Medycyna na paragon

Ostrzej, ale bez skalpela: „Z paragonem czy bez? Nie będę dokładał się fiskusowi za swoje zrujnowane zdrowie” — mruczy przekornie po prywatnej wizycie u lekarza niejeden Polak, który i tak nic z takiego kwitka mieć nie będzie.

 Aż dziw, że zarozumiali halabardnicy państwowej kasy nie pomyśleli, że najlepszym sposobem ewidencjonowania przychodów lekarzy mogłoby być wprowadzenie ulgi podatkowej dla osób korzystających z prywatnego leczenia. Chyba śniło mi się, że największym wyzwaniem dla polskiej gospodarki w 2015 roku będzie walka z bezrobociem i rosyjskim embargiem, a nie z polskim pacjentem i jego lekarzami. Tym bardziej, że opadł już kurz bitewny po tradycyjnym ringu ministra zdrowia z lekarzami poz. Przypomnę, że w tej awanturze to właśnie pacjent został znokautowany. Teraz nasz pechowiec będzie musiał dodatkowo zapłacić. Nie przyłączę się do chóru szyderców, który uważa fiskusa za zło wcielone. Choć z trwogą przyglądam się, jak ta instytucja coraz finezyjniej wysysa złotówki z kogo tylko może. Ze mnie też. Choćby za te słowa. Wprawdzie z Wiejskiej dochodzą sygnały, że niebawem skończą się te czasy, kiedy fiskus na swoją korzyść interpretował wszystkie niejasności w przepisach. Tym razem w kontrowersyjnych sprawach ma podobno triumfować podatnik, czyli dotychczasowy potencjalny oszust. Z tym optymizmem to byłoby na tyle. Bo jest jeszcze rządowy projekt zmian w ordynacji podatkowej. A tam sprytnie schowane rozwiązanie, które jednym, krótkim cięciem będzie w stanie skasować wszystkie inne pozytywne zmiany. Chodzi o słynną klauzulę obejścia prawa podatkowego, której minister finansów broni jak niepodległości. Już w marcu w prywatnych gabinetach lekarskich i dentystycznych pojawią się kasy fiskalne. Czy najzamożniejsi polscy lekarze podzielą się ze swoim państwem dochodami ze swojej prywatnej praktyki? Obawiam się, że nie. Idę o gruby zakład z każdym, kto temu zaprzecza. Nie wyobrażam sobie, aby w obleganych przez pacjentów gabinetach profesorów i ordynatorów dotychczasowe honoraria zmalały. Specjaliści nie muszą przyjmować wszystkich. Trudno ich obwiniać za fatalne funkcjonowanie NFZ i wielu placówek służby zdrowia. Jeśli ktoś ma tytuł profesora czy doktora habilitowanego, to siłą rzeczy jego praca jest bardziej wartościowa i poszukiwana.Bądźmy szczerzy! Prywatnie u lekarzy leczą się ci, których na to stać. Oni zapłacą każdą cenę za konsultację u profesora, którego uważają za wyrocznię. To oni sami podbijają stawkę za wizytę. Jakoś nie dociera do mnie, że prowincjonalny pediatra, obudzony o trzeciej nad ranem przez młodych rodziców błagających o pomoc dla dziecka z wysoką gorączką lub biegunką, zerwie się z łóżka i jedną z pierwszych rzeczy, którą zapakuje do lekarskiej torby, będzie kasa fiskalna. I w dodatku po tym wszystkim natychmiast rozliczy się z Ojczyzną. Co będzie, jeśli jego nadużycie wykryje gorliwy inspektor? A co na to Kodeks Etyki Lekarskiej (KEL), tak chętnie przywoływany przez rządowych apologetów. W art. 66, czytamy, że „lekarz ma prawo umawiać się o wysokość honorarium przed rozpoczęciem leczenia”. Co więcej, „może leczyć bezpłatnie”. W art. 67 zaś dobitnie stwierdza, że „dobrym zwyczajem jest leczenie bezpłatne innych lekarzy i członków ich najbliższej rodziny, w tym wdów, wdowców i sierot po lekarzach”. O paragonach za te porady KEL nie wspomina. Ciągle spotykam ludzi zadowolonych i systematycznie korzystających z prywatnych porad i zabiegów lekarskich. Nawet tych bardzo kosztownych. Dlaczego? Bo tam się na nie nie czeka — odpowiadają. Nie da się dłużej ukrywać, że całkiem legalne prywatne praktyki są dla niemałej grupy specjalistów niekiedy pokaźnym źródłem dochodu, ale dla bardzo wielu tylko fałszywym źródłem prestiżu. W dobrym tonie jest posiadanie prywatnej praktyki, która ma być barometrem popularności lekarza. Pacjenci wiedzą lepiej od lekarzy, u którego z nich warto zostawić parę złotych więcej, a kogo omijać szerokim łukiem. Ta oczywistość często boleśnie uwiera lekarzy, którym się wydaje, że ich dyplom lekarski jest przepustką do mądrości i nieomylności. Izba lekarska na razie ujęła się za swymi seniorami, którzy skromnie dorabiali sobie parę złotych do niewielkiej emerytury. Teraz muszą wiedzieć, gdzie i jaki rodzaj kasy zakupić. Potem zgłosić do urzędu skarbowego, uważać na odpowiednie terminy, a kasę koniecznie oznakować numerem ewidencyjnym i… dokonywać jej przeglądów. W praktyce oznacza to, że nawet niewielki obrót osiągnięty w poprzednim roku kalendarzowym lekarze seniorzy, prowadzący prywatną praktykę będą musieli odnotować w kasie fiskalnej.Wkrótce przekonamy się, czy najżarliwiej ścigani będą uczciwi podatnicy. Ci bardziej przebiegli już szykują fortele, jak ograć fiskusa. Przeciwdziałanie nadużyciom, ręcznie sterowane, zwiastuje niechybnie nowy horror. Finanse w polskiej ochronie zdrowia od lat lokują się w przysłowiowej pięcie Achillesa. Każdej próbie zmiany i optymalizacji towarzyszy polityczna awantura i rozróba. Czy znajdzie się wreszcie strzała Parysa, która ugodzi tę piętę? [email protected]

Artykuł dostępny dla subskrybentów i zarejestrowanych użytkowników
REJESTRACJA
SUBSKRYPCJA
Chcesz przeczytać ten artykuł? Zarejestruj się!
Masz już konto? Zaloguj się
PM online

Rejestrując się, otrzymasz limitowany dostęp do ograniczonej puli artykułów publikowanych w serwisie pulsmedycyny.pl. W ramach usługi będziemy mogli przesyłać Ci newslettery przygotowane przez redakcję "Pulsu Medycyny". Zawsze możesz zrezygnować z usługi poprzez usunięcie swojego konta z serwisu. Możesz to zrobić wysyłając e-mail na adres [email protected].

Jeżeli chcesz uzyskać nieograniczony dostęp do wszystkich artykułów, zostań naszym subskrybentem.

Administratorem Twoich danych będzie Bonnier Healthcare Polska. Więcej informacji, w tym o przysługujących Ci prawach, znajdziesz w Polityce Prywatności.

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.