Ten artykuł czytasz w
ramach płatnej subskrypcji. Twoja prenumerata jest aktywna
(Ustawy refundacyjnej- przyp. red.)
budzi nadzieję, że nareszcie odpłatność za leki w każdej aptece będzie jednakowa. Zakończy się więc gonitwa chorych po aptekach. Leki za grosik są lekceważone przez pacjentów i bardzo często całe, nie przeterminowane nawet opakowania wędrują do utylizacji. Mój niepokój budzi fakt upierania się członków sejmowej Komisji Zdrowia przy podpisywaniu umów między NFZ a aptekami. Nikt nie tłumaczy, co daje funduszowi taka umowa. Dotychczas refundacja, jak sama nazwa wskazuje, była zwrotem pieniędzy poniesionych przez apteki na leki wydane pacjentom na podstawie recepty lekarskiej. Mogę się domyślać, że NFZ bardzo zależy na tym, żeby znaleźć sposób na ograniczenie refundacji leków pacjentom. Po podpisaniu umowy apteki z NFZ farmaceuta, bojąc się, że może być ona zerwana, nie wyda leku pacjentowi, dopóki lekarz nie wypisze poprawnie recepty, a to niestety zdarza się rzadko.
Lekarze niedopingowani przez NFZ i bezkarni, piszą co chcą i jak chcą. Recepty pisane ręcznie zastąpiono drukowanymi i ku przerażeniu aptekarzy zaczął się jeszcze większy horror. Palec lekarza zatrzymany dłużej na klawiaturze to efekt wypisania dawki, która nie istnieje, a ilości to np. 34 opakowania. Do tej pory pacjent miał prawo otrzymać lek w aptece pod warunkiem, że był ubezpieczony. Jak słychać w mediach, lekarze zbierają podpisy, aby uwolnić się od odpowiedzialności za wypisanie recepty. W konsekwencji to aptekarz stanie się policjantem. NFZ najwyraźniej liczy na to, że policjant ten nie wyda leku ze zniżką, a pacjent nie wróci do lekarza po nową receptę i w konsekwencji zrealizuje lek za 100 proc.
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Mgr farm. Danuta Parszewska-Knopf, prezes Okręgowej Rady Aptekarskiej w Szczecinie