,Misja w ciężkich warunkach powoduje, że człowiek wierzy, iż jest w stanie zrobić wiele rzeczy"

Karolina Stępień.
opublikowano: 04-02-2004, 00:00

Ze specjalistą dermatologiem Jerzym Maciągiem o wrażeniach z półrocznego pobytu w ambulatorium w Al Hillah w polskiej bazie w Iraku rozmawia Karolina Stępień.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Karolina Stępień.

- Jakie zadania miał pan do wykonania w bazie wojskowej w Iraku?
- Nie jechałem tam sam. Na miejscu okazało się, że są też lekarz ginekolog i stomatolog. Zabezpieczaliśmy funkcjonowanie medycznego batalionu. Przez sześć miesięcy i piętnaście dni pełniłem funkcję dowódcy plutonu medycznego. Każdy z nas miał 24-godzinne dyżury z racji istniejącego cały czas zagrożenia. Do tego dochodziły konwoje. Zazwyczaj wyjazd trwał jeden dzień, czasami dwa lub trzy dni. W tym czasie druga osoba przejmowała całą opiekę medyczną w bazie.
Przy jednostkach typu batalion nasze działanie sprowadza się do typowej medycyny polowej, udzielania pierwszej pomocy, na przykład zszywania rany. Jeżeli sobie z czymś nie radziliśmy, kierowaliśmy poszkodowanych dalej, bo nie mieliśmy ani warunków, ani czasu i miejsca, by przeprowadzać poważniejsze zabiegi. Zresztą wydano nam zalecenia, że jeśli czas leczenia wynosi dwie-trzy godziny, robimy to sami, a potem, jeśli pacjent wymaga leczenia przez trzy-cztery dni, zajmuje się nim tzw. poziom drugi w Babilonie lub Karbali. Jeśli wymaga leczenia trwającego do tygodnia, maksymalnie do dwóch, odpowiedzialny jest za to amerykański ,poziom trzeci" w Bagdadzie albo pacjent wraca do kraju.

- Ilu żołnierzy było pod pana opieką w bazie?
- Samych Polaków było trzystu sześćdziesięciu, do tego dochodzili jeszcze iraccy pracownicy firmy KBR, a na początku - także Amerykanie. Oprócz tego na terenie bazy znajdowali się Słowacy, Rumuni, Węgrzy i Mongołowie. Ale oni mieli własną służbę zdrowia. Interweniowaliśmy również w przypadkach nagłych, np. po ataku moździerzowym, kiedy odłamki zraniły trójkę dzieci. Przychodziły do nas prawie przez dwa tygodnie na zmianę opatrunku, bo zdarzenie miało miejsce na terenie bazy. Przyjmowaliśmy bardzo dużo osób poparzonych, co jest chyba związane z tym, że ludzie nieostrożnie obchodzą się z prądem, ogniem i benzyną.
Na szczęście nie było ciężkich przypadków chirurgicznych. Raz tylko konieczna była amputacja nogi irackiego pracownika zatrudnionego na terenie bazy. Innym razem chodziło o zmiażdżenie palca. To były przypadki ostre, pacjentów zawieźliśmy do szpitala amerykańskiego koło Babilonu. Jeśli chodzi o Polaków, takich doświadczeń nie mieliśmy.
- Z czym najczęściej zgłaszali się do ambulatorium żołnierze?
- Z infekcjami górnych dróg oddechowych, zapaleniem zatok. Wiążę to z niewłaściwym stosowaniem klimatyzacji. Ludzie przychodzili z 60-stopniowych upałów do pomieszczeń z temperaturą dwudziestu stopni. Wystarczy tak kilka razy zmienić warunki i choroba gotowa. Problemem były także nieżyty żołądkowo-jelitowe, a później przypadki związane z przepracowaniem - bóle kręgosłupa, głównie lędźwiowego. To trzy najczęstsze schorzenia.
Dziewięćdziesiąt procent przypadków było związanych z zaburzeniami żołądkowo-jelitowymi, wynikającymi z choroby podróżnych i zmianą klimatu. Natomiast na biegunkę ciężką chorowało ok. dziesięć procent osób. Rzadko stosowaliśmy antybiotyki domięśniowe. Bardzo dobrze pacjenci reagowali na Nifuroksasyd oraz Imodium.
Miałem do czynienia z wieloma nowymi dla mnie chorobami skóry, w tym ropnymi, a także z odczynami, prawdopodobnie po ukąszeniach owadów. Na posterunkach było gorąco, a żołnierze często mieli tylko podkoszulek i kamizelkę. Nie spotkałem jednak ciężkich chorób skóry, które wymagałyby umieszczenia pacjenta w szpitalu czy powrotu do kraju.

