Jerzy Toczyski: Dostałem mandat do działania

Magda Sowińska
opublikowano: 14-07-2010, 00:00

Puls Medycyny rozmawia z Jerzym Toczyskim, nowo wybranym prezesem Związku Pracodawców Innowacyjnych Firm Farmaceutycznych Infarma, jednocześnie prezesem Zarządu GlaxoSmithKline Pharmaceuticals SA.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
Co właściwie robi prezes Infarmy? To funkcja reprezentacyjna, czy ma pan realną władzę?

- To było pierwsze pytanie, które sam zadałem, kiedy zostałem wybrany. Statut definiuje to lakonicznie: prezes kieruje pracami zarządu”. Taka definicja daje olbrzymią swobodę w skali zaangażowania prezesa w to, co robi Infarma.

W czasie wyborów nowych władz związku moim celem było przede wszystkim wejście do zarządu, a tymczasem zostałem obdarzony dodatkowym mandatem. Ten wybór traktuję jako olbrzymi kredyt zaufania ze strony bardzo poważnych korporacji, które szanuję tak samo, jak własną. Teraz muszę się nauczyć poruszać tak, aby nigdy nie doprowadzić do konfliktu interesów pełniąc te dwie role. Wchodzę na inny poziom odpowiedzialności, nie tylko za moją firmę, ale w jakiś sposób – za całą branżę.

Widać, że branża panu ufa. W końcu głosowali na pana liderzy rynku.

- Po ostatnich wyborach Infarma rzeczywiście ma mocny zarząd. Są w nim bardzo silne indywidualności, prawdziwi przywódcy z dużym bagażem doświadczeń, także na rynku międzynarodowym, którzy jednocześnie kierują wiodącymi firmami na polskim rynku. W zarządzie znaleźli się szefowie Sanofi-Aventis, Novartisa, Pfizera, firmy biotechnologicznej Amgen, MSD i Bristol-Myers Squibb. Mamy bardzo silną, reprezentatywną legitymację. Ten zarząd łączy spójna diagnoza sytuacji i determinacja do działania.

Jak pan zamierza zorganizować pracę zarządu?

- Chciałbym wdrożyć takie metody pracy i osiągnąć taki poziom zaufania w zarządzie, aby moje zaangażowanie jako prezesa było wynikiem pełnego konsensusu. Ja nie muszę budować swojej pozycji zawodowej poprzez Infarmę – mam ją poprzez swoją firmę. Dlatego chcę mieć pewność, że cokolwiek zrobię, w jaki sposób będę tę rolę interpretował, będzie to przez zarząd akceptowane. Traktuję nową funkcję bardzo poważnie, mam nadzieję, że będę w stanie wnieść znaczącą wartość dodaną, ale nie chcę przekroczyć granic zaufania, na które muszę sobie jeszcze zasłużyć.

Atmosfera sprzyja angażowaniu się w pracę na rzecz Infarmy. To jest niesamowite. Na co dzień te globalne firmy konkurują ze sobą, a tu są w stanie budować platformę, gdzie komunikują się szczerze i otwarcie. Pomimo dzielących nas różnic, obszar wspólnych interesów jest bardzo duży. Jednak to, w jaki sposób Infarma działa, jak firmy współpracują oraz jak wymieniają się informacją, jak transparentnie są podejmowane decyzje, stanowi zawsze obszar do poprawy. To jest też mój cel. Jeżeli chcemy coś zrobić, to nie możemy być sparaliżowani, np. koniecznością konsultowania każdej, najprostszej decyzji. Członkowie, po ustaleniu strategii działania Infarmy i jednego wspólnego stanowiska, powinni nam ufać w działaniach operacyjnych. Sam wybór do zarządu traktuję właśnie jako mandat do działania. Zaufanie, otwartość, przejrzystość podejmowania decyzji, wymiana informacji i zaangażowanie w realizację wspólnych celów, to są podstawowe zasady, jakimi będziemy się kierować.

Zadania dla Infarmy

Jakie firmy są członkami Infarmy?

- Rynek leków w Polsce jest podzielony na dwa zasadnicze segmenty. Jeden to producenci leków innowacyjnych, którzy tworzą nowe cząsteczki, molekuły, są pionierami farmacji. Drugi to firmy generyczne, które mają swoje odrębne stowarzyszenie. Członkami Infarmy są prawie wszystkie firmy innowacyjne działające w Polsce.

