Niemedyczni chcą norm zatrudnienia, MZ mówi nie. Bo się “sparzyło” na pielęgniarkach
Co dało wprowadzenie norm zatrudnienia dla pielęgniarek? To, że pani przewodnicząca czy wielu posłów z opozycji zadawali pytania, jak ministerstwo mogło doprowadzić do zlikwidowania tylu łóżek w szpitalach. Czy na pewno nam o to chodziło? Zmiany, które mogą poprawić sytuację pracowników niemedycznych to np. rzetelne prowadzenie rejestru zakażeń szpitalnych i analiza, dlaczego do nich doszło - mówił w czwartek (6 kwietnia) w Sejmie Michał Dzięgielewski, dyrektor Departamentu Lecznictwa MZ.

W czwartek w Sejmie odbyło się kolejne posiedzenie Parlamentarnego Zespołu ds. Personelu Niemedycznego Ochrony Zdrowia. Choć z założenia tematem dyskusji miały być skutki outsourcingu usług personelu niemedycznego z punktu widzenia warunków pracy i jakości wykonania zadań, najwięcej mówiono o postulacie wprowadzenia norm zatrudnienia dla pracowników niemedycznych.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Głodowe pensje sprzątaczek, salowych, bałagan prawny. Niemedyczni piszą do RPO
– W zakresach obowiązków mamy wpisane wprost - pomoc przy pacjencie. Salowa powinna być od sprzątania. Choć sprzątać trzeba zgodnie z procedurami, przy obecnych realiach to z reguły niemożliwe. Tymczasem pacjent może przeżyć operację, ale umrzeć z powodu zakażenia szpitalnego. Dziwię się, że sanepid nie sprawdza, ilu mamy pracowników i dlaczego tak mało. Dlaczego jednostki certyfikujące, akredytujące szpitale, nie zwracają na to uwagi? - mówił Krystian Krasowski, prezes Ogólnopolskiego Międzyzakładowego Związku Zawodowego Personelu Pomocniczego w Ochronie Zdrowia.
– Wyliczanie dla każdego oddziału, że ma mieć trzy pielęgniarki, jednego fizjoterapeutę, dwóch opiekunów medycznych i cztery salowe to absurd - ripostował Michał Dzięgielewski, dyrektor Departamentu Lecznictwa MZ.
“Z chirurgii przechodziłam na porodówkę, z oddziału zakaźnego na intensywną terapię”
W posiedzeniu zespołu głos zabrały same przedstawicielki niemedycznych - salowa Agata Grzegorczyk i sanitariuszka Anna Skóra. Przybliżyły, jak realnie wygląda ich praca.
– Na umowie o pracę mam salowa, na identyfikatorze - serwis sprzątający. W zakresie obowiązków jest dezynfekcja pomieszczeń, ale też urządzeń medycznych, które są bardzo drogie (pompy, respiratory, inkubatory). Przy uszkodzeniu takiego sprzętu to ja ponoszę odpowiedzialność. Są sale do sprzątania, ale jest też pomoc doraźna przy pacjencie - jeżeli jest mało pielęgniarek. Chodzi się też na inne oddziały, gdzie praktycznie robi się wszystko, łącznie z noszeniem badań do laboratorium - mówiła.
Grzegorczyk obecnie pracuje w szpitalu, ale jest zatrudniona przez firmę zewnętrzną. - Szpital bezpośrednio zatrudnia jedynie sanitariuszy - i to tylko na SOR i na blokach operacyjnych - dodała.
Anna Skóra jest zatrudniona w ramach umowy o pracę jako sanitariusz szpitalny, ale zakres obowiązków także ma bardzo szeroki. Opowiadała, że wcześniej pracowała w szpitalu przez firmę zewnętrzną.
– Miałam umowę zlecenie. Potrafiłam być na chirurgii, gdzie miałam oddział kobiecy, oddział męski, salę pooperacyjną plus blok operacyjny, gdzie też nie było nikogo. Nie wspomnę o całym planie ginekologicznym z porodami włącznie plus klatka schodowa do posprzątania. Z chirurgii przechodziłam na porodówkę, z oddziału zakaźnego na intensywną terapię - wyliczałą.
