Badania kliniczne: kto bierze pieniądze?
NIK sprawdza, kto zarabia więcej na prowadzeniu badań klinicznych - szpitale czy indywidualni badacze. Kontrola się przeciąga, bo wciąż pojawiają się nowe wątki i pytania. Szefowie klinik zastanawiają się, skąd całe zamieszanie, bo na całym świecie badania prowadzi się podobnie. Ale nie wszyscy tak uważają.
Paweł Biedziak, rzecznik prasowy NIK, nie potrafi podać daty zakończenia tej kontroli, ponieważ pojawiają się nowe wątki i nowe pytania. Zdaniem Gazety Wyborczej, w kontrolę zaangażowana jest również Agencja Bezpieczeństwa Wewnętrznego, która sprawdza partnerów szpitali, w tym powiązania lekarzy z firmami zlecającymi badania. Wcześniej - w latach 2006-2008 - z ponad 1100 badań klinicznych przeprowadzonych w Polsce Urząd Rejestracji Produktów Leczniczych, Wyrobów Medycznych i Produktów Biobójczych skontrolował tylko 15.
Zaczęło się na Śląsku?
Punktem zapalnym i impulsem do śledztwa na dużą skalę były wyniki kontroli przeprowadzonej na wniosek policji przez NIK w Szpitalu Klinicznym nr 5 Śląskiego Uniwersytetu Medycznego w Katowicach. Ustalenia inspektorów opublikowano w lutym ubiegłego roku.
"Przyjęte warunki umów spowodowały, że zdecydowana większość środków z tytułu wykonywania badania klinicznego przypadała nie szpitalowi, ale osobom prywatnym, w tym przede wszystkim dyrektor szpitala jako osobie fizycznej, pomimo że szpital dysponował warunkami do samodzielnego wykonania tych badań" - czytamy w raporcie NIK.
Inspektorzy ustalili i ujawnili, iż dyrektor zawierała dwie umowy - w imieniu szpitala i w imieniu badaczy. Przykładowo - w badaniu A5751017 szpital otrzymywał za jednego pacjenta 803 dolary, badacze - 9077 dolarów. W badaniu C-02-60 szpital zarobił 1421 zł za pacjenta, badacze - 5500 funtów. NIK wyliczyła, iż z tytułu dwóch badań zespołowi badaczy przypadło 2,1 mln zł, z czego połowę zarobiła dyrektor szpitala. Szpital zyskał na tym nieco ponad 62 tys. zł, czyli niecałe 3 proc. wynagrodzenia badaczy. Zarzutów było więcej.
Podejrzany stent
W połowie maja zawrzało w Krakowie. Na lokalnych stronach GW pojawiła się informacja o kontroli w Szpitalu Uniwersyteckim. Jako przykład nie do końca jasnych zasad organizacji i finansowania badań klinicznych podano pokazowo przeprowadzony u pacjenta z zawałem zabieg wszczepienia stentu nowej generacji, transmitowany jesienią ub. roku z Zakładu Hemodynamiki i Angiografii SU w Krakowie na obrady międzynarodowego kongresu kardiologicznego odbywającego się w USA. Krakowscy kardiolodzy nie kryli wówczas dumy z faktu takiego wyróżnienia, o czym także informowaliśmy na łamach Pulsu Medycyny.
W publikacji GW związanej z NIK-owską kontrolą pojawiły się wątpliwości, skąd właściwie pochodził ten stent: z programu badawczego, z darowizny, czy może został sfinansowany w ramach kontraktu? Mimo wielu opublikowanych wyjaśnień, ciągle trudno na te pytania jednoznacznie odpowiedzieć.
Według Narodowego Funduszu Zdrowia, ustawa o zakładach opieki zdrowotnej dopuszcza pozyskiwanie darowizn i środków z innych źródeł niż publiczny płatnik. I jeśli są spełnione określone warunki, fundusz nie ma podstaw do kwestionowania rachunku za wykonanie określonej procedury.
Pomijając karygodne przypadki ewidentnych nadużyć i nieprawidłowości w organizacji, prowadzeniu i finansowaniu badań klinicznych, lekarze badacze czują się rozgoryczeni atmosferą, jaką tworzy się wokół ich działalności. "Nigdy nie myślałem, że trzeba się będzie z badań tłumaczyć. Przecież podobnie prowadzi się badania na całym świecie. Zabiegamy o te programy, o leki dla pacjenta. Inaczej nie mielibyśmy dostępu do nowoczesnego leczenia" - podkreśla prof. Aleksander Skotnicki, kierownik Kliniki Hematologii SU, gdzie NIK sprawdza 8 badań.
(...)
Cały artykuł na ten temat znajduje się w Pulsie Medycyny nr 11 (194) z 10 czerwca 2009 r.
Aktualna oferta prenumeraty Pulsu Medycyny
Źródło: Puls Medycyny
Podpis: Jolanta Grzelak-Hodor