Onkologia i pieniądze
"Opracowany przez specjalistów program zwalczania nowotworów obejmuje wszystko, na co nas teraz - z finansowego punktu widzenia - stać. To program minimum, więc nieporozumienim jest żądanie uwzględnienia wszystkich postulatów" - mówi dr Janusz Meder, prezes Polskiej Unii Onkologii, w rozmiwe z Anną Gwozdowską.
- Raport WHO wyraźnie mówi o podwyższeniu skuteczności leczenia nowotworów w Kanadzie i Stanach Zjednoczonych, gdzie niezależnie od stopnia zaawansowania nowotworu, można wyleczyć ponad 60 proc. chorych. Dane dotyczące krajów Europy Zachodniej informują o zbliżaniu się do granicy 50 proc. wyleczeń. Natomiast alarmującym sygnałem z tego raportu jest bardzo zła sytuacja w krajach Europy rodkowo-Wschodniej, szczególnie to, że Polska znajduje się na 22, czyli niemal ostatnim miejscu pod względem skuteczności naszej onkologii.
- Dlaczego akurat w USA wyniki leczenia nowotworów są lepsze? Czy to kwestia bardziej efektywnego systemu ochrony zdrowia, który tam funkcjonuje?
- Tłumaczenie różnic w skuteczności leczenia samymi niedociągnięciami w organizacji służby zdrowia byłoby zbytnim uproszczeniem. W grę wchodzi wiele elementów. W krajach, w których wyniki leczenia są najlepsze, ważny jest sam system finansowania onkologii, oparty na narodowych programach. W tych krajach priorytetem w polityce zarządzania służbą zdrowia jest właśnie onkologia. Nic w tym dziwnego, ponieważ, jak wynika z raportu WHO, nowotwory staną się głównym zabójcą ludzi w XXI wieku. Na przykładzie USA widać, że nowotwory już wysuwają się na pierwsze miejsce w statystykach umieralności. Podobnie będzie w krajach Europy. Szacuje się, że w 2007-2008 roku nowotwory będą główną przyczyną zgonów na całym świecie.
- Jednak to w USA walkę z rakiem się wygrywa. Czy można przenieść te wzory do Polski?
- Stany Zjednoczone są krajem wyjątkowym, ponieważ za czasów prezydenta Nixona Kongres wyraził zgodę na przeznaczenie horrendalnych sum pieniędzy na onkologię. Istnieje tam Narodowy Instytut Raka, który jest ścisle powiązany z centrami onkologicznymi na terenie wszystkich stanów, gdzie w bardzo planowy i konkretny sposób przekazuje się nieporównywalne z nakładami w innych krajach kwoty na leczenie i badania naukowe. Co roku trzeba się z tych pieniędzy rozliczać. Ośrodek, który nie spełnia kryteriów jakościowych i nie rozliczy się z otrzymanych pieniędzy, w następnym roku ich nie dostanie. To ważna zasada, która racjonalizuje wydatki w onkologii. Choć z drugiej strony, co może dziwić, dostęp do optymalnego leczenia onkologicznego w Stanach Zjednoczonych ma około 40 proc. chorych. Myślę, że ten odsetek jest niewiele mniejszy w Polsce.
- Na czym polega więc tak ogromna różnica w skuteczności leczenia?
- Problem leży w oświacie zdrowotnej społeczeństwa. W Stanach Zjednoczonych rak nie kojarzy się ludziom z wyrokiem śmierci, ale z jedną z chorób, którą można wyleczyć. Oczywiście rak budzi wielkie zaniepokojenie, ale ludzie wiedzą prawie od przedszkola, jakie sygnały wysyła nasz organizm i kiedy wymagają konsultacji onkologa. W ten sposób da się wykluczyć ewentualną wczesną fazę choroby nowotworowej. W Polsce w tej fazie choroby zgłasza się 20 proc. pacjentów, a w innych krajach 80 proc.
- Dlaczego w Polsce pacjenci zgłaszają się zbyt późno?
- Kieruje nimi strach przed rakiem. Idą do bioenergoterapeuty albo stosują inną niekonwencjonalną metodę leczenia. Zdarza się, że lekarz diagnozuje wszystko, tylko nie nowotwór. Wtedy opóźnienie w leczeniu wynika z niedokształcenia lekarzy rodzinnych, poz, a także lekarzy innych specjalności. Poza tym olbrzymie znaczenie w skutecznym leczeniu nowotworu ma dostęp do badań profilaktycznych. Badania przesiewowe (skryning) są w USA i Europie Zachodniej nieporównanie lepiej zorganizowane niż w Polsce. W naszym kraju nadal nie istnieje prawidłowy, populacyjny i czynny skryning. Myślę przede wszystkim o cytologii, która jest przecież bardzo tanim badaniem, umożliwiającym wczesne wykrycie raka szyjki macicy. Największą hańbą polskiej onkologii jest to, że w Polsce co roku umiera blisko 2 tys. kobiet z powodu raka szyjki macicy, podczas gdy w krajach skandynawskich - zaledwie kilkanaście kobiet.
- Czy przyjęty przez Radę Ministrów Narodowy Program Zwalczania Chorób Nowotworowych wzoruje się na innych systemach?
