Ostrzej, ale bez skalpela Marek Stankiewicz. Prokreacja do remontu
Ostrzej, ale bez skalpela Marek Stankiewicz. Prokreacja do remontu
Lawina wyborczych obietnic ostatecznie oparła się o pałacowe mury przy ul. Miodowej, w których mieści się Ministerstwo Zdrowia. Pałac był już kiedyś własnością rodziny Radziwiłłów. Dziś głównym lokatorem jest tam minister zdrowia Konstanty Radziwiłł.
Wszelkie zgadywanki i towarzyskie ploteczki, co będzie dominować w pierwszych decyzjach nowych władz resortu zdrowia, wzięły w łeb. Okazuje się, że pod rozpalony do białości walec Prawa i Sprawiedliwości trafił jeden z najbardziej gorących i spektakularnych sporów ideologicznych ostatnich lat. Nic dziwnego! Polityka łaknie, domaga się i prowokuje awantury, bo tylko zamieszanie pozwala władzy mamić publiczność i ukryć swe niedostatki.

O zapłodnieniu pozaustrojowym wszyscy w naszym kraju wiedzą wszystko. A niektórzy nawet więcej. Najgłośniej krzyczą krytycy, często wielodzietni obrońcy godności życia. Nie mniej głusi na wszelkie argumenty bywają zwolennicy. Pragnienie posiadania dziecka jest dla nich tak ważne, że nie liczą się żadne inne względy. Znam osobiście bezpłodną parę młodych lekarzy dentystów z południowej Polski, którzy cieszą się dziś już rocznym synkiem, córeczka jest właśnie w drodze, a marzą o implantacji kolejnych dwóch zarodków, bezpiecznie czekających w zamrażarce.
Ale minister Konstanty Radziwiłł nie ma wątpliwości. Już po kilku dniach urzędowania zapowiedział, że program dotyczący refundacji procedury in vitro będzie kontynuowany tylko do połowy przyszłego roku. W tysiącach bezdzietnych rodzin powiało chłodem. Szkoda, że jako ojciec pokaźnej gromadki pięknych dzieci i wnuków obojga płci minister zdrowia nie zdobył się na empatię dla małżeństw i par, które tego szczęścia może nigdy nie zaznają. Choć jak solennie wszystkich zapewnia, swój obywatelski i zawodowy epizod na Miodowej traktuje jak służbę. Na razie wspomina tylko o służbie zdrowia.
Procedura in vitro to nie jedyna, jak dotąd legalna metoda leczenia niepłodności. Ale czy nadmiernie kosztowna? Od lipca 2013 r. w efekcie refundowanej procedury in vitro urodziło się dotychczas ponad 3,6 tys. dzieci, ponad 17 tys. par jest w trakcie leczenia. Rocznie przeznacza się na ten cel niewiele ponad 90 milionów złotych. Mówiąc wprost, to jest dwadzieścia razy mniej pieniędzy, które rząd za chwilę zamierza rozdać tym rodzinom, które dzieci już mają. Tymczasem minister Radziwiłł uparcie trzyma się wersji, że nie stać nas na finansowanie tej procedury ze środków publicznych.
Trudno dziś mówić o monopolu na mądrość w przypadku in vitro. Rzeczywiście, zastanawia fakt, że wiele zabiegów kończy się niepowodzeniem, a kliniki nie dają gwarancji na dobry wynik leczenia. Dla wielu par to po prostu wyrzucanie pieniędzy w błoto i frustracja, która dzień po dniu oddala ich od siebie. Może więc adopcja dziecka? Jednak drobiazgowe procedury adopcyjne przyprawiają przyszłych rodziców o lęk, niepewność i poczucie niższości. Małżeństwo, które chce adoptować dziecko, boi się, że będzie zmuszone udowadniać swoje możliwości do sprawowania opieki nad dzieckiem. Zaliczanie kolejnych testów weryfikujących zdolność na bycie rodzicem stanowi nie lada frustrację — jest jednak konieczne.
Oceniać i mądrzyć się jest jednak bardzo łatwo, jeśli tylko nie tkwi się w centrum wydarzeń i w danej sytuacji. Postawienie się na miejscu bezpłodnej pary zmienia całkowicie perspektywę patrzenia na problem. Ale czy rozumieją to włodarze sumień z Miodowej? Co chcą odchodzącym od zmysłów bezdzietnym parom zaproponować w zamian?
