda. Gdy zaczynałem swoją przygodę z torakochirurgią, standardem było 30-centymetrowe cięcie na klatce piersiowej. Stopniowo było ono skracane. Teraz, przy tzw. otwartej operacji, cięcie ma nie więcej niż 10-12 cm. Jest to o wiele korzystniejsze dla pacjenta, ale zmniejsza dostęp do narządów klatki piersiowej, więc wymaga większej precyzji i doświadczenia ze strony chirurga. W XXI wieku rozpoczęła się era chirurgii małoinwazyjnej, wykonywanej za pomocą kamer i manipulatorów. Dla starszego pokolenia lekarzy oznaczało to naukę zawodu niemalże od nowa: 4-centymetrowe cięcie, przez które usuwany jest płat czy nawet całe płuco, to coś niepojętego z perspektywy chirurgów, którzy uczyli się operować 20 czy 30 lat wcześniej. Mnie się udało przystosować do nowych realiów, ale przyznam, nie było to łatwe. Widać w tym zmianę pokoleniową. Dla młodych lekarzy niebywałe wydają się zabiegi na otwartej klatce piersiowej.

Zmieniły się również metody leczenia, w tym radio- i chemioterapia nowotworów. Kiedyś dysponowaliśmy zaledwie kilkoma lekami i prostą bombą kobaltową. Teraz urządzenia do radioterapii są bardzo nowoczesne i niezwykle precyzyjne, a leczenie ma charakter personalizowany i wykazuje o wiele większą skuteczność. Coraz częściej jedyną przeszkodą, by wyleczyć chorego, jest brak refundacji pewnych terapii w naszym kraju.

Co sprawiło, że kilka lat temu zaangażował się pan w politykę?

Politykę traktuję jako służbę. Byłem gospodarzem klasy, starostą roku na studiach, później przez prawie trzy kadencje radnym Szczecina, wreszcie senatorem, a od niedawna jestem marszałkiem Senatu, mimo że o żadne z tych stanowisk uparcie nie zabiegałem. Ktoś mi coś proponował, ktoś mnie wybierał. Jednocześnie wyznaję zasadę, że każdy, kto coś osiągnął, zdobył wykształcenie, dobrą pracę, powinien w jakiś sposób odwdzięczyć się swojemu krajowi. Polityce staram się służyć z pokorą, której nauczyła mnie praca chirurga. Zresztą do polityki krajowej zdecydowałem się wejść dopiero wtedy, gdy wykształciłem trzech profesorów, którzy beze mnie są w stanie prowadzić klinikę. Uważam, że na scenie politycznej powinny działać osoby, które zdobyły już pewną pozycję społeczną, mają zaplecze i alternatywny pomysł na życie. Nie należy traktować jej jako trampoliny do kariery.

Był pan kandydatem Koalicji Obywatelskiej na ministra zdrowia po ewentualnej wygranej w wyborach. Jakie zmiany systemowe w ochronie zdrowia wydają się panu najpilniejsze?

Odpowiadałem za program zdrowotny Koalicji Obywatelskiej. Uważam, że jego wdrożenie znacząco poprawiłoby funkcjonowanie systemu opieki zdrowotnej w Polsce. Fundamentem zmian powinno być zwiększenie finansowania, co z kolei pozwoliłoby m.in. na zmianę wyceny procedur, zwłaszcza tych niedoszacowanych. W tym momencie wiele oddziałów, a nawet całych szpitali, nie jest w stanie przez to normalnie funkcjonować. Ważne jest też położenie większego nacisku na szpitalne oddziały ratunkowe (SOR), opiekę ambulatoryjną oraz tzw. medycynę jednodniową, a przy tym ograniczenie łóżek szpitalnych na rzecz większej liczby miejsc w zakładach opiekuńczo-leczniczych (ZOL). Warto też przywrócić odpowiednią rolę medycynie prywatnej oraz zminimalizować biurokrację.

Studenci VI roku wydziałów lekarskich mogliby odpłatnie pełnić rolę asystentów lekarzy, ucząc się medycyny w praktyce i wypełniając jednocześnie braki kadrowe. To samo mogłoby dotyczyć adeptek pielęgniarstwa. Myśleliśmy też o stypendiach fundowanych przez szpitale dla studentów, którzy później mieliby obowiązek odpracowania ich w danej placówce. Wszystkie szpitale - oprócz akademickich i resortowych - można by zgromadzić pod jednym organem założycielskim, ponieważ obecnie brakuje koordynacji, która usprawniłaby system. Warto rozważyć również utworzenie Wojewódzkich Rad Zdrowia, które na szczeblu lokalnym mogłyby decydować o potrzebach danego regionu.

