To być może unikatowa szansa na uzyskanie odporności dla wszystkich osób, które odmawiają szczepienia lub noszenia masek. Ale za to imperium kłamstwa, chore ego, spadające bomby i rakiety, okraszone zjełczałym sosem propagandowym, wkręciły nas w korkociąg zdarzeń nieprzewidywalnych. Szefowa Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen oznajmiła światu, że rozpoczyna się właśnie nowa era. Bieżące spory, truizmy i stare śpiewki stały się nagle czczym banałem.
Pandemia odsłania kolejne zakamarki bezbronnej opieki zdrowotnej, skrzętnie ukrywane przez dekady. Teraz jeszcze wojna na Wschodzie i setki tysięcy uciekinierów pokaże, jacy naprawdę jesteśmy mocni i miłosierni. Dotychczasowe życie tysięcy ukraińskich rodzin rozsypało się z dnia na dzień. Wiele z nich — szczególnie kobiety z dziećmi — szuka bezpiecznego schronienia w Polsce. Oni mogą nas potrzebować i za tydzień, i za miesiąc, i za rok.
Zdaniem ministra zdrowia, w tej chwili priorytetem staje się „odmrażanie” ochrony zdrowia, zwiększanie jej dostępności oraz redukcja długu zdrowotnego. Przewrotną frazeologią nie da się z dnia na dzień przypudrować rzeczywistości. Krótko mówiąc, w każdym roku przedwyborczym jeszcze nie raz usłyszymy o jakimś gigantycznym pośpiechu w naprawianiu zdrowia publicznego. Wiosna za pasem, a kolejki po nadzieję na zdrowie dla tych, którzy nie są w stanie potrząsnąć trzosem, nie tylko się nie skracają, ale wielu starszym ludziom niosą prawdziwą zgryzotę i utrapienie. Ba, ci sami reformatorzy, co kolejki skracają, w innych miejscach je wydłużają.
Emerytów i rencistów od niedawna nazywa się pieszczotliwie seniorami. Zmiana narracji nie jest przypadkowa. Kokietowanie i umizgiwanie się przed wyborami do kompletnie skołowanych seniorów staje się nową specjalnością naszych rodzimych formacji politycznych i ich sezonowych gwiazd. Światowa medycyna przedłużyła ludziom życie, lecz niestety, zapomniała o jego jakości. Ból, osłabiony wzrok i słuch, fatalny stan uzębienia, zaburzenia pamięci, depresja, niebezpieczne urojenia, przewlekłe choroby nerek — przez nie starość staje się koszmarem.
Starzy ludzie miesiącami zajmują szpitalne łóżko, czekając na przeniesienie do domu opieki, bo rodzina nie chce ich u siebie. Bliscy tłumaczą się brakiem czasu, pieniędzy i możliwości zajęcia się chorym, bo np. pochłania ich opieka nad psem lub mają... za duży dom, w którym rodzice czuliby się zagubieni. Czasami nie ukrywają faktu, że pobyt w szpitalu to oszczędność na jedzeniu, lekach czy pieluchach... A nierzadko choremu wystarczy sama, nawet milcząca nasza obecność.
Jak na te sygnały z życia wzięte powinno zareagować państwo, aby zapewnić osobom starszym godne życie, właściwą pomoc socjalną i opiekę zdrowotną? Czy to wszystko załatwi magiczna obietnica o jakimś kolejnym wypasionym centrum za grube miliardy?
Polskie szpitale wciąż rażą niedostępnością, nie tylko z powodu gigantycznych kolejek do operacji i badań specjalistycznych. Szpitale przyjazne dzieciom i starcom to tematy dobre do wyciskania łez w telewizyjnych serialach. Proza życia jest bardziej brutalna. Już przy szlabanie, strzegącym dostępu do szpitala, dyrekcja chciwie wyciąga rękę do pacjenta po opłatę parkingową w wysokości czterokrotnie większej niż pobierana w ogrzewanym, dwupoziomowym garażu pobliskiego hipermarketu. Obszerny, emanujący kiedyś spokojem hall dla pacjentów w przychodni specjalistycznej lubelskiego szpitala wojewódzkiego zamieniono na gwarny bazar, na którym zirytowany szpitalnym menu pacjent może sobie nie tylko dokupić drożdżówkę, ale także damską galanterię, a nawet biżuterię. Rejestratorki medyczne manierami przypominają często kierowniczki sklepów mięsnych z epoki komuny.
Długoterminowa opieka boryka się przede wszystkim z dramatem kadrowym. Aby ją jako tako odmienić, potrzeba więcej kompetencji opiekunów oraz wzrostu wynagrodzeń i prestiżu. Liczba pracowników opieki długoterminowej jest zróżnicowana w poszczególnych krajach OECD. W przeliczeniu na 100 osób w wieku 65+ ich udział waha się od 0,8 w Portugalii do 12,7 w Norwegii. Zależy to od poziomu rozwoju ekonomicznego państw, ale także od sposobu organizacji i finansowania opieki długoterminowej. W Polsce takich statystyk — na wszelki wypadek — się nie prowadzi.
Geriatria w Polsce po roku 1990 jest w dramatycznym regresie. Polski senior ma demencję, depresję i nie ma na leki. Ma lekarza rodzinnego, który zamiast wysłać go do geriatry, bo tych w Polsce brak, kieruje do kolejnych specjalistów. Jeszcze do niedawna mieliśmy w Polsce 174 geriatrów, przy czym tylko 120 było czynnych zawodowo, a jedynie 70 pracowało zgodnie ze specjalizacją. Statystycznie jeden na sześć powiatów.
Kto więc ma to teraz ogarnąć w Polsce gminnej i powiatowej, gdzie żyją tacy sami ludzie jak w stolicy? Geriatra musi być świetnym internistą, biegłym w kardiologii, nefrologii czy gastroenterologii, farmakologii klinicznej, dobrym neurologiem i niezłym psychologiem oraz wiedzieć więcej niż cokolwiek o psychiatrii i rehabilitacji medycznej. Nadanie tytułu specjalisty nie może być decyzją spod dużego palca.
Warto więc choćby na chwilę wyzbyć się przekonania, iż otaczający świat to teren zaciętej walki i dostrzec, że istnieje też racjonalna mądrość i przyzwoitość.
ZOBACZ TAKŻE: Hipokrates też by miał dosyć