Nowe rozdanie kart w resorcie zdrowia
Kręcąca się bez przerwy od początku 2003 roku karuzela personalna w Ministerstwie Zdrowia uniemożliwia wykonywanie zadań postawionych przed tym resortem. Rząd Leszka Millera zamierza dotrwać do przedterminowych wyborów parlamentarnych w czerwcu 2004 roku. Aby tak się stało, musi wygrać w unijnym referendum, przedstawić projekt zmian w finansach publicznych i obronić w Sejmie budżet na przyszły rok. Sprawy służby zdrowia zeszły na dalszy plan.
Kiedy 31 marca premier powołał Aleksandra Naumana na stanowisko prezesa Zarządu Narodowego Funduszu Zdrowia, było oczywiste, że Marek Balicki poda się do dymisji. Minister zdrowia od początku był przeciwny tej kandydaturze, proponując premierowi w zamian Andrzeja Koronkiewicza, szefa zespołu ds. wdrożenia NFZ.
Jak w kalejdoskopie
,Premier dokonał wyboru. Nie rozumiem motywów, którymi się kierował. Ta decyzja jest niedobra dla rządu, SLD, a przede wszystkim dla procesu naprawy systemu opieki zdrowotnej, czyli nie służy interesom pacjenta" - powiedział M. Balicki, ogłaszając 1 kwietnia swoją rezygnację. Wyjaśnił, że wystąpił do premiera o odwołanie A. Naumana z funkcji podsekretarza stanu, gdyż jako bliski współpracownik poprzedniego ministra zdrowia Mariusza Łapińskiego nie gwarantował zmiany stylu prowadzenia polityki zdrowotnej. M. Balicki zarzucił również A. Naumanowi, że sprawując funkcję wiceministra zdrowia popełnił szereg błędów w polityce lekowej. Na marginesie trzeba dodać, że obecnie trudno doszukać się jakiejś logiki w działaniach ministerstwa w tym zakresie, zwłaszcza po burzy, jaką wywołał zapis o refundacji leków w ustawie o Narodowym Funduszu Zdrowia (patrz strona 6). Nadal nie ma leków za złotówkę. Na listy refundacyjne nie wprowadzono leków nowej generacji.
Powołując A. Naumana na szefa NFZ, premier był przygotowany na dymisję M. Balickiego, ale wskazanie Ewy Kralkowskiej, dopiero co odwołanej sekretarz stanu w Ministerstwie Zdrowia, jako kandydatki do teki ministra zdrowia zaskoczyło wszystkich, zwłaszcza Aleksandra Kwaśniewskiego. Prezydent - jak mówi się nieoficjalnie - nie chciał podpisać tej nominacji. Ratując sytuację, Ewa Kralkowska pospieszyła z oświadczeniem, że rezygnuje z ubiegania się o funkcję szefowej resortu, co nie przeszkodziło jej - zaledwie kilka dni później - zgodzić się na powrót do ministerstwa w charakterze sekretarza stanu. ,Konieczne jest wprowadzanie zmian w ochronie zdrowia, co wymaga konsekwencji i ciągłości działań. Wydaje mi się, że pracując od pierwszego dnia przy ustawie o Narodowym Funduszu Zdrowia jestem w stanie zapewnić ciągłość i konsekwencję w jej wdrażaniu w życie" - tak tłumaczyła swoją decyzję o powrocie na ul. Miodową Ewa Kralkowska.
Po krótkim przesileniu wewnątrz rządu, 2 kwietnia tekę resortu zdrowia objął Leszek Sikorski, od 21 marca sekretarz stanu u M. Balickiego, wcześniej wicemarszałek województwa wielkopolskiego. Jedni odebrali tę nominację jako zapowiedź kontynuacji stylu rządzenia resortem, zapoczątkowanego przez ekipę M. Balickiego. Inni mają wątpliwości. Najwięcej niewiadomych niesie współpraca kierownictwa resortu zdrowia z centralą narodowego funduszu. Wprawdzie przed kamerami telewizyjnymi Leszek Sikorski i Aleksander Nauman złożyli deklarację pełnej współpracy, ale obawy sceptyków wydaje się potwierdzać rezygnacja podsekretarza stanu Janusza Opolskiego, odpowiadającego u M. Balickiego m.in. za politykę lekową. Nie udało nam się znaleźć odpowiedzi na pytanie, kto przyjdzie na jego miejsce. Czy będzie to Maciej Tokarczyk, prezes zlikwidowanego właśnie UNUZ-u, Stanisław Idzikowski, szef byłej Mazowieckiej Regionalnej Kasy Chorych, czy zupełnie ktoś inny. Nie jest też jasne, czy Wiktor Masłowski, powołany przez M. Balickiego, zostanie w resorcie.
Co pan na to,
ministrze?