- Nie musimy czerpać wzorców z krajów, które notują doskonałe wyniki leczenia. Wystarczy realizować to, co zakładano kiedyś w polskiej onkologii. Po wojnie zorganizowano w Polsce, o czym się zapomina, znakomitą sieć ośrodków onkologicznych. Zawdzięczamy to głównie prof. Tadeuszowi Koszarowskiemu i jego następcom. To był wzór, z którego korzystały również Stany Zjednoczone i niektóre kraje Europy Zachodniej. W Polsce istniał również program rządowy, który realizowano do 1990 roku. Potem czekaliśmy 15 lat, regularnie uaktualniając program, na przychylność decydentów. Dopiero teraz jest szansa, że ten program będzie reaktywowany. Fakt, że w Polsce można wyleczyć dwukrotnie mniej pacjentów niż w innych krajach, mimo że istnieją regionalne ośrodki onkologiczne, to właśnie skutek przerwania odpowiedniego finansowania onkologii w ramach specjalnego programu.
- Lekarze ciągle domagają się większych środków. Czy te, którymi dysponują, nie są przypadkiem marnotrawione?
- Mówienie o tym, że trzeba więcej pieniędzy na onkologię jest słuszne, pod warunkiem, że nie będzie marnotrawstwa tych środków, które są już dostępne. Typowym przykładem marnotrawstwa w onkologii w ostatnich latach jest niewłaściwe ulokowanie pieniędzy na badania przesiewowe, które są tak nazywane niesłusznie. Mam szczególnie na myśli badania ukierunkowane na wczesne wykrywanie raka szyjki macicy oraz raka piersi. Sytuacja zaczyna wyglądać inaczej w przypadku skryningu raka jelita grubego, ponieważ nad tym programem bezpośredni nadzór sprawuje minister zdrowia.
- Jaka jest gwarancja, że środki z programu zostaną dobrze wykorzystane?
- W życiu stuprocentowa gwarancja nie istnieje, a szczególnie w naszym kraju, gdzie brakuje niestety działania zespołowego. Między innymi dlatego powstała Polska Unia Onkologii. Chodziło o to, aby stworzyć program zwalczania nowotworów, który przeznaczony jest do realizacji przez wszystkie placówki onkologiczne i hematoonkologiczne spełniające określone kryteria jakościowe. W tym celu trzeba było zjednoczyć wszystkie siły ludzi konstruktywnie myślących, najlepszych fachowców w dziedzinie onkologii i hematoonkologii. Rada Naukowa PUO powstała po to, żeby nie kojarzyć tego programu z Centrum Onkologii w Warszawie, jak to niektórzy próbują robić. Przewodniczącym rady został celowo wybrany prof. Tadeusz Popiela, osoba spoza kręgów ściśle onkologicznych. Najlepsi polscy onkolodzy i hematolodzy, biorący udział w posiedzeniach rady, mogli wypowiedzieć się na temat programu, a nawet przekazać swoje uwagi na piśmie.
Ci, którzy w tej chwili próbują sugerować, że w programie nie uwzględniono opinii wszystkich ekspertów, mijają się z prawdą. Zapewniam, że wszystkie postulaty, które były konstruktywne i odpowiadały możliwościom finansowym deklarowanym przez rząd, zostały w programie umieszczone. Nieporozumieniem jest żądanie zbyt wiele w sytuacji ekonomicznej, w jakiej się Polska znajduje. To program minimum, mający zaradzić złej sytuacji onkologii w Polsce w miarę środków, którymi w tej chwili dysponuje budżet państwa. To jest program interwencyjny, dlatego stawia przede wszystkim na profilaktykę, wczesne rozpoznanie, szerzenie oświaty zdrowotnej i wyposażenie szpitali w aparaturę, zgodnie ze wskazaniami współczesnej onkologii.
- Nie można więc wymagać, aby w tym programie znalazły się duże środki na badania naukowe?
- Oczywiście, że nie. Ten program nie może sprostać wszystkim potrzebom. Tym bardziej, że dzięki staraniom przewodniczącego komisji nauki w Radzie Naukowej PUO i przewodniczącego RN, niezależnie od programu, podpisano porozumienie z Ministerstwem Nauki, w ramach którego uruchomiono programy onkologiczne badań naukowych.
- Może wyjściem z tej złej sytuacji finansowej byłby ściślejszy związek nauki z przemysłem?
- Dyskusje na ten temat nadal trwają i pewnie będą trwały. To rzeczywiście dobry pomysł. Na tej drodze można wiele zrobić. Istnieją nowe dyrektywy UE, które definitywnie utrudniają prowadzenie akademickich badań naukowych bez sponsoringu firm farmaceutycznych. Mamy tu jednak do czynienia z błędnym kołem, ponieważ jednocześnie zarzuca się firmom farmaceutycznym, że manipulują badaniami stosownie do swoich potrzeb. To jest problem całej Europy, nie tylko Polski.
- Jakich wyników programu spodziewa się pan za kilka lat?
- Ustawa sejmowa, o którą dla tego programu zabiegamy, powinna zagwarantować jego konsekwentne realizowanie przez najbliższe 10 lat. Jeśli tak będzie, to spodziewam się podwyższenia wyników leczenia na drodze wczesnego rozpoznania nowotworów, być może nawet do poziomu krajów Europy Zachodniej. Jeżeli doprowadzimy ten program do końca, to co roku uratujemy miasto wielkości 20-30 tys. mieszkańców.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Anna Gwozdowska