Eliksirem na bezpłodność, zamiast in vitro, ma stać się trzykrotnie tańsza naprotechnologia. Minister zdrowia sugeruje, że obie metody mogą być ze sobą porównywane. W rzeczywistości nic bardziej mylnego.
Naprotechnologia jest holistyczną metodą przywracania płodności małżeńskiej, obejmującą zarówno obserwację cyklu, diagnostykę pary, jak i niektóre formy leczenia inwazyjnego oraz nieinwazyjnego. Jest bez wątpienia skuteczna i pomocna w leczeniu wielu rodzajów niepłodności kobiecej oraz tych przypadków niepłodności dwuczynnikowej, w których czynnik kobiecy odgrywa istotniejszą rolę. Ale z kolei jest bezradna wobec ok. 60 proc. pozostałych przypadków niepłodności. Krótko mówiąc, mechaniczna niepłodność kobieca (brak macicy, jajników, jajowodów, pochwy), nieodwracalne zmiany w błonie śluzowej wyściełającej macicę, ciężkie uszkodzenia jajowodów i defekty anatomiczne po stronie kobiety oraz mężczyzny ostatecznie demaskują rzekomą cudowność tej metody.
In vitro, zwane często zabiegiem ostatniej szansy, proponuje się parom, którym współczesna medycyna nie oferuje innej możliwości poczęcia dziecka oraz parom, wobec których zastosowane leczenie okazało się nieskuteczne.
Naprotechnologia nie może być więc traktowana w kategoriach alternatywy. Przedstawianie jej jako uniwersalnej metody leczenia niepłodności jest w istocie wprowadzaniem w błąd 60 proc. par, którym ta metoda nie będzie w stanie pomóc, za to pochłonie ich czas. Znając zaś wpływ wieku kobiety na wskaźniki płodności, można to ujmować w kategoriach „kradzieży” czasu rozrodczego kobiety. Zdaniem prof. Mariana Szamatowicza, naprotechnologia obdarza dziś polskie kobiety wyłącznie złudzeniami.
Polska to wolny kraj, dopóki więc naprotechnologia nikomu nie szkodzi, kobietom wolno na własny koszt i ryzyko szukać magicznych metod zapłodnienia, a lekarzom je oferować. Co nie oznacza, że takie niesprawdzone, wątpliwe metody powinny być kiedykolwiek finansowane z kieszeni podatnika.
Mam cichą, choć płonną nadzieję, że minister Radziwiłł już na początku swej misji rozumie, iż manipulacja ma krótkie nogi: wywołuje niezdrową atmosferę wokół zabiegu in vitro, który dla wielu par jest jedyną szansą poczęcia upragnionego dziecka; działa na szkodę samej naprotechnologii, przypisując jej moce sprawcze, których nie posiada.
Lawina wyborczych obietnic ostatecznie oparła się o pałacowe mury przy ul. Miodowej, w których mieści się Ministerstwo Zdrowia. Pałac był już kiedyś własnością rodziny Radziwiłłów. Dziś głównym lokatorem jest tam minister zdrowia Konstanty Radziwiłł.
Wszelkie zgadywanki i towarzyskie ploteczki, co będzie dominować w pierwszych decyzjach nowych władz resortu zdrowia, wzięły w łeb. Okazuje się, że pod rozpalony do białości walec Prawa i Sprawiedliwości trafił jeden z najbardziej gorących i spektakularnych sporów ideologicznych ostatnich lat. Nic dziwnego! Polityka łaknie, domaga się i prowokuje awantury, bo tylko zamieszanie pozwala władzy mamić publiczność i ukryć swe niedostatki.
Dostęp do tego i wielu innych artykułów otrzymasz posiadając subskrypcję Pulsu Medycyny
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach
- Papierowe wydanie „Pulsu Medycyny” (co dwa tygodnie) i dodatku „Pulsu Farmacji” (raz w miesiącu)
- E-wydanie „Pulsu Medycyny” i „Pulsu Farmacji”
- Nieograniczony dostęp do kilku tysięcy archiwalnych artykułów
- Powiadomienia i newslettery o najważniejszych informacjach