Marek Balicki: kto nie ma motywacji i boi się narazić, ten w zarządzaniu nie odniesie sukcesu

Rozmawiała Ewa Szarkowska
opublikowano: 07-02-2012, 00:00

Minister Arłukowicz jest zdolny, energiczny i pełen empatii. To jego mocne strony. Ale brakuje mu doświadczenia w zarządzaniu systemem. Kilkuletni staż poselski to za mało, żeby wiedzieć, jak konkretne decyzje i ustawy przekładają się na realia życia- mówi Marek Balicki w wywiadzie dla Pulsu Medycyny.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Był pan obecny w każdym naszym rankingu, w tym siedem razy w czołówce najbardziej wpływowych osób w polskiej ochronie zdrowia. Czy rzeczywiście ma pan poczucie, że wpływał na to, co się działo przez ostatnie 10 lat w ochronie zdrowia?

- Już w latach 90. zauważyłem, że czasem nawet jeden poseł może wpłynąć na kierunek i przebieg zmian legislacyjnych. Przez te lata byłem i dyrektorem szpitala, i parlamentarzystą, byłem też, choć stosunkowo krótko, ministrem. Na każdym z tych stanowisk można wiele zrobić. Niektórych spraw nie udało się załatwić, ale było też sporo sukcesów.

Na przykład uchwalenie w 2004 r. ustawy o świadczeniach opieki zdrowotnej finansowanych ze środków publicznych?

- Ta ustawa, uchwalona po wyroku Trybunału Konstytucyjnego, uwzględniła zastrzeżenia TK do pierwszej ustawy o NFZ, do której zostało przeniesionych wiele grzechów ze zlikwidowanych kas chorych. Była dużo lepsza i przetrwała do dziś. A to znaczy, że dotychczas nikt nie wymyślił nic lepszego. Chociaż już w 2005 r. mieliśmy plan dalszych zmian.

Gdyby nie powstał NFZ, to jak w tej chwili wyglądałby polski system ochrony zdrowia?

- NFZ musiał powstać. W 2001 r. wszystkie partie, w tym Platforma Obywatelska, które dostały się do Sejmu, miały w swoich programach likwidację kas chorych. Było oczywiste, że na dłuższą metę nie da się utrzymać 17 autonomicznych systemów opieki zdrowotnej, „udzielnych księstw”, jak to się wówczas określało, z których każdy ustala własne reguły gry i finansuje własny zakres świadczeń. Warto przy tym podkreślić, że nie chodziło o zaoranie wszystkiego, ale naprawienie błędów poprzez ujednolicenie reguł systemu.

System rzeczywiście wymagał poprawek, ale w opinii wielu ówczesny minister zdrowia Mariusz Łapiński wywrócił go do góry nogami.

- Z ministrem Łapińskim jest problem nie tyle z samą ideą NFZ, ile ze sposobem jej realizacji. Co ciekawe, początkowo miał on taki sam pomysł, jaki później miała Ewa Kopacz. Chciał utworzyć 6-7 funduszy poprzez połączenie istniejących kas, ale potem z tego zrezygnował. I słusznie, zresztą tak samo zrobiła Ewa Kopacz, bo to nie dałoby wymiernych korzyści ani pacjentom, ani świadczeniodawcom, a znacznie podwyższyłoby koszty administracyjne. Ujednolicenie systemu było wówczas konieczne, a samo utworzenie NFZ nie zmieniało zasadniczych elementów reformy kas chorych. Praktycznie jedyną zmianą było połączenie kas w jedną instytucję i centralizacja, która w tamtym okresie rzeczywiście była potrzebna.

A teraz uważa pan, że centrala NFZ jest zbędna?

- Likwidację centrali rekomendowałem już w 2005 r., kiedy przekazywałem resort zdrowia ministrowi Relidze. I nadal za tym optuję, bo centrala NFZ nie ustala już zakresu świadczeń do finansowania. Wkrótce powstanie Agencja Taryfikacji świadczeń medycznych, a ich kontraktowanie zgodnie z ustawą z 2004 r. leży wyłącznie w gestii oddziałów wojewódzkich.

Niektórzy uważają jednak, że utworzenie NFZ to był duży błąd, który wciąż odbija się nam czkawką.