PRZECZYTAJ TAKŻE: Pracownicy niemedyczni: każdy dyrektor interpretuje przepisy po swojemu
– Obowiązków na noce było tyle, że nie sprzątało się zgodnie z procedurami. Jak się ma jeden oddział, to się tego oddziału pilnuje. Obecnie pracuję na intensywnej terapii, w innym szpitalu, jest nas w dzień 4-5. Każda ma swoją salę, nie ma bieganiny po szpitalu. Wcześniej miałam umowę “na szpital”, nie “na oddział” - zaznaczała.
– Dyrektorowi szpitala może się wydawać zza biurka, że jedna pani sprzątająca może w 8 godzin posprzątać 800 metrów. Jeżeli widzimy, że w danym zakładzie pracy jednej czy drugiej grupie zawodowej ciągle rosną pensje, a my stoimy w miejscu, rodzi się niezrozumienie dla tej sytuacji, poczucie niesprawiedliwości - podsumował Krasowski.
MZ “sparzyło się” na normach dla pielęgniarek? Dzięgielewski proponuje inną drogę
Dzięgielewski przyznał, że MZ ma “pewną skłonność do regulowania wszystkiego bardzo drobiazgowymi przepisami”. Jego zdaniem wyliczanie dla każdego oddziału, że ma mieć np. trzy pielęgniarki, jednego fizjoterapeutę, dwóch opiekunów medycznych i cztery salowe to absurd.
– To powinno zależeć od tego, jacy pacjenci są na oddziale, co na tym oddziale się robi, jakie jest obłożenie łóżek, jakie są potrzeby, w jakim stanie są chorzy itd. Słuchając apeli o ustalenie pewnego rodzaju norm sprzątania proponuję, aby ustalić przelicznik pomiędzy metrem kwadratowym powierzchni OIOM-u, metrem kwadratowym korytarza na oddziale szpitalnym, na sali szpitalnej i izby przyjęć albo SOR-u w deszczowy dzień. Śmiem przypuszczać, że gdyby chcieć to zrobić uczciwie, należałoby podejść do tego mniej więcej w ten sposób - argumentował.
Szef ministerialnego departamentu odwołał się do pielęgniarek i zaznaczył, że normy, które będą "walić z góry“, są nie do przyjęcia.
– Co osiągnęliśmy, dając te normy minimalne? Osiągnęliśmy to, że na jedno łóżko ma być 0,7 pielęgniarki w przypadku oddziałów zabiegowych. Przy czym te 0.7 pielęgniarki jest na 30 łóżek w oddziale okulistycznym ze średnim obłożeniem 30 proc. i na 30 łóżek na oddziale urazowo-ortopedycznym, na którym wszystkie łóżka są zajęte i są jeszcze dostawki na korytarzu. Do tego doprowadzają normy, które wprowadzamy jako pewne minima. Te normy się do niczego nie nadają - skwitował.
Dodał, że do takiego punktu doprowadzi regulowanie każdego zawodu z osobna. - Co dało wprowadzenie norm zatrudnienia dla pielęgniarek? To, że pani przewodnicząca czy wielu posłów z opozycji zadawali pytania, jak ministerstwo mogło doprowadzić do zlikwidowania tylu łóżek w szpitalach. Czy na pewno nam o to chodziło? - pytał.
Według Dzięgielewskiego zmiany, które mogą poprawić sytuację pracowników niemedycznych w szpitalach to np. rzetelne prowadzenie rejestru zakażeń szpitalnych i analiza, dlaczego do nich doszło. - Czy uważa pan, że skoro dyrektor nie wie, ile powierzchni może posprzątać salowa, będą to wiedzieli pracownicy ministerstwa, które jest w Warszawie? Wydaje mi się, że ten dyrektor jest w stanie pójść do siebie na oddział i zobaczyć: sprzątnięte, nie sprzątnięte, sprawdzić, jak pracują ci ludzie. Minister i żaden z jego pracowników tego nie zrobi - podkreślił.
“Przywiezie mi pan ustawę z Warszawy, to się dostosuję”
Krasowski przyznał, że dyrektor szpitala być może ma większą wiedzę niż minister o pracy personelu niemedycznego w jego placówce, ale to ministerstwo ma narzędzia, by pewnie rzeczy na dyrektorach wymusić.
