Patologii nie można wiązać z nadmiarem wolnego rynku
Na początku maja przez media przetoczyła się kolejna dyskusja na temat błędów lekarskich. Stało się tak za sprawą Anny Kęsickiej, matki 3,5-letniego Jasia, który w styczniu 2008 roku zmarł prawdopodobnie z powodu powikłań sepsy. Matka zarzuca lekarzom, że potraktowali jej syna jak paczkę, przekazując ze szpitala do szpitala, co było przyczyną zbyt późnego rozpoczęcia leczenia i w konsekwencji śmierci dziecka. Jak podawano, w sprawie została wydana „druzgocąca dla lekarzy” opinia biegłych. Mimo upływu kilku lat od zawiadomienia prokuratury i izby lekarskiej, postępowania są w toku. I to właśnie długotrwała bezkarność odpowiedzialnych za śmierć Jasia zdecydowała, że Anna Kęsicka po raz wtóry postanowiła opowiedzieć publicznie o dramacie syna. Zaczęło się od obszernego, dwuczęściowego wywiadu w „Gazecie Wyborczej”. Kilka dni później „Newsweek” poświęcił tematowi cover story, a jego naczelny Tomasz Lis — swój cotygodniowy program w telewizyjnej Jedynce.
O tym, co się stało, wiem tyle, ile dziennikarzom przekazała mama Jasia. Dużo, ale zdecydowanie za mało, by wydać swój własny wyrok. Zresztą wyroków w tej sprawie słyszeliśmy już wiele. Dodajmy: skazujących. Zdecydowanie za mało było natomiast prób odpowiedzi na dwa podstawowe pytania: co zrobić, by błędów lekarskich było możliwie najmniej, i jak usprawnić dochodzenie sprawiedliwości, jeśli błąd się wydarzy. W zamian po raz enty w tego typu sytuacjach byliśmy świadkami wylewania nie tyle żalów, co pomyj na środowisko lekarskie. Wystarczy zajrzeć na dowolne forum internetowe, gdzie historię Jasia komentowano. Oficjalny przekaz, czyli ten firmowany konkretnym imieniem i nazwiskiem, był niewiele lepszy. No bo wiadomo — lekarzy tak naprawdę oceniają inni lekarze, którzy w imię źle pojętej solidarności zawodowej gotowi są za wszelką cenę bronić kolegów po fachu. Dokładnie z tego samego powodu nie ma co wnosić skargi do izby lekarskiej, bo tam przecież lekarz jest nie tylko biegłym, ale i sędzią. Jeśli zaś sprawa znajdzie się na wokandzie sądu powszechnego, to należy liczyć się z wieloletnią drogą przez mękę, bo lekarze będą opóźniać postępowanie, korzystając z możliwości zawodowych oraz układów z palestrą i sędziami.
Podsumowaniem przekazu, który na kanwie śmierci Jasia poszedł w Polskę, były słowa jego matki, by lekarzom nie ufać i patrzeć im na ręce. Wypowiedziane w programie Tomasza Lisa wezwanie nie zostało skomentowane. A szkoda, bo tak jak w przypadku niewybrednych internetowych komentarzy i te słowa to nic innego jak tylko emanacja ogromnych emocji. Można nie mieć zaufania do pani z warzywnego, która próbuje nam sprzedać zgniłe jabłka. Odrobina konsumenckiej czujności uchroni przed chybionym zakupem. Ale jak za pomocą zasłyszanych, tudzież zasuflowanych przez doktora Google’a opinii oceniać owoce pracy lekarza? Abstrahując od banalnych przypadków, które nawiasem mówiąc bardzo rzadko prowadzą do poważnych, niepożądanych następstw, jest to niewykonalne, a wywieranie presji bywa skuteczne jedynie doraźnie. Tymczasem coraz więcej pacjentów i ich bliskich wybiera rekomendowane przez Annę Kęsicką nieufność i patrzenie na ręce. Filmuje, nagrywa, robi zdjęcia, kseruje dokumentację... Część z tych działań odbywa się z ukrycia i wychodzi na jaw dopiero po czasie — w prokuraturze, sądzie albo w mediach. Lekarze mają świadomość tej kontroli. Rezultat to medycyna asekuracyjna. Ordynowane na wyrost leki (najlepszym przykładem są antybiotyki), nieuzasadnione badania diagnostyczne i unikanie tzw. trudnych przypadków.
Choć pan minister i tym razem miał do powiedzenia jedynie kilka banałów, na czele z „przeświadczeniem, że aby komuś podać szklankę wody, nie trzeba zmieniać całego systemu”, ramy funkcjonowania ochrony zdrowia mają fatalny wpływ na jakość rodzimej medycyny. Ale nie jest tak, jak powiedział w „Gazecie Wyborczej” Marek Balicki, tłumacząc patologie nadmiarem wolnego rynku. Bo jakiż to wolny rynek, skoro to NFZ z góry decyduje, ile kosztuje leczenie i ilu pacjentów można nim objąć? Były dwukrotny minister zdrowia, a obecnie dyrektor Szpitala Wolskiego, pomylił wolny rynek z posuniętą do granic absurdu ekonomizacją, będącą wynikiem rażącej dysproporcji między ilością publicznych pieniędzy przekazywanych do systemu a zakresem świadczeń zdrowotnych formalnie zagwarantowanych przez państwo. Da się tę nierównowagę zlikwidować, zarówno wprowadzając mechanizmy rynkowe, jak i poprawiając finansowanie ze środków publicznych. Przykładem pierwszego rozwiązania jest stomatologia. Od czasu do czasu ktoś ponarzeka na ceny usług dentystycznych, ale nie słychać, by stomatolog kogoś nie przyjął lub został nazwany zdemoralizowanym konowałem. Podobnie nie do pomyślenia jest, by chory z zawałem był wożony od szpitala do szpitala w poszukiwaniu miejsca na kardiologii inwazyjnej. Warto podkreślić, że i stomatologia, i kardiologia chwalą sie wysokim, europejskim poziomem i nie są to przechwałki na wyrost.
Jak widać, można, tylko że tu nie wystarczy „podanie szklanki wody”. Podobnie jak bez po pierwsze dobrej woli, a po drugie aktywnego udziału państwa nie da się poprawić działania wymiaru sprawiedliwości. Bo wcale nie jest tak, że ślimaczą się tylko sprawy dotyczące błędów lekarskich, a lekarze są traktowani przez prokuraturę i sądy jak święte krowy.

Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Sławomir Badurek