-To niepotwierdzone żadnymi badaniami twierdzenie, które krąży w mediach. Najczęściej powtarzane jest przez dziennikarzy lub komentatorów, którzy na co dzień nie zajmują się tematyką zdrowotną i myślą, że zmiana jednego, chociaż istotnego, elementu o charakterze organizacyjnym była cofnięciem reformy. A to nieprawda. Kluczowe elementy, takie jak: wyodrębniona składka, rozdzielenie funkcji płatnika i dostawcy usług, kontrakty, rozwój prywatnych placówek, wybór lekarza, nie zmieniły się.

Ostatnie 10 lat nie było zatem okresem straconym dla polskiego systemu ochrony zdrowia?

- Kiedy spojrzymy na lata transformacji, to również w zdrowiu bilans jest pozytywny, co nie znaczy, że wszystko jest dobrze. Błędem kas chorych było przyjęcie zasady „fee for service” i źle się stało, że NFZ przejął tę zasadę. Ale z drugiej strony, pozwoliła ona na taki rozwój niektórych dziedzin, np. kardiologii, że prześcignęliśmy inne kraje europejskie. Trzeba uczciwie powiedzieć, że przez te ostatnie 12 lat zrobiliśmy dużo. Wyodrębnienie składki zdrowotnej umożliwiło zwiększanie nakładów na opiekę zdrowotną, gdy rosły płace, a to w wielu obszarach sprzyjało rozwojowi świadczeń. Zbudowaliśmy od podstaw system ratownictwa medycznego, a nowoczesnych śmigłowców Lotniczego Pogotowia Ratunkowe może nam pozazdrościć niejeden kraj. Poprawiły się zarobki lekarzy, może nieco mniej pielęgniarek i położnych…

Z jedną rzeczą jednak sobie nie poradziliśmy. Mimo różnych działań i deklaracji kolejnych ministrów zdrowia, zadłużenie szpitali nie spada i utrzymuje się na poziomie 10 mld zł.

- To nieporozumienie. Po pierwsze, nie ma możliwości prowadzenia działalności gospodarczej, żeby w ogóle nie było zobowiązań, na które — poza zobowiązaniami przeterminowanymi — składają się także wszystkie zobowiązania na dany dzień, czyli wynagrodzenia, składki ZUS czy faktury, które są do zapłacenia w odpowiednim terminie. Po drugie, od 2005 r. zobowiązania ogółem szpitali publicznych rzeczywiście wynoszą wciąż ok. 10 mld zł. Ale obecnie stanowią tylko jedną szóstą wartości rocznych wydatków NFZ na świadczenia zdrowotne, bo fundusz ma do dyspozycji ok. 60 mld zł. Natomiast w 2003 r. miał do dyspozycji ok. 22 mld zł, a zobowiązania ogółem wynosiły ok. 7 mld zł, tj. 30 proc. wartości rocznego budżetu NFZ. Widać więc, że pieniędzy na leczenie przybywa, a zobowiązania ogółem w stosunku do całości nakładów maleją. Zatem jest lepiej, szybciej je spłacamy. W dodatku, dzięki ustawie restrukturyzacyjnej z 2005 r. znacznie zmalały zobowiązania wymagalne, czyli przeterminowane. Większość SP ZOZ-ów nie ma dziś długów. Jak więc widać, sytuacja finansowa placówek poprawiała się w ostatnich latach. Niestety, teraz mamy coraz więcej sygnałów wskazujących, że sytuacja się pogarsza, przychody rosną wolniej niż koszty.

Kryzys stuka do drzwi…

- Tak. Jego skutki odczujemy już w tym, a najpóźniej w następnym roku. Przykładowo: podwyżka składki rentowej o 2 proc. będzie kosztować mój szpital 0,5 mln zł, do tego dojdzie co najmniej drugie tyle na nowe ubezpieczenie od tzw. zdarzeń medycznych, a kontrakt z NFZ mamy mniejszy o 2,5 mln zł. I będziemy musieli sobie jakoś poradzić.

W minionym 10-leciu był pan dyrektorem dwóch warszawskich szpitali…

- Jeden i drugi udało się wyprowadzić z kryzysu i oddłużyć…



- Też bym sobie nie poradził, mając 200 mln zł długów. Dlatego rekomendowałem prof. Relidze, żeby dla najbardziej zadłużonych szpitali, jak w Gorzowie Wlkp. czy Legnicy, powstała specjalna ustawa. Kiedy kierowałem Szpitalem Bielańskim, nie było jeszcze ustawy restrukturyzacyjnej, ale udało się nam wyegzekwować zaległe zobowiązania. Z kolei w Szpitalu Wolskim dzięki ustawie restrukturyzacyjnej skorzystaliśmy z kredytu, który systematycznie spłacamy. Żeby odnieść sukces, trzeba dobrze zarządzać szpitalem, mieć ogromną motywację. Czasem trzeba wręcz „gryźć trawę”, narażać się innym, a niektórzy się tego boją. A jak ktoś się boi narazić, to w zarządzaniu nie odniesie sukcesu.

