OD REDAKTORA: Pacjent jest w centrum uwagi. Tak zgodnie deklarują lekarze, ministrowie, politycy — zwłaszcza zabiegający o głosy wyborców — a nawet komisarze europejscy (µ 18-19). Pacjent nadaje sens wszystkim medycznym działaniom. Medycyna istnieje tylko po to, żeby leczyć... No właśnie, czy aby na pewno po to? Czy jej celem nie powinno być raczej WYleczenie chorego, tak aby przestał być pacjentem?
Ten artykuł czytasz w
ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Płacenie według zasady „fee for service”, czyli za wykonaną procedurę medyczną, a nie za jej efekty, działa magicznie. Jeśli tylko wycena hospitalizacji jest wysoka, pacjentów kładzie się do łóżek, przykrywa kocykami i... leczy powolutku, przeprowadzając kolejne, dobrze wycenione procedury. Punkty lecą. Pacjent jest zadowolony, bo taka opieka pokrywa się z jego oczekiwaniami — czuje się leczony. Podobnie działają kolejne wizyty u specjalistów, poprzedzone obowiązkowo wizytami w poz, aby otrzymać skierowanie. Pacjent staje w centrum uwagi kolejnych medyków. Czuje się ważny.
Tylko że lekarz w czasie wizyty nie ma czasu spojrzeć mu w oczy, wypełniając sprawozdania dla wszechwładnego Funduszu. Nie ma czasu na empatię, na wykorzystanie twórczej siły emocji (µ 28-29). Uprzejmie proszę NFZ o sprostowanie, ale wydaje mi się, że w licznych kwitach, które wypełniają lekarze rozliczający kontrakty, nie ma rubryki: ilu pacjentów wróciło do zdrowia. Ze sprawozdań wynika li tylko, że pacjent został przyjęty i zaopatrzony. Dla biurokratów jest pacjent, jest świadczenie, są pieniądze, więc wszystko się zgadza. Tymczasem nie zgadza się nic. Pierwszy z brzegu przykład: nasza wspaniała, na europejskim poziomie kardiochirurgia działa skutecznie, tylko że uratowani zawałowcy umierają po roku z powodu braku rehabilitacji.
Wśród krajów europejskich to nasi lekarze rodzinni przyjmują pacjentów najwięcej godzin w tygodniu. Konsultują już 45 pacjentów dziennie. Mimo to kolejki są coraz dłuższe, bo medycy tracą czas na obowiązki biurokratyczne. A przecież nasze społeczeństwo się starzeje i chorych będzie tylko przybywać, jeśli o nich nie zadbamy wcześniej (µ 12, 14). Gdyby rzeczywiście pacjent był w centrum uwagi, to liczba sprawozdań i obowiązków formalnych lekarzy powinna maleć, aby mogli wreszcie wstać zza biurka i temu pacjentowi dobrze się przyjrzeć.
Nie mamy rejestrów, więc jedyną metodą oceny skuteczności polskiej medycyny są raporty na temat zgonów. Tak długo, jak będziemy płacić za świadczenia, a nie za ich efekty, nie będzie dobrze w ochronie zdrowia. I żadne ustawy tego nie zmienią. Potrzebujemy rehumanizacji medycyny. Niech znowu człowiek stanie się ważniejszy od procedur i paragrafów.
OD REDAKTORA: Pacjent jest w centrum uwagi. Tak zgodnie deklarują lekarze, ministrowie, politycy — zwłaszcza zabiegający o głosy wyborców — a nawet komisarze europejscy (µ 18-19). Pacjent nadaje sens wszystkim medycznym działaniom. Medycyna istnieje tylko po to, żeby leczyć... No właśnie, czy aby na pewno po to? Czy jej celem nie powinno być raczej WYleczenie chorego, tak aby przestał być pacjentem?
Płacenie według zasady „fee for service”, czyli za wykonaną procedurę medyczną, a nie za jej efekty, działa magicznie. Jeśli tylko wycena hospitalizacji jest wysoka, pacjentów kładzie się do łóżek, przykrywa kocykami i... leczy powolutku, przeprowadzając kolejne, dobrze wycenione procedury. Punkty lecą. Pacjent jest zadowolony, bo taka opieka pokrywa się z jego oczekiwaniami — czuje się leczony. Podobnie działają kolejne wizyty u specjalistów, poprzedzone obowiązkowo wizytami w poz, aby otrzymać skierowanie. Pacjent staje w centrum uwagi kolejnych medyków. Czuje się ważny. Tylko że lekarz w czasie wizyty nie ma czasu spojrzeć mu w oczy, wypełniając sprawozdania dla wszechwładnego Funduszu. Nie ma czasu na empatię, na wykorzystanie twórczej siły emocji (µ 28-29). Uprzejmie proszę NFZ o sprostowanie, ale wydaje mi się, że w licznych kwitach, które wypełniają lekarze rozliczający kontrakty, nie ma rubryki: ilu pacjentów wróciło do zdrowia. Ze sprawozdań wynika li tylko, że pacjent został przyjęty i zaopatrzony. Dla biurokratów jest pacjent, jest świadczenie, są pieniądze, więc wszystko się zgadza. Tymczasem nie zgadza się nic. Pierwszy z brzegu przykład: nasza wspaniała, na europejskim poziomie kardiochirurgia działa skutecznie, tylko że uratowani zawałowcy umierają po roku z powodu braku rehabilitacji. Wśród krajów europejskich to nasi lekarze rodzinni przyjmują pacjentów najwięcej godzin w tygodniu. Konsultują już 45 pacjentów dziennie. Mimo to kolejki są coraz dłuższe, bo medycy tracą czas na obowiązki biurokratyczne. A przecież nasze społeczeństwo się starzeje i chorych będzie tylko przybywać, jeśli o nich nie zadbamy wcześniej (µ 12, 14). Gdyby rzeczywiście pacjent był w centrum uwagi, to liczba sprawozdań i obowiązków formalnych lekarzy powinna maleć, aby mogli wreszcie wstać zza biurka i temu pacjentowi dobrze się przyjrzeć.Nie mamy rejestrów, więc jedyną metodą oceny skuteczności polskiej medycyny są raporty na temat zgonów. Tak długo, jak będziemy płacić za świadczenia, a nie za ich efekty, nie będzie dobrze w ochronie zdrowia. I żadne ustawy tego nie zmienią. Potrzebujemy rehumanizacji medycyny. Niech znowu człowiek stanie się ważniejszy od procedur i paragrafów.