Nazwa uczelni przy nazwisku lekarza. Po co? Prof. Owczuk: żeby pacjent wiedział kto go leczy [WYWIAD]
Studia medyczne to nie tylko kształcenie, ale również kształtowanie przyszłego lekarza w różnych aspektach, niezbędnych do tego, aby w przyszłości mógł dobrze wykonywać ten zawód. Nie umiem przewidzieć, jak z tym zadaniem poradzą sobie uczelnie, które nie mają żadnego doświadczenia w dydaktyce na kierunkach lekarskich — mówi prof. Radosław Owczuk.

W tym roku kolejne kierunki lekarskie powstawały jak grzyby po deszczu, jest ich już ponad 30. Ministerstwo Zdrowia podaje, że w październiku studia rozpoczęła rekordowa liczba ponad 10 tys. przyszłych lekarzy.
Resort zdrowia przedstawia takie liczby, chociaż nie znam dokładnego rozkładu tych miejsc, a problemów, które generuje ta sytuacja, jest co najmniej kilka. Pierwszy to kwestia naboru. Najwybitniejsi absolwenci liceów trafiają na kierunki lekarskie stacjonarne nieodpłatne. W Gdańskim Uniwersytecie Medycznym w tym roku rekrutacja była wyjątkowa - 50 osób dostało się z maksymalnym wynikiem jako laureaci olimpiad przedmiotowych. To jest wielki sukces dla Wydziału. Absolwenci szkół średnich z nieco gorszymi wynikami matury wybierają studia niestacjonarne na uczelniach publicznych z tradycjami. Pozostaje pytanie: z jakimi wynikami z matury dostają się chętni na kierunki lekarskie w nowo powstałych, prywatnych uczelniach? Z tego co wiem, możliwe jest studiowanie na kierunku lekarskim bez matury rozszerzonej z takich przedmiotów jak biologia czy chemia. Mam nadzieję, że w przyszłości będziemy mogli porównać wyniki z egzaminu maturalnego i miejsca naboru z wynikami Lekarskiego Egzaminu Końcowego (LEK) absolwentów kierunków lekarskich. Myślę, że w większości przypadków będzie widoczna istotna korelacja.
Inna sprawa to sam proces studiowania. Studia medyczne to nie tylko kształcenie, ale również kształtowanie przyszłego lekarza w różnych aspektach, niezbędnych do tego, aby w przyszłości mógł dobrze wykonywać ten zawód. Nie chodzi tylko o wiedzę i umiejętności, ale również o kompetencje społeczne, zachowania etyczne, odnajdywanie się w trudnych sytuacjach. Nie umiem przewidzieć, jak z tym zadaniem kształtowania kadry poradzą sobie uczelnie, które nie mają żadnego doświadczenia w dydaktyce na kierunkach lekarskich. Nie chcę ich przekreślać, ale mam poważne obawy, czy te, które nie uzyskały pozytywnej oceny Polskiej Komisji Akredytacyjnej, powinny prowadzić takie nauczanie.
Kolejne kontrowersyjna sprawa to kwestia startu w życie zawodowe. Czy te szanse są wyrównane dla absolwentów różnych uczelni?
Należy wziąć pod uwagę, że pod tym względem istnieje obecnie bardzo niekorzystna sytuacja z LEK. Baza pytań, obejmująca 70 proc. zagadnień z egzaminu, istotnie spłaszczyła wyniki. Oznacza to, że mamy bardzo dużo osób z podobną punktacją, co sprawia, że o dostawaniu się na atrakcyjne specjalizacje zaczynają decydować inne elementy niż tylko wynik LEK. Jest to m.in. możliwość zrobienia doktoratu na studiach, co dopuściła tzw. Ustawa 2.0, a także szansa publikowania prac naukowych. Nie ukrywajmy, te dwa punktowane elementy, które doliczają się do wyniku LEK, dają przewagę absolwentom uczelni akademickich z długoletnimi tradycjami. To sprawia, że start zawodowy - po zakończonych studiach i odbytym stażu - wydaje się utrudniony dla osób z uczelni, które do tej pory kształciły zawodowo i nie mają zaplecza naukowego.