– Dyrektory mówią mi na spotkaniach wprost - przywiezie mi pan ustawę z Warszawy, to się dostosuję, na ten moment mogę sobie robić co chcę - ripostował Krasowski.
Sprecyzował, że niekoniecznie chodzi o sztywne regulacje, że musi być 15 salowych, bo inaczej szpital się zawali. - Ale musi być postawiona granica - a jeśli dyrektor się nie wywiąże, wkracza inspekcja pracy, sanepid. Te regulacje mają na celu nie tylko dobro pracownika, żeby się nie przemęczał, ale przede wszystkim dobro pacjenta - żeby się nie zakaził. Jesteśmy otwarci na rozmowę, ale ministerstwo nie widzi problemu - wskazywał.
Przypomniał, ze niejednokrotnie w czasie pandemii zdarzało się, że np. “pani z oddziału covidowego ściągała kombinezon i szła na noworodki” - Chciałby pan, żeby pana dziecko było w takiej sytuacji? Trzeba trochę wyobraźni - mówił.
Dodał, że pracownikom niemedycznym brakuje także szkoleń, spotkań z psychologami, jak zachować się np. w przypadku pacjenta agresywnego czy umierającego. - Nie mamy przecież klapek na oczach w szpitalu - podkreślał.
Niemedyczni jednak coś ugrają? Jest pole do rozmów
Według szefa Departamentu Lecznictwa MZ ograniczanie liczby pracowników i ich nadmierne obciążanie pracą “natychmiast da efekt” w postaci chociażby wzrostu przypadków zakażeń szpitalnych.
– Dajmy szansę ustawie o jakości, która ma wejść i zmusić wszystkich do analizy przyczyn tego, co się w szpitalach dzieje - błędów, zakażeń, urazów. Ideałem jest rozwiązanie, kiedy personel jest ze sobą zżyty, gdy jest zespół. Wtedy nie patrzy się na zakres obowiązków. Samemu zdarzało mi się uczestniczyć w toalecie pacjentów, mimo że w obowiązkach lekarza tego nie ma. Jakość jest najlepsza wtedy, kiedy praca jest pracą zespołu - mówił Dzięgielewski.
Powtórzył, że “trzeba pilnować tego, co się robi w szpitalach i jakości”, natomiast regulacja każdego z tych etapów za pomocą drobiazgowo określonych norm jest - zdaniem Dzięgielewskiego - chyba najgorszym rozwiązaniem. - Nie da się ustalić jednej normy, jednego poziomu czystości, jedno obciążenia. Może być SOR przyjmujący 20-30 pacjentów dziennie i 200-300. Jestem wrogiem nieelastycznych regulacji krępujących ręce dyrektorowi, który może zza samego biurka niewiele widzi, ale jest dużo bliżej swojego szpitala (niż MZ - red.) i może zza niego wstać, pójść i zobaczyć, co się dzieje - argumentował.
Zwrócił także uwagę, że ucywilizować należy przede wszystkim umowy z pracodawcami (firmami zewnętrznymi), gdzie często pracownicy niemedyczni mają w zakresie obowiązków wpisane, że muszą wykonywać wszystko to, co zażąda przełożony. - To nie jest zakres obowiązków - zaznaczył.
Przewodnicząca Parlamentarnego Zespołu ds. Personelu Niemedycznego Ochrony Zdrowia posłanka Marcelina Zawisza zasugerowała, że być może da się znaleźć takie rozwiązania, które pozwoliłyby na to, by szczegółowo nie regulować poszczególnych kwestii w obszarze norm zatrudniania pracowników niemedycznych. Wskazała, ze być może niemedyczni powinni stawać się częścią zespołów medycznych, w których jest np. pielęgniarka, fizjoterapeuta, opiekun medyczny. - Jakieś regulacje są jednak potrzebne. Mamy szpitale, gdzie w ogóle nie ma salowych, tylko są pracownicy techniczni - bo nie ma jasnych regulacji, że te salowe powinny być - mówiła.
Normy minimum staną się normami maksimum?