Ale jeśli firma innowacyjna jest aktywna także na rynku generyków?

- Ważne, aby prowadziła przede wszystkim działalność innowacyjną. Branża się zmienia. Przechodzi gigantyczną, globalną transformację. Są firmy, które swoją przyszłość widzą wyłącznie w innowacyjnych lekach na receptę. Z drugiej strony są korporacje, takie jak GSK czy Sanofi-Aventis, które przyjmują strategię dywersyfikacji i rozwijają wszystkie gałęzie portfela (oprócz leków innowacyjnych są obecne na rynku OTC i produkują leki odtwórcze, generyczne). Na przykład firma Novartis w ramach korporacji stworzyła dla generyków globalną, niezależna podgrupę Sandoz.

Ale mimo tych różnic, można powiedzieć, że Infarma reprezentuje postępową, innowacyjną farmację. Jeśli pojawia się pewien element konfliktu, np. przy niektórych rozwiązaniach legislacyjnych, wynikający z obecności firm w różnych segmentach rynku, to część innowacyjna ma na forum Infarmy zawsze pierwszeństwo. To tam tworzy się postęp medycyny, tam definiują się znacznie istotniejsze wartości z punktu widzenia korzyści społecznych. Leki odtwórcze dostarczają przede wszystkim oszczędności kosztowych – co jest bardzo ważne i tworzy przestrzeń ekonomiczną dla innowacji. Natomiast, żeby zaspokajać potrzeby terapeutyczne, leczyć choroby, na które ludzie wciąż umierają, musi jeszcze istnieć środowisko rynkowe sprzyjające dostępowi do innowacji. Próbę tworzenia takiego środowiska podejmuje właśnie Infarma.

Do kogo Infarma trafia ze swoim komunikatem?

- Podstawowa grupa interesariuszy to środowisko naszych klientów, czyli lekarzy, farmaceutów i pośrednio – pacjentów. Odrębna grupa to decydenci, którzy kształtują środowisko biznesowe, definiują ramy naszego działania, czyli resort zdrowia i agencje rządowe odpowiedzialne za tworzenie i realizację polityki lekowej. W kontakcie z tymi grupami realizujemy różne cele. W przypadku naszych klientów pracujemy nad podnoszeniem standardu relacji, koncentrujemy się na etyce, transparentności, tworzeniu norm w interakcjach, zwłaszcza tam, gdzie może zachodzić ryzyko konfliktu interesów. Wobec decydentów prezentujemy naszą chęć aktywnego udziału w dialogu społecznym na temat reform systemu ochrony zdrowia. Mamy nadzieję na zbudowanie zaufania i współpracę w wypracowywaniu rozwiązań realizujących cele polityki lekowej państwa, przy równoczesnym tworzeniu warunków, w których możliwe jest dostarczenie przez branżę innowacyjną jak największych korzyści zdrowotnych, wynikających z dostępu do innowacyjnych terapii.

Początek globalnej transformacji

Jest wiele sygnałów, że przemysł farmaceutyczny próbuje poprawić swoje notowania. Dlaczego firmy farmaceutyczne chcą się zmieniać? Czy to wynik presji społecznej?

- To nie jest kwestia chęci budowania wizerunku, ale świadomości realnych wartości, jakie przynosi społeczeństwu innowacja w przemyśle farmaceutycznym. Zmiana zachowań branży to część wspomnianej już globalnej transformacji, wynikającej ze zmieniającego się rynku. Już teraz w przypadku większości chorób, które można leczyć lekami, z powodzeniem stosuje się leki odtwórcze. Kończy się era ochrony patentowej na znaczące leki na świecie, które przez ostatnie 20 lat były podstawą modelu biznesowego przemysłu innowacyjnego. Zmienia się zasadniczo baza, z której czerpane są przychody firm. Za kilka, kilkanaście lat będzie znacznie mniej firm innowacyjnych, przemysł będzie bardziej skonsolidowany. I rynek dla innowacji będzie mniejszy, bo coraz mniej jest chorób, na które nie ma jeszcze lekarstwa. Trzeba się na to przygotować.
Musimy zadbać o to, aby w przyszłości nadal możliwe było tworzenie nowych terapii. To wcale nie jest zagwarantowane.