Pamiętajmy, że wykształcenie lekarzy nie kończy się na sześciu latach studiów i stażu podyplomowym. Istota kształcenia to jego ciągłość w okresie po uzyskaniu dyplomu, który obejmuje m.in. szkolenie specjalizacyjne. Już dzisiaj niektóre specjalizacje są szczególnie oblegane, bardzo trudno się na nie dostać. Możliwość kształcenia w tych obszarach otrzymują tylko osoby, które mają najlepsze wyniki LEK, najwyższą średnią oraz dodatkowo osiągnięcia naukowe. Nie do końca wyobrażam sobie możliwości zwiększenia miejsc specjalizacyjnych, szczególnie w tych najbardziej atrakcyjnych obszarach i miejscach kształcenia. Wynika to z faktu, że aby utrzymać jakość kształcenia podyplomowego na oddziale, który liczy przykładowo 20 łóżek, nie może kształcić się 30 rezydentów. Byłoby to nieefektywne.
Teoretycznie w Polsce można praktykować zawód lekarza bez specjalizacji.
Tak, chociaż wówczas trudno się odnaleźć w systemie. Może jest to rozwiązanie korzystne dla zwiększenia liczby specjalistów w dziedzinach, które nie cieszą się dużą popularnością, chociaż należy pamiętać, że często jest to zależne od regionu. Poza tym trzeba podkreślić, że to nie do końca prawda, że w Polsce jest za mało lekarzy. Na pewno istnieje zła dystrybucja i wchłanianie specjalistów przez podmioty, które nie są niezbędne w funkcjonowaniu polskiego systemu opieki zdrowotnej. Oczywiście, wyrównanie niedoborów kadry medycznej jest zjawiskiem pożądanym, ale za ilością powinna iść jakość.
Czy system ochrony zdrowia jest przygotowany na tak duży dopływ lekarzy?
Nie jestem pewien, jak to będzie wyglądać.
Myślę, że może być tak, że nie wszyscy absolwenci kierunków lekarskich znajdą pracę w Polsce, co zmusi ich do wyjazdu z kraju lub zmiany zawodu.
Myślę, że może być tak, że nie wszyscy absolwenci kierunków lekarskich znajdą pracę w Polsce, co zmusi ich do wyjazdu z kraju lub zmiany zawodu. Pytanie, czy w takim razie nie szkoda czasu, energii i poświęcenia młodych ludzi na trudne i wymagające studia, bo takie one są. I muszą być, inaczej nie da się osiągnąć odpowiednich efektów kształcenia.
Poza tym bardzo się boję sytuacji, w której za niekorzystnymi zmianami w kształceniu przeddyplomowym pójdą niefortunne zmiany w kształceniu podyplomowym. Nowy standard kształcenia bardzo liberalizuje zasady, które określają, kto może nauczać przedmiotów klinicznych. Do tej pory był to specjalista albo lekarz po trzecim roku szkolenia, który miał pozytywną opinię kierownika specjalizacji. Od przyszłego roku akademickiego w przypadku specjalizacji jednolitych będzie to lekarz po pierwszym roku kształcenia, a w przypadku specjalizacji modułowych - lekarz po module podstawowym. Uważam, że dla procesu edukacji podyplomowej nie jest to najlepsze rozwiązanie.

Prof. dr hab. n. med. Radosław Owczuk jest Dziekanem Wydziału Lekarskiego Gdańskiego Uniwersytetu Medycznego.
Jak te wszystkie zmiany kształceniu mogą odbić się na pacjentach?
Myślę, że niebawem czekają nas czasy, kiedy lekarze będą wieszać dyplomy ukończonej uczelni na ścianach gabinetów. Nie jest to nic złego, a w niektórych krajach, np. Stanach Zjednoczonych, jest normą. Z tego względu Gdański Uniwersytet Medyczny dla studentów kierunku anglojęzycznego przygotowuje specjalne dyplomy do oprawienia w ramkach. Już teraz zdarza się, że lekarze w prywatnych gabinetach są pytani przez pacjentów, jaką uczelnię kończyli. Myślę, że powoli dociera do świadomości społecznej, że jest jakiś problem. Oczywiście, zawsze mogą zdarzyć się dobrzy absolwenci tych nowych kierunków, jak i słabi z uczelni publicznych z tradycjami. Nie można nikogo z góry deprecjonować. Uważam jednak, że niedługo w serwisach internetowych, umożliwiających umawianie się na wizyty lekarskie, jedną z najważniejszych informacji o lekarzu - poza specjalizacją - będzie nazwa ukończonej uczelni. Może to być jeden z najważniejszych elementów wpływających na wybór lekarza.
Źródło: Puls Medycyny