– Wydaje mi się oczywistością, że sprzątanie w szpitalach jest czymś innym niż sprzątanie w urzędzie czy sądzie. Pomiędzy stanem obecnym a hiperegulacjami jest jednak miejsce, by się spotkać gdzieś pomiędzy. Jeśli na danym oddziale było 220 osób personelu niemedycznego, a teraz mamy 150, można sobie wyobrazić, że to wpłynęło na jakość usług. Gdzie jest tak naprawdę granica, której nie będą mogli przekroczyć dyrektorzy?Dyrektor wie, ile osób jest w stanie posprzątać określoną powierzchnię zgodnie z procedurami. To jest brak woli, a nie brak wiedzy - oceniła z kolei Katarzyna Duda, ekspertka z Ośrodka Myśli Społecznej im. F. Lassalle'a, autorka raportu "Outsourcing usług technicznych przez instytucje publiczne".
Zawisza dodała jednak, że nie jest to tylko i wyłącznie zła wola dyrektorów, bo jeśli szpital jest zadłużony na “x milionów” i dyrektor musi na czymś oszczędzać, to “będzie ciął na sprzątaniu”, skoro nie ma żadnych norm w tym obszarze.
– Czym jest minimum zatrudnienia, jak nie określeniem, ile powinno być pracowników na metr kwadratowy powierzchni? Jeżeli będzie powiedziane, że ma być jedna salowa na 300 metrów kwadratowych, to będzie jedna salowa na 300 metrów i żaden dyrektor nie zatrudni więcej osób. Nie mówmy o granicach, których nie można przekroczyć, ponieważ te granice staną się normami - stwierdził Dzięgielewski.
Zawisza przypomniała, że przed wprowadzeniem norm pielęgniarki były przeciążone pracą, więc sytuacja, że w ogóle tych norm nie ma, też nie jest dobra. - Tworzenie zespołów wydaje się dosyć ciekawym rozwiązaniem. Wtedy urazówka będzie miała więcej pielęgniarek, a oddział okulistyczny będzie miał ich mniej. Podobnie możemy podejść do pracowników niemedycznych - żeby był obowiązek zatrudnienia salowej, sanitariusza, pracownika technicznego, kuchenkowej - i taki zespół mógłby liczyć np. 7 osób i być przeznaczony "na coś" - mówiła Zawisza.
- Zanim wprowadzono normę dla pielęgniarek 0,5 albo 0,7 na łóżko, był dość skomplikowany mechanizm wyliczania, ile powinno być pielęgniarekw w zależności od obłożenia oddziału, stanu pacjentów, czasu na nich poświęconego, liczby wypisów. Mechanizm był dość trudny i przede wszystkim nie był zero-jedynkowy. Był też znacznie lepszy niż obecne normy, bo dopasowany do rzeczywistego obciążenia szpitala, choć nie był wprost weryfikowalny. Niestety w toku pewnego rodzaju rozmów, oporów, sporów doszliśmy do tego, ze mamy normy proste, łatwe do rozliczenia i... zupełnie niepasujące do rzeczywistości - skwitował Dzięgielewski.
Dzięgielewski: zgadzam się, że praca w szpitalu jest dużo trudniejsza
– Nie powiedziałem, że praca osób sprzątających w szpitalu jest taka sama jak sprzątanie w urzędzie. Specyfika pracy jest inna. “Wejście” do pracy jest takie jak w każdym innym miejscu, tylko potem jest dużo trudniej - tu się zgadzam - przyznał.
Jego zdaniem jednak opieką psychologiczną czy przeszkoleniem pracowników niemedycznych powinien zająć się szpital. - Nikt do tego nie przygotuje, będąc "na zewnątrz" - stwierdził.
Katarzyna Duda przestrzegła przed “zamieceniem problemu pod dywan”. - W szpitalu w Rzeszowie salowa już teraz np. myje naczynia, jest “wyjęta” ze sprzątania. Jestem w stanie sobie wyobrazić, że za rok w tym szpitalu, zamiast dwóch osób, będzie jedna. Apeluję o to, żeby uznać, iż mamy problem. Szukajmy rozwiązań - podsumowała.
Dodała, że pandemia COVID-19 w pewien sposób obnażyła niedomogi usług outsourcingowych - powróciła tendencja do korzystania z pracy własnych pracowników. - O przestrzenie kluczowe, w tym gabinety dyrektorskie, dbają pracownicy etatowi, co może świadczyć, że jakość wykonywanych przez nich usług jest zdecydowanie lepsza - zauważyła.
Źródło: Puls Medycyny