Jeśli w agresywnej pogoni za oszczędnościami rządy na całym świecie zaczną ciąć ceny leków, to może nie być warunków do inwestycji w badania i tworzenia innowacji. A potrzeby i oczekiwania społeczne są olbrzymie. Niezaspokojonym obszarem pozostaje onkologia. Wielką nadzieją jest biotechnologia czy też farmakogenomika – tworzenie leków z uwzględnieniem indywidualnego profilu genetycznego pacjenta. Nadal jest wiele chorób, którym można zapobiec poprzez szczepionki. Coraz większe zapotrzebowanie na leki pojawia się też w wąskich, mało dochodowych dziedzinach medycyny. Już teraz wprowadzamy na polski rynek leki na choroby, na które w naszym kraju choruje kilkudziesięciu pacjentów. Te wszystkie terapie trzeba najpierw wynaleźć, ale potem muszą się znaleźć środki do ich finansowania. Inaczej nie następuje zwrot z inwestycji, niezbędny do inwestowania w rozwój kolejnych leków.

Dlatego firmy farmaceutyczne są dziś skoncentrowane na dialogu, wypracowywaniu modus vivendi i przede wszystkim otwarte na dostosowanie się do priorytetów płatnika, świadczeniodawcy, świadczeniobiorcy oraz oczekiwań społecznych. Musimy wspólnie rozwiązywać wiele dylematów wynikających z kosztów rozwoju i stosowania nowych leków w coraz bardziej specjalistycznych jednostkach chorobowych. Tylko taka postawa daje szansę na właściwą odpowiedź na potrzeby zdrowotne.

Transparentne relacje ze środowiskiem medycznym

I pewnie dlatego dużo mówi się o etyce. Krytykowane są zbyt bliskie kontakty przemysłu z lekarzami.

- Nieufność społeczna to realny problem, wpisany w specyfikę branży farmaceutycznej. Wynika z charakteru naszej misji, operowania na granicy skrajnych wartości: z jednej strony zdrowia i życia ludzkiego, a z drugiej strony finansów publicznych i prywatnych, wydatkowanych na leczenie. Budowa reputacji branży jest naszym stałym, długoterminowym priorytetem. Tego nie da się rozwiązać przyjęciem kodeksu etyki. Na to trzeba zapracować postawą i organiczną pracą na poziomie wszystkich relacji ze społeczeństwem. I we wszystkich firmach innowacyjnych jest olbrzymia determinacja, aby wprowadzać radykalne zmiany i pilnować standardów. Nie ma tu miejsca na tzw. mruganie okiem. Dlatego staramy się wdrażać normy znacznie bardziej restrykcyjne niż granice obowiązującego prawa. Oto przykład: w polskim prawie farmaceutycznym, regulującym m.in. reklamę leków, zapisano możliwość wręczania lekarzom upominków promocyjnych o wartości do 100 złotych. To jest legalne, ale czy na pewno jest to akceptowalne społecznie? Dlatego coraz więcej firm wprowadza wewnętrzne limity na poziomie kilkunastu złotych, co pozwala w ramach reklamy przekazywać np. długopisy z logo firmy, ale niewiele więcej. Inne firmy idą jeszcze dalej decydując, że nie rozdają lekarzom nic, z wyjątkiem informacyjnych materiałów merytorycznych o ściśle regulowanej prawem treści.

Możemy krytykować różne gałęzie przemysłu pod kątem stosowanych przezeń praktyk, jednak warto na działalność firm patrzyć przede wszystkim pod kątem realnej wartości, jaką nam oferują. W przypadku farmacji są to produkty ratujące ludzkie zdrowie lub życie. I ten rozdźwięk między naszą realną misją i efektem społecznym oraz indywidualnym dla ludzi stosujących nasze leki, a wizerunkiem branży farmaceutycznej jest dla mnie największym dysonansem. Ale ja wiem, co moja firma robi naprawdę i świadomość tego, jaką wartość dostarcza wykonującym swój zawód lekarzom, farmaceutom i leczonym przez nich pacjentom, motywuje mnie bez względu na teorie towarzyszące naszej działalności.

