Jeden dzień z... Marią Żywicką-Luckner

-
opublikowano: 07-03-2012, 00:00

Na co dzień pracuje w Przychodni Internistyczno-Specjalistycznej Samodzielnego Zespołu Publicznych Zakładów Lecznictwa Otwartego na warszawskiej Pradze. Poza tym pisze i maluje. Wydała trzy tomiki poezji, a jej utwory aforystyczne znalazły się w „Wielkiej encyklopedii aforyzmów”. Pozostałe pasje to warszawska stara Praga (utrwala na płótnie co ciekawsze miejsca) i Beskid Żywiecki (przemierza go z przyjaciółmi).

Ten artykuł czytasz w ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
6.00
Za oknem jeszcze ciemno, a psy dopominają się o wyjście. Chociaż poranny spacer z nimi należy do moich obowiązków, postanowiłam nie reagować na tak wczesne zaczepki. Udało się! Pan wykazał więcej współczucia dla psiej niedoli niż pani.

6.45
Dzwoni budzik. Tym razem to nie ja mam wstawać. Pracę rozpoczynam dopiero o godz. 13. Te poniedziałkowe, popołudniowe godziny pracy to ukłon w stronę starych dobrych czasów, kiedy to z igliwiem we włosach, karimatą przytroczoną do plecaka wpadało się w poniedziałkowy poranek do gabinetu prosto z dworca Warszawa Wschodnia po całonocnej podróży z Beskidów.

7.15
Wstaję z postanowieniem, że dzisiaj nie zajrzę do pracowni. Obraz, który malowałam nocą, wymaga wielu poprawek, a ja zaplanowałam dzień bez farb olejnych i zapachu terpentyny. Zaplanowałam, bo wbrew mottu: „Rzeczy głupie rób dzisiaj — jutro mogą za bardzo zmądrzeć”, które stworzyłam na prywatny użytek wiele lat temu, zaczęłam planować swój czas z długopisem w ręku.

7.30
Zjadam coś na stojąco prosto z lodówki, jednocześnie zaglądam do notesika. Zapiski okazują się skrzętne, ale nieczytelne. Udaje mi jedynie odszyfrować: włączyć komputer, wyłączyć komputer, opłacić zdrowotną…

7.40
Włączam komputer i zabieram się za robotę. Naczelny zawsze w ostatniej chwili przysyła materiały, które do niczego nie pasują i trzeba cały numer składać od początku. Pracuję nad dwoma czasopismami: kwartalnikiem społeczno-kulturalnym „Własnym Głosem” o zasięgu ogólnopolskim i pismem dla pacjentów naszego ZOZ-u „Zdrowa Praga”.

10.30
Telefon to dobry pretekst do wyłączenia komputera — i tak brakuje wierszy na rozkładówkę. Wychodzę na spacer z psami. A jednak o czymś zapomniałam! Chłodne powietrze działa skuteczniej niż notesik. Psy zachwycone, gdy urządzam im bieg w stronę domu.

11.15
Włączam komputer. Sprawozdanie z działalności Komisji Kultury Warszawskiej Izby Lekarskiej za rok 2011 miałam już gotowe, należało je tylko wysłać.

11.30
Uciekł mi autobus, a obiecałam spotkać się przed pracą z przyjacielem poetą i znajomym aktorem.

12.20
Jestem już przed przychodnią. Dzwoni dyrektorka, chce się upewnić, co do standardów postępowania w przypadku badań zleconych w domu pacjenta. Po drodze do gabinetu wyrażam zgodę na dodatkowe przyjęcia. Zaczynam się martwić, czy aby na pewno zdążę.

13.00
Są pierwsi pacjenci. Żadnych trudnych przypadków, trochę infekcji, zespołów bólowych, zaświadczeń o stanie zdrowia do planowanych operacji, skierowań na badania. Żadnych pilnych konsultacji. Telefony gabinetu EKG i zabiegowego milczą. Tylko dziewczyny z rejestracji dzwonią z zapytaniem, czy jeszcze mogę…

17.15
Do gabinetu wchodzi pacjentka, którą znam od dwudziestu paru lat, ale jest tak fizycznie zmieniona, że jej nie poznaję. Zapalają mi się w głowie wszystkie lampki i zapewne nie zgasną aż do pierwszych wyników badań.

18.15
Mam kwadrans spóźnienia. Przez szybę maleńkiej kafejki widzę, że poeci i krytycy już przybyli. Jestem ciekawa nowych wierszy, nowych ludzi. Uwielbiam warsztaty nad wierszem, te kłótnie o słowa. Kolega chirurg zaskakuje nas dojrzałością swoich nowych wierszy. Krytycy nie szczędzą mu pochwał. Dobre czerwone wino, mądre rozmowy — o teatrze, o miałkości wystawianych sztuk, ale także o niezapomnianych 
spektaklach.

21.45
Już w domu. Kolacja. Nie mogę sobie przypomnieć, czy jadłam obiad. Córka z koleżanką przy komputerze. Zaliczają kolokwium przez Internet. Nie mówię im tego, ale jestem zszokowana. Co jeszcze przyjdzie nam robić przez Internet?

22.30
Włączam swój komputer…

2.20
Ze starym Whitmanem w łóżku. Nareszcie!

Źródło: Puls Medycyny

Podpis: -

Najważniejsze dzisiaj
× Strona korzysta z plików cookies w celu realizacji usług i zgodnie z Polityką Plików Cookies. Możesz określić warunki przechowywania lub dostępu do plików cookies w Twojej przeglądarce.