- Jak wyglądało ambulatorium, jakie badania prowadziliście na miejscu?
- Na początku mieliśmy jedno pomieszczenie, w którym znajdowały się trzy leżanki i lodówka do przetrzymywania szczepionek. W grudniu było bardzo dużo szczepień drugą dawką przeciwko wzw B. Niektórzy mieli szczepionkę skojarzoną przeciwko wzw A i B. Ta kolejna dawka wypadała po pół roku. Nie można było czekać, aż wrócą do Polski.
Warunki nie pozwalały na prowadzenie szerokiej profilaktyki, dlatego że każdy wyjazd poza teren bazy wiązał się z dodatkową ochroną. Dla bezpieczeństwa nosiliśmy wtedy hełmy i kamizelki. Najbliższe laboratorium, w którym można było wykonać cały panel badań, znajdowało się w odległości 40 km, w Karbali. Na miejscu wykonywaliśmy badania kału, jeśli biegunka trwała trzy do pięciu dni i po podaniu leków nie przechodziła. Rozpoznawanie skażeń biologicznych było zadaniem specjalnej grupy z Wojskowego Instytutu Higieny i Epidemiologii (WIHE).

- Czy warunki pracy spełniały pana oczekiwania?
- Pracę utrudniał fakt, że na terenie naszego niewielkiego ambulatorium nie było bieżącej wody. Mieliśmy typowo polową umywalkę - kranik z przesuwaną w bok ,wajchą". To była największa niewygoda w ambulatorium, które składało się tylko z trzech kontenerów. W pierwszym był gabinet przyjęć, w drugim można było pacjenta położyć, podać kroplówki, zastrzyki, tam wykonywaliśmy też zabiegi. Część trzecia pełniła funkcje biurowe; trzymano w niej karty chorobowe i leki.

- Jak ocenia pan ogólny stan sanitarny bazy?
- Nie można powiedzieć, że jest źle. Toi-toiki, czyli toalety, są oznaczone i codziennie sprzątane, a stołówka wyposażona we własne filtry. Przed obiadem można umyć ręce. Nie brakowało takich środków jak mydło.

- Jakie były warunki mieszkaniowe?
- Ja miałem szczęście, gdyż szybko trafiłem do pomieszczeń klimatyzowanych. Wcześniej przez półtora miesiąca byłem w Karbali. W hotelu na początku były problemy ze światłem i wodą. Do tego dochodził niebywały upał, wręcz skwar. Musiały nam wystarczyć dwie, trzy butelki wody na dobę. Na początku naprawdę nie było przyjemnie. Moja baza była w Al Hillah, 10 km od Babilonu. I tam już wszyscy mieszkaliśmy w budynkach z klimatyzacją i prysznicami. Uważam, że jak na tamte warunki nie można narzekać. Mogło być gorzej.

- Zdobył pan sporo nowych doświadczeń...
- Na pewno, mimo że wyjazd nie poszerzył mojej wiedzy typowo medycznej. Jednak takie przeżycie dodaje pewności siebie. Jadąc tam nie sądziłem, że można chodzić w takim upale w kamizelce i w hełmie. Okazało się, że można. Kiedy za pomocą dźwigu ustawiono szkielet ambulatorium i zakomunikowano nam, iż dalej robimy wszystko sami, byłem trochę podłamany. Jednak wystarczyła chwila zastanowienia, wiertarka, klucze, śruby, pasy spinające i... po kilku dniach całe ambulatorium stało gotowe do pracy. Taka misja w ciężkich warunkach powoduje, że człowiek wierzy, iż jest w stanie zrobić wiele rzeczy.