Z powodu zmian kadrowych na górze spowolnieniu - o ile nie całkowitemu paraliżowi - uległy działania wielu departamentów. Szczególnie widoczna jest słaba praca legislacyjna resortowych urzędników. Wiele komisji ministerialnych, w których zasiadają, a często nawet im przewodniczą, członkowie kierownictwa resortu nie podejmuje decyzji od miesięcy. Na później odłożono prace nad nowymi programami polityki zdrowotnej, dlatego nie ma co liczyć na szybkie poprawienie statystyk zachorowalności na raka czy choroby sercowo-naczyniowe.
Rząd Leszka Millera walczy obecnie o przetrwanie, więc głęboko w szufladzie schowano założenia przyjętego z wielką pompą Narodowego Programu Zdrowia. A przecież nie chodziło w nim tylko o zastąpienie kas chorych funduszem. Nawet jeśli obecny minister planuje zaledwie kilkunastomiesięczny pobyt w pałacu przy ul. Miodowej, będzie musiał jasno określić swoje stanowisko w wielu strategicznych dla ochrony zdrowia sprawach. Czy jest za, czy przeciw tworzeniu sieci szpitali publicznych, a jeśli chce ją mieć, jakimi będzie się posługiwał kryteriami. Odkładanie na później tej politycznie bardzo niewygodnej decyzji (zwolnienia pracowników) odbije się za chwilę czkawką w centrali Narodowego Funduszu Zdrowia, która podejmie heroiczną próbę pogodzenia interesów lokalnych lobby szpitalnych z możliwościami finansowymi całego systemu opieki zdrowotnej. Jeśli od razu nie wyeliminuje się z planów zdrowotnych niektórych placówek, w 2004 roku znowu zostaną powielone stare kontrakty rodem z czasów kas chorych i plany restrukturyzacji spełzną na niczym.
Leszek Sikorski będzie też musiał powiedzieć, co zrobi z rozgrzebanym system ratownictwa medycznego, jak rozwiąże problem nocnej opieki lekarskiej, co zamierza zrobić, aby wreszcie mieć ogólnokrajową informację: kto komu, za ile i jakie usługi medyczne świadczy. Listę pytań można jeszcze wydłużyć.
Zarządzanie kryzysową
sytuacją
O ile w systemie podstawowej opieki zdrowotnej sytuacja wydaje się w pewnym stopniu opanowana, o tyle w szpitalnictwie jest bardzo trudna, w niektórych regionach wręcz dramatyczna. Zadłużenie szpitali wynosi już 5,5 mld zł i rośnie, pracownicy nie otrzymują wynagrodzeń za pracę, a z powodu utraty płynności finansowej zaczyna czasami brakować na leki. Organy założycielskie szpitali nie mają pieniędzy na dofinansowanie placówek, więc wszyscy patrzą w kierunku Warszawy.
Leszek Sikorski zapewnia, że tak jak jego poprzednik jest zwolennikiem dialogu. Stara się to potwierdzić uczestnicząc w spotkaniach, m.in. z samorządowcami, związkowcami i dziennikarzami. Ale w pierwszych dniach po objęciu stanowiska nie wykluczał przełożenia obrad okrągłego stołu służby zdrowia na czas po referendum unijnym. Jednak uczestnictwo w posiedzeniu Zarządu Krajowego Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Pielęgniarek i Położnych sprawiło, że zmienił zdanie. Związek zagroził, że jeśli do 20 kwietnia nie zostaną uregulowane zaległe wynagrodzenia za pracę, to w maju pielęgniarki i położne - tak jak w roku 2000 - wyjdą w proteście na ulice.
,Jeśli w budżecie państwa są pieniądze dla tak często odchodzących ministrów zdrowia, a w kasach chorych na wysokie nagrody, to czemu nie ma ich na ciężko zapracowane przez nas pensje" - pyta Bożena Banachowicz, szefowa OZZPiP. Dla uspokojenia nastrojów będzie więc okrągły stół, prawdopodobnie tuż po więtach Wielkanocnych, ale pielęgniarki nie mają co liczyć na spełnienie ich postulatów. Zdaniem L. Sikorskiego, trudno w dwa tygodnie załatwić sprawy, które ciągną się od wielu miesięcy.
Krzysztof Bukiel, przewodniczący Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Lekarzy uważa, że po odejściu M. Balickiego szanse na uzyskanie porozumienia przy okrągłym stole zdecydowanie zmalały. ,Sam fakt, że tak szybko następują zmiany ministrów zdrowia dowodzi, że rząd nie ma żadnego pomysłu na to, jak poradzić sobie z coraz bardziej napiętą sytuacją w służbie zdrowia. Wszyscy już sobie zdają sprawę, że nie załatwi tego Narodowy Fundusz Zdrowia" - twierdzi K. Bukiel.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Ewa Szarkowska, ; Maria Stefańska