Jest wiele rozwiązań, które systematycznie i racjonalnie wdrażane, mogłyby zmienić oblicze polskiej opieki zdrowotnej. Tymczasem z moich obserwacji wynika, że Ministerstwo Zdrowia skupia się na rozwiązywaniu doraźnych problemów, zamiast na wdrażaniu reform i długoterminowych projektów. Przez to niezadowoleni są zarówno pacjenci, którzy bardzo długo czekają w kolejkach do specjalistów, a jakość opieki często pozostawia wiele do życzenia, jak również lekarze i personel medyczny - ze względu na niskie płace, przepracowanie, wypalenie zawodowe i brak możliwości rozwoju zawodowego. Mam wrażenie, że doszliśmy do ściany i sytuacja musi zostać jak najszybciej zmieniona.

Ma pan bardzo dużo obowiązków zawodowych jako lekarz, polityk, marszałek Senatu. Skąd czerpie pan energię?

Konfucjusz powiedział: „wybierz sobie zawód, który lubisz, a całe życie nie będziesz musiał pracować”. Coś w tym jest. Lubię to, co robię i mam wrażenie, że mnie to nie męczy. Poza tym mam ogromne oparcie w rodzinie - żonie, córkach, wnuczkach. Od dziecka uprawiam też regularnie sport. Lubię grać w tenisa, w ping-ponga, jeździć na nartach. To mnie relaksuje, odpręża i pozwala zachować formę.

Znajduje pan czas na odpoczynek?

Nie ukrywam, że czasu mam teraz bardzo mało, ale raz w tygodniu staram się grać w tenisa, rzadziej udaje mi się skorzystać z siłowni. Mam jeszcze jeden rytuał: do snu zawsze czytam chociaż kilka stron książki.

Kto pana inspiruje, jest pana autorytetem?

Podziwiam bardzo wielu ludzi, a przy tym jestem praktycznie pozbawiony poczucia zazdrości. W medycynie miałem kilku mentorów, począwszy od mojego pierwszego szefa dr. Leszka Frycza, a skończywszy na prof. Zbigniewie Relidze, który zdradzał mi tajniki kardiochirurgii. Poza tym moim autorytetem zawsze był Jan Paweł II. Cieszę się, że teraz jego dzieło kontynuuje papież Franciszek. W świecie polityki szanowałem zawsze prezydenta Ronalda Reagana, który miał bardzo skrystalizowane poglądy. Bardzo cenię Olgę Tokarczuk, która nie tylko pisze arcyciekawe książki, ale jest również fascynującą osobowością, o czym miałem przyjemność przekonać się osobiście.

Co najbardziej ceni pan w ludziach, a czego w nich nie lubi?

Cenię szczerość, przyzwoitość, uczciwość oraz zdolność do obrony swojego zdania. Szanuję ludzi z pewną ideą, którzy chcą coś zmienić. Nie mam nic przeciwko konstruktywnej krytyce. Wręcz odwrotnie, uważam, że otaczanie się dworem pochlebców, to droga do zguby. Nie lubię fałszu. Unikam ludzi, którzy nie mają poczucia humoru, nie umieją się śmiać z samych siebie, są pozbawieni autoironii oraz dystansu. Ogólnie jestem jednak nastawiony pozytywnie, wierzę w dobrą naturę człowieka, czasami może trochę naiwnie.

Gdyby miał pan opisać się kilkoma słowami, to jak by one brzmiały?

Nie lubię mówić o sobie, ale mógłbym powiedzieć, że jestem pracowity i wyniosłem z domu solidne wychowanie, którego fundamentem jest uczciwość.

A jest coś, czego pan w sobie nie lubi i stara się z tym walczyć?

Za młodu walczyłem ze swoją nieśmiałością. Czasem zakładałem pewne maski, które skrywały moją osobowość. Teraz nie mam już tego problemu. Zdarza się natomiast, że stawiam sobie cele, które są trudne, a nawet niemożliwe do osiągnięcia, przez co czasem przegrywam.

Jakie ma pan marzenia związane z 2020 rokiem?

Przede wszystkim marzę o tym, aby kandydat demokratycznej większości, czyli Małgorzata Kidawa-Błońska, wygrała wybory prezydenckie, co z pewnością zmieni oblicze naszego kraju. Liczę, że wystarczy mi sił i determinacji, aby dobrze prowadzić Senat, by należycie odgrywał swoją konstytucyjną rolę w polskim życiu politycznym. Poza tym bardzo zależy mi, by w ramach wolontariatu przynajmniej raz w tygodniu móc powrócić do zawodu chirurga i znów poczuć atmosferę sali operacyjnej. A w życiu osobistym najważniejsze jest dla mnie, aby moja rodzina cieszyła się dobrym zdrowiem. Czekam też na narodziny kolejnego wnuka lub wnuczki.

Prof. dr hab. n. med. Tomasz Grodzki jest specjalistą w dziedzinie chirurgii ogólnej, chirurgii klatki piersiowej oraz transplantologii klinicznej, politykiem, senatorem RP z ramienia Koalicji Obywatelskiej. 12 listopada 2019 r. został wybrany na stanowisko marszałka Senatu X kadencji.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Katarzyna Matusewicz

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.