Jeden dzień z... Martą Szpakowicz

  • Beata Kołakowska
opublikowano: 17-10-2012, 10:39

„Najważniejsza jest dobra organizacja, wtedy ze wszystkim można zdążyć” — twierdzi lek. Marta Szpakowicz, która od ponad trzydziestu lat leczy górali z Koszarawy. I faktycznie, lista jej pozazawodowych aktywności jest naprawdę imponująca, co dowodzi, że świetnie potrafi pogodzić pracę lekarza rodzinnego i pediatry z życiem prywatnym.

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna

Wstaję spokojnie, bez pośpiechu. Potem jadę do pracy w moim NZOZ-ie. Można powiedzieć, że prowadzę firmę — jestem kierownikiem, zatrudniam pielęgniarki i podpisuję umowy. Koszarawa w Beskidzie Żywieckim to jedna z mniejszych gmin w Polsce, składa się tylko z jednej wsi. Pod moją opieką jest 1800 osób, które mają od zera do stu lat i są rozrzucone po całej dolinie lub mieszkają wysoko w górach. Pozostałymi mieszkańcami Koszarawy zajmuje się kolega, który prowadzi swój NZOZ w tym samym budynku.

Dziś przyjęłam siedemdziesiąt osób. To rekord! Wśród tej rzeszy pacjentów byli też podopieczni kolegi, który jest na urlopie, oraz letnicy. Początek tygodnia jest zawsze ciężki, bo moi podopieczni zjeżdżają z całej okolicy, by pozałatwiać wszystkie sprawy. Idą na cmentarz, do Urzędu Gminy, robią zakupy i oczywiście zachodzą do lekarza.

Zazwyczaj przyjmuję do godz. 15.00, chyba że mam pilne wezwanie. Później jeżdżę na wizyty domowe. Chcę, by moi pacjenci czuli się bezpiecznie, dlatego zawsze, gdy wychodzę z przychodni, informuję, gdzie będę. Wywiesiłam również w gablocie na zewnątrz budynku wszystkie moje numery telefoniczne.

Nadal, mimo że drogi są lepsze, a ja mam samochód terenowy, zdarza się, że na jedną wizytę muszę przeznaczyć kilka godzin. Kiedyś było jeszcze trudniej. Zimą docierałam do pacjentów saniami zaprzężonymi w konie, a zjeżdżałam „na jabłuszku”. Górale nie wzywają do byle czego, dlatego na wszelki wypadek zabieram ze sobą wszystkie niezbędne leki.
Dzieci są już dorosłe, więc mam mnóstwo wolnego czasu. I nie marnuję go. Pilnuję przy tym, by zachować proporcje między pracą, nauką, odpoczynkiem i kulturą. W poniedziałki jeżdżę na jogę, często po pracy chodzę jakieś 5 kilometrów tam i z powrotem z kijkami do nordic walking. Znajduję też czas na popołudniową drzemkę, by zregenerować siły. Zimą jeżdżę na nartach, a latem zawsze wyjeżdżam nad morze. Często spotykamy się również z rodziną i przyjaciółmi na basenach w Szczyrku i na Słowacji. Spotkania towarzyskie nie muszą być siedzeniem za stołem — można je połączyć z odnową biologiczną.

W Beskid Żywiecki przyjechałam z Sosnowca. Wybudowałam dom, osiadłam. I od ponad trzydziestu lat patrzę na szczyt Babiej Góry i Pilska. Przeprowadziłam się, bo pojawiła się możliwość wynajęcia mieszkania przy ośrodku zdrowia. W tamtych czasach to była ogromna szansa. Obecnie nie jest to już tak ważki argument. Młodzi lekarze za te same pieniądze mogą mieszkać i szkolić się w mieście, gdzie życie jest łatwiejsze. To przygnębiające, że takie małe wsie jak moja nie będą miały niedługo lekarzy. Zastanawiam się, kto mnie będzie leczyć?

Na razie cieszę się, że mam wspaniałych pacjentów. Zawsze zagadają, coś ciekawego powiedzą. I to ich poczucie humoru! Niektórzy długo żyją, inni jeśli piją wódkę — krócej. A ja im stale powtarzam, że jedno z ważniejszych słów to „priorytety”, żeby nie robić wszystkiego naraz, tylko wybrać coś najważniejszego zarówno w pracy, jak i w życiu. I jeśli już zaczynamy leczenie, to zdrowie ma być dla nich w tym momencie najważniejsze!

None
None

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: Beata Kołakowska

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.