Zakładam, że branża farmaceutyczna naprawdę zamierza się samoograniczać. Ale przecież dużo pieniędzy przeznacza na finansowanie udziału lekarzy w kongresach, funduje granty naukowe przy pełnej akceptacji tych działań ze strony środowiska lekarskiego. Czy to też się zmieni?

- Spójrzmy na to szerzej. Przemysł sponsoruje odkrycia naukowe, programy badań klinicznych, przekazuje granty dla instytucji akademickich. Te pieniądze krążą, napędzając rozwój naukowców, lekarzy, instytucji. Mają wpływ na postęp całej medycyny i farmacji. Bez tych środków postęp miałby znacznie ograniczony zasięg. W środowisku medycznym, gdzie na taką skalę zaangażowane są środki finansowe branży farmaceutycznej, pojawia się wiele potencjalnych obszarów konfliktu interesów, zwłaszcza, jeśli mówimy o decyzjach mających wpływ na wykorzystywanie funduszy publicznych na finansowanie terapii.

Tylko pełna transparentność przepływu środków pozyskiwanych od przemysłu oraz nieograniczony publiczny dostęp do wyników badań prowadzonych przez firmy pozwala z zaufaniem korzystać z ekspertyzy środowiska medycznego, które z natury rzeczy funkcjonuje w przestrzeni, w której spotykają się interesy wielu stron: pacjenta, płatnika, firmy farmaceutycznej.

Publiczna deklaracja konfliktu interesów stanowi, jak dotąd, najskuteczniejszy sposób zapewnienia przejrzystości. Jednak kryteria, jakie stosuje się przy ocenie wpływu relacji z przemysłem na niezależność decyzji lekarza, naukowca, eksperta, powinny być pragmatycznie i uwzględniać realny zakres tej współpracy. Skrajnie restrykcyjne podejście powoduje, że instytucje publiczne mogą pozbawić się dostępu do cennej eksperckiej wiedzy, która jest im niezbędna do podejmowania właściwych decyzji.

Zgadam się, że nie ma idealnej recepty, dlatego należy dążyć do jawności i kierować się zdrowym rozsądkiem w ocenie relacji świata medycyny i farmacji.

Czyli lekarze powinni deklarować publicznie fakt otrzymania pieniędzy od firmy farmaceutycznej?

- To już się dzieje. Coraz częściej profesorowie na sesjach naukowych, czy też w publikacjach informują o zakresie swoich relacji z przemysłem farmaceutycznym, np. że otrzymali od danej firmy grant na projekt badawczy. W ramach ich współpracy z instytucjami publicznymi to już standard. Na razie nie są podawane kwoty, ale to już jest sprawa kulturowa i być może w przyszłości będzie zgoda społeczna na taki poziom szczerości. Firmy farmaceutyczne chcą ujawniać informacje o sponsoringu widząc w tym jedyną drogę do rozładowania napięcia i nieufności, ale w naszych działaniach musimy uwzględniać realia kulturowe. Jak dotąd najwięcej udało się osiągnąć w Stanach Zjednoczonych, gdzie coraz więcej firm, za zgodą współpracujących z nimi lekarzy, publikuje w internecie kwoty finansowe przekazywane indywidualnym lekarzom w ramach umów na prowadzenie badań, wykładów, sponsorowania udziału w kongresach itp.

O karierze, ziemi i marzeniach

Co pana trzyma w biznesie farmaceutycznym?

- Jestem z wykształcenia lekarzem i celem mojej edukacji było leczenie ludzi. Jednak wtedy, w latch 1980-1990 lekarski rynek pracy był w zapaści: bezrobocie wśród lekarzy, trudności w dostaniu się na staż do dobrego szpitala. A jak już się to udało, trudno było mieć wpływ na przebieg własnej kariery akademickiej. Po studiach pracowałem w szpitalu jako wolontariusz, odbierając w urzędzie pracy zasiłek dla bezrobotnych. Perspektywy mojej dalszej medycznej kariery nie wyglądały wtedy różowo, chociaż dzisiaj moi koledzy z roku, którzy konsekwentnie dążyli do celu, są wybitnymi lekarzami i naukowcami. Ja wybrałem przemysł, który w tamtych, pionierskich czasach, już na samym początku kariery oferował możliwość tworzenia wszystkiego od zera.