Jak ocenia pan obecny poziom zarządzania w ochronie zdrowia?

- Na tym polu nastąpił duży postęp, choć jeszcze jest sporo oportunizmu. To efekt naszej polityki, a właściwie złego obyczaju, jaki funkcjonuje w Polsce — jak zmienia się ekipa rządząca, to zmienia się obsada ważnych stanowisk. Ale generalnie jakość zarządzania w ochronie zdrowia wzrasta, czego dowodzi choćby fakt, że wzrost kosztów w systemie, mimo dużego wzrostu wynagrodzeń pracowniczych, był w ostatnich latach kontrolowany. Dobrze wykorzystano też zwiększenie nakładów na leczenie, jakie następuje od 2007 r., pomimo niepodnoszenia składki zdrowotnej. Nieuczciwe jest więc mówienie, że ponieważ szpitale publiczne zadłużają się bez końca, to trzeba przekształcić je w spółki. Sama zamiana szyldów SP ZOZ-ów na spółki, jeśli nie pociąga za sobą głębokiej zmiany w podejściu do zarządzania, nie może dać efektów.

Dwa lata temu o sejmowej Komisji Zdrowia mówił pan, że „przypomina maszynkę do głosowania”.

- Nadal tak uważam. W Platformie Obywatelskiej jest wielu doświadczonych, mądrych ludzi. Niestety, narzucono im rolę maszynki do głosowania i zadanie prezentowania jedynie słusznych opinii, często niezgodnych z ich poglądami. W efekcie jedni przestali w ogóle przychodzić na posiedzenia, pozostali są bierni. A przecież sztuka rządzenia, przygotowania dobrych ustaw polega na tym, żeby wręcz prowokować do wypowiadania różnych, zwłaszcza krytycznych opinii. Tylko w ten sposób można uchronić się od błędów. Gdy wszyscy potakują, to powstają buble legislacyjne, takie jak ustawa o działalności leczniczej czy ustawa refundacyjna. W przypadku tej drugiej nie podważam dobrych intencji, jest w niej jednak wiele nierozsądnych zapisów, które zamiast zmniejszać, zwiększają problemy. Takiej metody procedowania nie było jeszcze w kadencji 2001-2005. Będąc ministrem, boksowałem się ze wszystkimi posłami, i z lewa, i z prawa.

Czego pan oczekuje od nowego ministra zdrowia?

- Że nie powieli sytuacji z poprzedniej kadencji, nie przekształci Komisji Zdrowia, zdominowanej przez posłów PO, w maszynkę do głosowania. Rozumiem, że nie może zrobić rewolucji, ale powinien być samodzielny, wsłuchiwać się w różne opinie i dobrać sobie zewnętrznych ekspertów, m.in. ds. działalności leczniczej, leków czy reformy NFZ, który bez wątpienia trzeba zdecentralizować.

Na posiedzeniu komisji zdrowia Bartosz Arłukowicz przedstawił bardzo ambitną listę zadań, przez niektórych nazwaną listą marzeń. Jakie ma szanse na ich realizację?

- Minister Arłukowicz jest zdolny, energiczny i pełen empatii. To jego mocne strony. Ale brakuje mu doświadczenia w zarządzaniu systemem. Kilkuletni staż poselski to za mało, żeby wiedzieć, jak konkretne decyzje i ustawy przekładają się na realia życia. Niewątpliwie potrzebuje kompetentnych doradców, którym mógłby zaufać. Jako minister ma możliwość pozyskania do współpracy wielu fachowców, ale to wymaga otwarcia na różne środowiska. Na razie tego nie widać. Po co ta wojna o recepty, o 0,3 proc. nieubezpieczonych? To pierwszy błąd nowego ministra. Myślę, że lojalność wobec poprzedniczki nie powinna polegać na obronie Częstochowy, tylko na tym, żeby to, co dobre kontynuować i rozwijać, a co błędne eliminować. Postępując w ten sposób, zwiększy swoją szansę na poprawę naszego systemu ochrony zdrowia tak, by był prosty, przejrzysty, nie utrudniał pracy lekarzom, a przede wszystkim był przyjazny dla pacjentów. I tego mu życzę u progu nowego roku.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Rozmawiała Ewa Szarkowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.