- Czy lekarze tuż po stażu mogliby jechać do Iraku?
- Oczywiście.

- A kobiety?
- Opieka medyczna składała się z jedenastu osób, w tym dwu lekarzy, pielęgniarek, kierowców sanitarek, sanitariuszy, stomatologa i kierowcy stara. Dziewczyny radziły sobie świetnie. Pomagały przy opatrywaniu oparzeń, szczepiły, prowadziły dokumentację medyczną.

- Gdzie mogą się zgłaszać chętni, którzy chcieliby tak jak pan pojechać z wojskiem do Iraku?
- Zajmuje się tym Dowództwo Wojsk Lądowych. Tam należy też szukać odpowiedzi na pytanie, czy lekarz cywilny może wyjechać.
- Czy będąc w Iraku czuliście się bezpieczni?
- Całością ochrony bazy zajmowali się Mongołowie. Mieli kilkanaście posterunków stałych, również patrole w samochodach. Polacy zajmowali się zabezpieczeniem bramy wjazdowej. Dzięki temu każdy czuł się na terenie bazy bezpiecznie.

- Czy były na nią ataki?
- Zdarzyły się dwa ataki moździerzowe, na szczęście wycelowane dalej...

- Jakie są pana wrażenia z zetknięcia się z odmienną kulturą?
- Kontakt z lokalną społecznością był ograniczony. Tłumacze iraccy znali nasz język z czasów, kiedy Polacy budowali w tym kraju drogi. O autochtonach, którzy u nas pracowali, mogę powiedzieć, że są bardzo hałaśliwi i lubią gestykulować. Nie zdarza się, by przychodzili sami do lekarza, bo generalnie towarzyszy im cała rodzina. Przychodzi matka, ojciec, babcia. Nagle zaczyna ich boleć głowa, żołądek - lubią zwracać na siebie uwagę.
Nie mieliśmy wolnego czasu, żeby zwiedzać, zobaczyliśmy tylko to, co było widać z okien karetki. Na początku byliśmy witani bardzo entuzjastycznie. Z czasem ta euforia po wypędzeniu Saddama minęła i ludzie zaczęli żyć własnym życiem.

- Czy wiedza wyniesiona z akademii medycznej w Polsce wystarcza, by poradzić sobie w Iraku?
- W zupełności. Widać to szczególnie po obserwacji szpitali wojskowych innych państw. Myślę, że Polacy potrafią zająć się pacjentem lepiej.

- Czy przed wyjazdem do Iraku lekarze przechodzili badania i szczepienia?
- Każdy z nas przechodził badanie psychologiczne. Początkowo nie wierzyłem, że będzie ono przeprowadzane, jednak po pierwszym teście był następny i jeszcze następny. Byliśmy szczepieni na żółtaczkę typu A i B, wściekliznę, kleszczowe zapalenie mózgu, polio, dur i tężec.

- A na malarię?
- Nie, bo dwa tygodnie przed wyjazdem i przez cały okres pobytu łykaliśmy Arechin, dwie tabletki tygodniowo. Niektórzy zgłaszali, że mają po tym biegunki i nie mogą go przyjmować. Myślę, że ponad dziewięćdziesiąt pięć procent osób brało Arechin. Ja w każdym razie z malarią się nie spotkałem.

- Czy teraz, po powrocie, musi pan przejść badania kontrolne?
- Oczywiście. Jestem właśnie w ich trakcie. Mam kartę ze skierowaniami, gdzie są prawie wszyscy specjaliści, łącznie z psychiatrą i psychologiem. Musimy być poddani badaniu ortopedycznemu, chirurgicznemu, dermatologicznemu, internistycznemu, laryngologicznemu, okulistycznemu i w kierunku chorób zakaźnych. Zostanie wykonana morfologia i OB, próby wątrobowe: AspAT, AlAT, bilirubina, badanie kału na pasożyty 3 razy, do tego jeszcze raz USR, badanie w kierunku HIV, HBV. Będzie oczywiście także EKG i badanie klatki piersiowej. Kobiety czeka również próba ciążowa.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Karolina Stępień.

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.