Przemysł farmaceutyczny jest unikalny, bo pozwala mi w sposób alternatywny realizować misję leczenia ludzi poprzez zapewnienie im dostępu do nowoczesnych, innowacyjnych leków. Równocześnie to fascynujące otoczenie biznesowe oferujące ciągłe zmiany i możliwości w inspirującym i wymagającym środowisku. Pasja, umiejętności i potencjał intelektualny ludzi pracujących w tej branży są bardzo wysokie. To sprawia, że robienie w niej kariery jest niezwykle ambitnym wyzwaniem.

Branża farmaceutyczna szybko się rozwija, ewoluuje, wymaga olbrzymiego zaangażowania, ale równocześnie oferuje optymalne warunki rozwoju zawodowego. Do skutecznego zarządzania ludźmi w takim środowisku nie wystarcza zdobyta pozycja w korporacyjnej hierarchii. Potrzebne jest prawdziwe, inspirujące przywództwo, aby w pełni wykorzystać potencjał ludzi i otoczenia biznesowego. Nauka tych umiejętności i obserwowanie realnego wpływu, jaki mogę wywierać na rozwój firmy, w której pracuję to niezwykle inspirujące i motywujące przeżycie zawodowe.

Czy mógłby pan osiągać sukcesy w biznesie bez rodziny?

Nie wiem, nigdy nie zastanawiałem się nad odpowiedzią na tak postawione pytanie. Na pewno nie do końca doceniam ten aspekt mojego życia: wydaje mi się oczywiste, naturalne, że mam rodzinę, która mnie wspiera, a przecież nie zawsze musi tak być. Mam dużo szczęścia, że jak do tej pory udaje mi się wszystko pogodzić, ale życie rodzinne to obszar, gdzie mam jeszcze duże możliwości poprawy. Nie mam przy tym zbyt dużo czasu, dzieci przecież bardzo szybko rosną.

W co pan inwestuje?

- Nie jestem zbyt skutecznym menedżerem, jeśli chodzi o moje własne finanse. Nigdy niczego nie kupowałem z myślą o sprzedaży z zyskiem, trudno więc powiedzieć, abym inwestował w cokolwiek. Nie mam żadnych mieszkań na wynajem, nie gram na giełdzie. Najbardziej pociąga mnie ziemia, ale nie po to, żeby nią handlować, tylko żeby na niej żyć. Sam fakt posiadania przestrzeni wokół siebie, możliwość kształtowania krajobrazu, sadzenia drzew, kopania stawów, budowy domu, to dla mnie ważne przeżycia, dające poczucie kontroli nad otoczeniem. Dopiero mając dookoła kilka hektarów łąk i lasów czuję, że jestem u siebie i panuję nad sytuacją, zamiast nieustannie dostosowywać się do innych, co jest wymogiem cywilizacji, zwłaszcza w mieście.

Czyli wstaje pan rano o piątej jak chłop i idzie na pole popatrzyć jak wszystko rośnie?

- Jeszcze bardziej lubię w ogóle nie kłaść się spać, żeby zobaczyć wschodzące słońce. Często tak właśnie wygląda mój początek weekendu.

A ma pan gumofilce?

- O tak, we wszystkich odmianach. W tej branży innowacja też daje o sobie znać.

A konie? Przydałyby się w tym wiejskim pejzażu.

- Kocham konie, są fantastyczne. W młodości dużo jeździłem konno, również sportowo. Chciałbym mieć małą stajnię, planuję to, mam warunki, ale brakuje mi czasu. Czasami jeżdżę rekreacyjnie, ale własny koń, z którym można się zżyć to zupełnie inna sprawa i temat na zupełnie inną rozmowę.

Ma pan już wszystko, czy o czymś pan marzy? Co jeszcze chciałby pan sobie kupić?

- Moje marzenia biegną w kierunku tego, w jaki sposób ułożą się moje relacje z bliskimi. Że będę miał mądre, zdrowe i w pełni szczęśliwe córki. Że będę długo żył zdrowy i będę korzystał z życia. To są moje marzenia. O kupowaniu rzeczy nie marzę.

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Magda Sowińska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.